Rozbieżności zostaną dla nowego prezydenta

Jacek Zalewski
opublikowano: 11-06-2008, 00:00

Cykliczny szczyt Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi, który wczoraj odbył się w słoweńskiej rezydencji Brdo, miał formułę wąską. Taka jest norma tych spotkań, wyjątkiem była w 2005 r. wizyta prezydenta George’a W. Busha w siedzibie UE przy rondzie Schumana w Brukseli, gdzie stawili się także szefowie państw i rządów wszystkich krajów członkowskich. Normalnie naszą wspólnotę reprezentują: przewodniczący KE José Manuel Barroso, komisarz zagraniczna Benita Ferrero-Waldner, szef dyplomacji Javier Solana oraz premier państwa sprawującego półroczne przewodnictwo — czyli obecnie Janez Jansza ze Słowenii.

Wobec nadchodzących wyborów w Stanach Zjednoczonych, które w kilku strategicznych kwestiach mogą zmienić amerykańską politykę radykalnie — zwłaszcza gdy wygra Barack Obama — pożegnalna wizyta Busha nie mogła przynieść żadnego przełomu, bo przecież sam prezydent rozumie, że jest siłą schodzącą z politycznej sceny. Z drugiej strony — aż do 20 stycznia 2009 r. do południa fizycznie to on trzyma kody atomowe oraz realnie podejmuje decyzje, więc tych miesięcy pozostających do końca roku 2008 nie można tylko biernie przeczekać. W tej sytuacji dosyć oczywiste było osiągnięcie przez UE i USA największej zgodności w sprawie poskromienia atomowych aspiracji Iranu, bo to rzeczywiście sprawa nadzwyczaj pilna.

W sprawach bardziej ogólnych potwierdzona została rozbieżność interesów i opinii. Choćby w sprawie globalnego ocieplenia — sabotujący protokół z Kioto prezydent Bush wyraził mglistą nadzieję, że „porozumienie może być osiągnięte jeszcze w czasie jego prezydentury” i wszystko zwalił na postawę Chin i Indii. Premier Janez Jansza przyznał, że walka z globalnym ociepleniem bez wielkich krajów rozwijających się byłaby rozwiązaniem krótkoterminowym i bardzo ostrożnie dodał, że państwa „najbardziej rozwinięte, powinny odgrywać kluczową rolę”, unikając wskazania Busha palcem jako głowy państwa najbardziej trującego atmosferę.

Zaleceniem prezydenta USA, aby Unia jak najszybciej przyjęła Turcję Bruksela specjalnie się nie przejmuje. Natomiast w jednej kwestii USA mają bezwzględną rację i z kolei nie przejmują się pomrukami Brukseli. Ta racja bije, niestety, najbardziej w Polskę — otóż nie ma żadnych podstaw prawnych, aby w kwestiach wizowych oczekiwać traktowania przez USA całego obszaru UE jako jednego podmiotu. Warunkiem wstępnym jest nadanie Unii podmiotowości, czyli wejście w życie traktatu z Lizbony, czyli — jego ratyfikowanie w czwartek przez Irlandię.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu