Rynek diamentów rozbłyśnie w tym roku

Weronika Kosmala
opublikowano: 26-03-2015, 00:00

Koncern De Beers przewiduje, że popyt na kamienie szlachetne wzrośnie. Ostatnie wyniki z Antwerpii jeszcze tego jednak nie potwierdzają

Lider rynku poinformował niedawno, że przewidywany popyt na diamenty jest większy od zeszłorocznego, a 2014 r. i tak można było zaliczyć do udanych. Stabilny wzrost sprzedaży zanotowano zarówno na rynkach dojrzałych, jak i w szybko rozwijających się gospodarkach. Motorem były oczywiście Chiny, których zapotrzebowanie na brylanty wzrosło w zeszłym roku o 6 proc. Cały sektor diamentowej biżuterii wyceniony został przez De Beers na 81 mld USD (303 mld zł), co oznacza 3-procentowy wzrost. Takie uogólnienia z jednej strony pokazują szeroki obraz kondycji rynku, z drugiej — nie do końca informują o stanie sektora kamieni inwestycyjnych.

Fakt, że liczba gospodarstw domowych o średnich dochodach ma na największych rynkach obrotu brylantami wzrosnąć, nie przekłada się bezpośrednio na zainteresowanie okazami najwyższej klasy. Dla tego sektora istotniejsze mogą być takie czynniki, jak sytuacja gospodarcza w Chinach czy problemy polityczne w Rosji, a te nie skłaniają do formułowania nadmiernie optymistycznych prognoz.

Handel po hebrajsku

Jednym ze wskaźników koniunktury są poziomy sprzedaży w Antwerpii, w której handel kamieniami szlachetnymi zajmuje całą dzielnicę, a w skali roku szacuje się go na ponad 30 mld GBP (168 mld zł). W diamentowym dystrykcie pracuje prawie 400 warsztatów obsługujących 1,5 tys. firm wytwórczych, nie wspominając o kilku tysiącach przewijających się przez ten kwartał brokerów.

W samym centrum znajdują się też cztery giełdy, firmy ubezpieczające diamenty, a także kilka banków specjalizujących się w finansowaniu inwestycji na tym właśnie rynku. Większość z tamtejszych „diamantaires”, czyli wykwalifikowanych znawców i dealerów, którzy mogą zajmować się też szlifierstwem, to Hindusi i Żydzi.

Dwie z czterech giełd ufundowane zostały przez chasydów, co wcale nie jest zaskakujące, bo dawnej głównym językiem na rynku diamentów był jidysz. Z uwagi na takie proporcje, handel nie jest prowadzony w soboty. Co ważne dla inwestorów — w pozostałe dni i tak większość sprzedaży odbywa się hurtowo. Choć wyniki antwerpskiego sektora mają dla światowych cen znaczenie, poszczególni klienci specjalnie nie zyskają na zakupie bezpośrednim.

— Giełda w Antwerpii jest jedną z droższych, w dodatku jest to bardziej giełda towarowa, warto więc porównywać ceny i oferty brokerów — komentuje Marcin Marcok z Mart Diamonds.

Ruch w Antwerpii, podobnie jak wyniki na giełdach w Nowym Jorku, Izraelu i w innych ośrodkach, przekłada się na ceny publikowane w formie jednego, głównego indeksu. Instytucja Rapaport monitoruje ten obrót w całości, od najwcześniejszych etapów, po ceny uzyskane ze sprzedaży polerowanych kamieni jubilerom. Dostęp do podawanych co piątek notowań jest więc kluczowy tak dla pośredników, jak i dla inwestorów.

Krwawy biznes monopolisty

Klientom detalicznym zainteresowanym zakupem pojedynczego kamienia zazwyczaj odradza się samodzielne handlowanie. Nie oznacza to jednak, że udział w różnych targach nie wzbogaca, a czytanie specjalistycznychraportów nic nie daje. Przeciwnie — znajomość aktualnych notowań nie tylko ułatwia ewentualne negocjacje, ale pozwala też nie dać się nabrać na mało konkurencyjną ofertę. Brokerzy są w stanie najszybciej wycenić posiadany przez nas kamień, spieniężyć go, a przy zakupie opatrzyć stosownym certyfikatem.

Warto jednak, żebyśmy wiedzieli chociaż, jakie oznakowanie powinno nas interesować — a wybór paść może tak na specjalistyczne grawerowanie, jak i na mniej ochronne plastikowe pudełko. Najskuteczniej zabezpieczymy inwestycję, pilnując, żeby numer certyfikatu naniesiony został w laboratorium laserowo na kancie kamienia, co samodzielnie trudno byłoby przeprowadzić. Rozeznania w rynku dostarczyć mogą nam też obszerne publikacje wspomnianego giganta — koncernu De Beers.

Powstała pod koniec XIX w. firma sfinansowana została m.in. przez afrykańskiego diamentowego magnata i bank Rothschildów. Później zarządzał nią niemiecki imigrant Ernest Oppenheimer, który zdążył w międzyczasie rozkręcić swoją kopalnię z finansistą JP Morganem. To właśnie Oppenheimerowi przypisywany jest cały wachlarz niedozwolonych rynkowych praktyk — od skupu i magazynowania diamentów konkurencji po zaangażowanie w tzw. obrót krwawymi diamentami, finansujący działania wojenne.

Biznesowy model koncernu zmienił się dopiero w 2000 r., kiedy narosły branżowe protesty. 80-letnią dynastię zarządzających Oppenheimerów zakończyła kilka lat temu transakcja na ponad 5 mld USD.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu