Rynek i gospodarka jak gra w Monopol

Kamil Koprowicz
opublikowano: 15-03-2012, 00:00

Krajobraz na rynku przypomina popularną grę. Po pierwszej fazie hossy i szaleństwie zakupów przyszedł czas spłaty długów

Według Raya Dalio, eksperta od funduszy hedgingowych i założyciela funduszu Bridgewater, obecną sytuację na światowych rynkach można łatwo wytłumaczyć na przykładzie gry Monopol. Kupującym skończyły się pieniądze, rośnie niepewność, przez co spadają ceny aktywów. Najsłabsi gracze odpadają, bo nie mają za co regulować rachunków, a nikt nie chce im pożyczać.

Większa rola pieniądza

Ray Dalio dzieli grę na dwa etapy. Na początku rozgrywki to nieruchomości są królem. Uczestnicy mają dużo pieniędzy i mało nieruchomości, inwestują więc w domy i hotele, by zapewnić sobie dochody w przyszłości. Gracze ścigają się w celu zgromadzenia jak największej ilości pól, rozbudowania majątku i tym samym zwiększenia szans na wygraną. Z każdą godziną gry rośnie liczba hoteli, a tym samym wysokość rachunków do zapłacenia za wizytę na określonym polu.

Ta sytuacja zwiększa popyt na gotówkę w grze. Rozpoczyna się drugi etap, w którym to „pieniądz jest królem”. Na rynku występuje przewaga podaży nieruchomości nad popytem, który jest ograniczony ilością dostępnego pieniądza. Spada zdolność do regulowania rachunków. Ta sytuacja zwiększa wagę pieniądza w grze, a także obniża realną wartość nieruchomości.

Gracze, którzy popadną w kłopotyfinansowe, muszą odsprzedać majątek za pół ceny lub negocjować z innymi sprzedaż na korzystniejszych warunkach.Jeśli do Monopolu dodamy oprocentowane depozyty i możliwość brania kredytów z banku lub od innych graczy, przebieg gry niewiele będzie się różnił od procesów w realnej gospodarce.

Krajobraz po bańce

Ray Dalio twierdzi, że gospodarka światowa znajduje się obecnie w drugim etapie gry Monopol, a na rynku króluje pieniądz. W latach 2006-08, kiedy na giełdach trwała hossa, a ceny nieruchomości biły kolejne rekordy, inwestorzy chętniej kupowali ryzykowne aktywa.

Wiele osób decydowało się też na kupno mieszkania, biorąc kredyty w walutach uważanych za stabilne. Po upadku banku Lehman Brothers na rynki wkroczył kryzys, banki ograniczyły akcję kredytową, pękła bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości.

— Rzeczywiście, na rynku nieruchomości widać nadpodaż, szczególnie w USA. Regulacje z pakietu Bazylea III wymusiły większe wymogi kapitałowe ze strony banków i pogłębiły ryzyko delewarowania, co z kolei przekłada się na mniejszy dostęp do kredytów w gospodarce — mówi Rafał Benecki, ekonomista ING Banku. Według Raya Dalio, po wprowadzeniu nowych założeń popularna gra stałaby się wiarygodnym modelem ekonomicznym. Wystarczyłoby zmienić rolę banku.

Wprowadzić oprocentowane depozyty i możliwości brania kredytów z banku lub od innych graczy. Pożyczony kapitał szybko uległby przemnożeniu i przekroczył ilość dostępnej gotówki na rynku. Wzrosłyby ceny hoteli, a kłopoty zadłużonych z każdą kolejką byłyby coraz większe. Tak jak w realnym świecie, mielibyśmy do czynienia z sytuacją, kiedy liczba depozytóww bankach jest mniejsza niż ilość udzielonych pożyczek.

Pomoże tylko wzrost

— W poprzednich latach mieliśmy do czynienia z silnym popytem na nieruchomości. Panowało przekonanie, że ceny będą cały czas rosły. Wysoka awersja do ryzyka, kłopoty poszczególnych państw z zadłużeniem i obecna sytuacja makroekonomiczna spowodowały, że w tej chwili najcenniejszym aktywem jest pieniądz, ze względu na płynność — mówi Adam Czerniak, ekonomista Kredyt Banku.

Według ekonomistów, do wyjścia z trudnej sytuacji potrzebny jest wzrost gospodarczy. Z drugiej strony polityka zaciskania pasa ogranicza dynamikę PKB poszczególnych państw. Wysokie zadłużenie ma swoje konsekwencje w gospodarce, a wyjście na prostą może trochę potrwać.

— Kluczem pozostaje spadek niepewności odnośnie do sytuacji makroekonomicznej. Większe zaufanie inwestorów przełożyłoby się na popyt na rynku akcji i nieruchomości — mówi Adam Czerniak.

— Najsilniejsze gospodarczo państwa powinny odbudować wiarygodność na rynkach i znaleźć sposób na rozwiązanie problemów z zadłużeniem państw strefy euro — dodaje Rafał Benecki.

KOMENTARZ

Dziś królem jest ten, kto ma pieniądze

PAWEŁ MAJTKOWSKI

analityk Expandera

Po latach hossy na rynku nieruchomości kryzys przyniósł moment, kiedy mówimy „sprawdzam”, odnosząc się do pokera. O ile wcześniej mieliśmy do czynienia z bańką spekulacyjną, to teraz ceny w wielu miejscach spadły do bardziej realnych wartości. Należy pamiętać, że w wielu miejscach na świecie nieruchomości nadal są bardzo drogie. Z kolei patrząc na polski rynek nieruchomości, widać, że więcej do powiedzenia ma kupujący, bo to on ma pieniądze.

Dlatego inwestor, który posiada większą ilość kapitału lub zdolność kredytową, jest królem. Może wybierać dogodne miejsca i negocjować korzystne ceny. Warunki do kupna są o wiele lepsze niż rok czy dwa lata temu. Pytanie, jak długo utrzyma się taka sytuacja, bo wieczna nie będzie. Myślę, że przy spadku cen o 5-10 proc. wiele osób, które są dzisiaj w blokach startowych i rozważają kupno, podejmie decyzje. Zwiększony popyt przełoży się na ceny, ale nie spodziewam się powrotu do tych z lat 2006-08.

Warto pamiętać, że rynek nie jest jednolity. Są segmenty, w których dalej rządzi podaż, jak w przypadku małych mieszkań, gdzie większa liczba chętnych wpływa na ceny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Koprowicz

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu