Rynki lekceważą budżetowe waśnie

Jacek Kowalczyk,Grzegorz Nawacki
opublikowano: 22-07-2009, 00:00

Na rynkach euforia, chociaż rząd nowelizuje budżet. Inwestorzy nas rozumieją — tłumaczy wiceminister Ludwik Kotecki.

Ludwik Kotecki, wiceminister finansów, zapewnia, że nasza waluta nie oberwie przez finanse publiczne

Na rynkach euforia, chociaż rząd nowelizuje budżet. Inwestorzy nas rozumieją — tłumaczy wiceminister Ludwik Kotecki.

"Puls Biznesu": Kilkanaście dni temu rząd przyjął projekt nowelizacji budżetu. W normalnych czasach byłaby to hiobowa wiadomość. Jak rynki ją przyjęły?

Ludwik Kotecki, wiceminister finansów: Bardzo dobrze. Inwestorzy już wcześniej oczekiwali, że deficyt wzrośnie, nie wiedzieli tylko, o ile. Skala, którą zaproponowaliśmy (9 mld zł), nie zaskoczyła ich. Rynek uznał tę nowelizację za racjonalną i zrozumiałą.

Napięcia w finansach publicznych nie będą więc chwiały rynkami, np. kursem złotego?

Jeżeli chodzi o 2009 r. — na pewno nie. Na jesieni dojdzie jednak nowy element — projekt budżetu na przyszły rok. Ta informacja będzie na pewno dla inwestorów bardzo interesująca, ale tu jeszcze niewiele wiadomo.

Ale na pewno ma pan już wstępne założenia.

Dobrze by było, gdyby udało się obniżyć deficyt budżetowy. Co do dochodów państwa, można spodziewać się wzrostu — niewielkiego, ale jednak. Założenia makroekonomiczne na 2010 r. są bardzo konserwatywne. Wzrost PKB o 0,5 proc. i inflacja 1 proc. — to ostrożne założenia, można zakładać przynajmniej zbliżony do tych wartości wzrost dochodów. Tym bardziej, że nie są planowane żadne duże zmiany systemowe po stronie dochodowej budżetu.

A małe? Będą podwyżki podatków?

Wiceministrowie finansów Maciej Grabowski i Jacek Kapica uczestniczą w pracach komisji Przyjazne Państwo, która generuje różne niewielkie zmiany systemowe, generalnie korzystne dla gospodarki. Może się też okazać, że z powodu osłabionego złotego przestaniemy spełniać unijne minima akcyzowe dla różnych wyrobów, ale będziemy to wiedzieć dopiero jesienią, kiedy poznamy ówczesny kurs euro.

A bardziej znaczące podwyżki podatków? Chociażby pomysły podniesienia stawek dla najbogatszych — mówił o nim Zbigniew Chlebowski, szef Klubu Parlamentarnego PO.

Ani minister finansów Jacek Rostowski, ani ja nie znamy tego pomysłu. Pojawiały się też pogłoski dotyczące podwyżek stawek VAT i innych obciążeń.

Jest coś na rzeczy?

Sporo będzie zależało od tego, jak będzie się zachowywała druga strona ul. Świętokrzyskiej [naprzeciwko siedziby resortu finansów mieści się Narodowy Bank Polski, między instytucjami toczy się spór o zysk banku — red.] oraz jakie będą decyzje pana prezydenta. Chodzi zarówno o ustawy wydatkowe, np. dotyczące wojska, jak i wspieranie nas w przekonywaniu banku centralnego, żeby jednak przyjrzał się swoim praktykom księgowym.

Czyli podwyżka podatków wisi w powietrzu, ale ruch jest po stronie NBP i prezydenta Kaczyńskiego?

Wolałbym, żeby cały czas tam wisiała i nigdy nie zeszła na ziemię. Bardzo mocno wspierałem ostatnie obniżki podatków i inne zmiany podatkowe, np. w ustawie o VAT, więc proszę teraz nie wymagać, bym musiał zmieniać stanowisko o 180 stopni i mówić, że chcemy zwiększać obciążenia. To powinna być ostateczność.

A wydatki — czy w przyszłym roku zobaczymy postęp w reformie finansów publicznych?

Wiem, że w Departamencie Reformy Finansów Publicznych trwają prace i analizy. Ale należy pamiętać, że mamy sytuację makroekonomiczną, jaką mamy. Zwykle reforma wydatkowa generuje na początku koszty, a dopiero w długim okresie zyski. Problem w tym, że w przyszłym roku może nie być miejsca nawet na te małe koszty początkowe.

Sławomir Skrzypek, prezes NBP, w poniedziałek zapraszał przedstawicieli Ministerstwa Finansów na korepetycje z rachunkowości. Wybiera się pan?

W ministerstwie jest departament zajmujący się rachunkowością. Jego dyrektor jest wysokiej klasy specjalistą. Ten departament odpowiada za ustawę o rachunkowości, więc nie wiem, czy jest ktoś bardziej kompetentny.

Czy w sprawie zysku z NBP obie strony Świętokrzyskiej nie powinny jednak spróbować dojść do porozumienia w zaciszu gabinetów?

W MF pracuję już trzynaście lat i takiej częstotliwości spotkań z przedstawicielami NBP, jaka jest od około półtora roku, nigdy tu nie widziałem. Stale współpracujemy, także w kwestiach zysku banku.

Również minister Rostowski i prezes Skrzypek często się spotykają?

Tak, spotkań jest dużo, ale nie po każdym zwołujemy konferencję prasową. To są często prace nad sprawami bieżącymi, mają charakter roboczy.

Jak przebiegają takie spotkania? Panowie się kłócą?

Nie. Żadnych kłótni nie ma, to wykluczone. Tym bardziej, że pan prezes Skrzypek na tych spotkaniach raczej wysłuchuje opinii, sam rzadko zabiera głos.

Czy takie spotkania mają jednak sens, skoro później obie strony wychodzą i mówią swoje?

Często te spotkania są owocne. Chociażby linia kredytowa w Międzynarodowym Funduszu Walutowym — 20 mld dolarów zabezpieczenia dla Polski — to chyba najważniejszy owoc naszej współpracy.

Czy jest jakaś kwota, o której już dziś wiemy, że może bezpiecznie zostać wypłacona do budżetu?

Taką kwotę powinien ewentualnie przedstawić prezes NBP, chociażby wariantowo. Nie chcemy wpływać na niezależność banku centralnego. Tę suwerenność trzeba absolutnie szanować. Ale niezależność nie jest z gumy. Ona nie powinna być naciągana na wszystko, co jest po tamtej stronie Świętokrzyskiej. Uważam, że mówiąc, że NBP stosuje bardziej restrykcyjne zasady rachunkowości, niż chociażby ECB, tej niezależności nie naruszamy.

A jeżeli prezes Skrzypek mówi, że ta kwota to zero?

To jest niespójny — z jednej strony mówi, że nie da się prognozować zysku, z drugiej, że wynik wyniesie zero. Albo jedno, albo drugie.

Ale rząd nie będzie zmieniać ustawy o NBP, żeby zmusić bank do wypłaty zysku, co sugerował minister Sławomir Nowak?

Zdecydowanie nie. Ta wypowiedź była niefortunna. Ramy prawne są wystarczające, zawiodła jedynie ich interpretacja i praktyka.

Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK

Rząd powinien zacząć od siebie

Dziwić może, że resort finansów w pierwszej kolejności szuka ratunku dla finansów publicznych na zewnątrz (np. u prezydenta czy w Narodowym Banku Polskim), a nie skupia się na własnym, rządowym podwórku. Chodzi przede wszystkim o współpracę z ministrem skarbu — faktyczne przyspieszenie prywatyzacji mogłoby bardzo pomóc. Deficyt mógłby wzrosnąć (co w czasie dekoniunktury jest w pewnym stopniu normalne), nie zwiększając jednocześnie potrzeb pożyczkowych państwa, bowiem przychody z prywatyzacji idą na finansowanie deficytu. Szkoda, że Ministerstwo Finansów rzadko mówi, co zamierza zrobić z przyszłorocznym budżetem (szczególnie po stronie wydatków) i działaniami długookresowymi w finansach publicznych w ogóle. Pozytywnym elementem jest obniżenie sztywnego limitu wydatków na wojsko w czasie kryzysu. To słuszna inicjatywa. Co do podatków — sądzę, że jakieś podwyżki zobaczymy, a najbardziej realne jest podniesienie akcyzy, ponieważ nie będzie to wymagało zgody prezydenta.

Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte

Nastroje inwestorów są chwiejne

Na rynkach zapanowały dobre nastroje. To rzeczywiście dobry znak po nowelizacji budżetu. Jednak dobra percepcja Polski zależeć będzie w dłuższym okresie od danych o PKB z drugiego kwartału, które poznamy za kilka tygodni. Wtedy okaże się, czy rzeczywiście nasza gospodarka ma szanse zachować w całym roku pozytywny wzrost, czy — jak prognozowała Komisja Europejska — czeka nas jednak recesja. Jeśli nasze perspektywy będą po danych kwartalnych rysować się gorzej niż dzisiaj, inwestorzy mogą przestać darzyć Polskę zaufaniem, a to może przełożyć się na ponowny odpływ kapitału i spadki na rynkach walut i giełdzie. Sytuacja będzie jeszcze gorsza, jeśli rząd będzie dalej kłócił się z Narodowym Bankiem Polskim o zysk. To lekko żenujący spektakl. Co z tego, że minister Rostowski i prezes Skrzypek się spotykają, skoro niewiele z tego wynika? Rzecz nie w liczbie spotkań, a w ich jakości. Ministerstwo Finansów powinno zająć się finansami publicznymi, a NBP polityką pieniężną, ponieważ w obu obszarach jest sporo do zrobienia.

Złoty w żółtej koszulce. Najmocniejszy na świecie

Nasza waluta pręży muskuły. Sprzyja jej globalny wzrost apetytu na ryzyko, ale i działania rządu… lub ich brak.

W nocy z poniedziałku na wtorek pękła bariera 3 zł za dolara. Jeszcze w połowie lutego kurs był w okolicy 3,90 zł. Przełom?

— To tylko psychologiczny poziom. Dla rynku nie ma znaczenia, co widać po tym, że nikt go dziś specjalnie nie broni. Rynek jest spokojny, są niewielkie napływy, kursy zachowują się stabilnie — komentował wczoraj Marek Cherubin, diler walutowy Banku BPH.

— To symboliczny poziom, bo zawsze okrągła liczba jest istotna. Ale na razie jesteśmy bardzo blisko poziomu 3 zł, szybko możemy znów wrócić powyżej. O tym, czy trwale przeszliśmy na jedną lub drugą stronę, najwcześniej będzie można powiedzieć pod koniec tygodnia — dodaje Tomasz Niemiec, diler walutowy Banku Millennium.

Kto tu pomaga

Skuteczny atak na 3 zł za dolara ma kilka podstaw. Przede wszystkim sprzyja nam osłabienie dolara względem euro. W ciągu miesiąca dolar stracił do niego 2,4 proc. Tymczasem złoty był najmocniejszy na świecie. Zyskał, aż 6,73 proc.

— To nie jest tak, że Polska stała się wyspą, na którą rzucili się inwestorzy. Duży wpływ ma i będzie miało to, co się dzieje w relacji euro do dolara. Jeśli euro będzie szło do góry to i złoty będzie zyskiwał. Ale nie spodziewam się, że dalej utrzyma się takie tempo umacniania. Euro może się zbliżyć do 4,05 zł, ale nie sadzę, by przebiło poziom 4 zł — mówi Tomasz Niemiec.

Za nami uplasował się brazylijski real, który zyskał 4 proc. Na kolejnych miejscach znalazły się węgierski forint i turecki lir. Rynki wschodzące górą.

— Jest dobre nastawienie do naszego regionu. Dobre dane z sektora nieruchomości i sektora bankowego w USA sprawiają, że rośnie globalna skłonność do ryzyka i inwestorzy interesują się rynkami wschodzącymi — tłumaczy Marek Cherubin.

Zdaniem ekspertów, to nie przypadek, że złoty ma żółtą koszulkę lidera wzrostów. Marek Cherubin zauważa, że wcześniej złoty mocniej tracił niż waluty w regionie, a teraz dynamiczniej zyskuje.

— Być może symboliczny wpływ miała wypowiedź ministra Rostowskiego, który podtrzymał wejście Polski do strefy ERM2 w tym roku — dodaje diler BPH.

Są i inne teorie. Z wypowiedzi przedstawicieli władzy między wierszami można wyczytać, że rządowi wcale nie zależy na mocnym złotym. Słaby złoty zwiększa bowiem konkurencyjność naszych firm.

— Rząd wspólnie z NBP mają narzędzia umożliwiające wzmacnianie złotego, ale z nich nie korzystają. Inwestorzy mogli to zinterpretować, że skoro rząd nie boi się słabego złotego, to z gospodarką wcale nie jest źle. Poza tym często rynek działa na przekór temu, co chce rząd. Gdy w listopadzie premier przekonywał, że nie ma podstaw, by złoty tak słabł i że będzie go bronił, to ataki się nasiliły. A teraz rząd chce słabego — mówi Tomasz Niemiec.

Niespokojna jesień

Inni eksperci wręcz przeciwnie — uważają, że umocnienie złotego to wynik działania rządu.

— Wiele wskazuje na to, że złoty się wzmocnił, ponieważ Ministerstwo Finansów sprzedało na rynku kolejną transzę euro z funduszy unijnych. To mógł być impuls dla inwestorów do wejścia na rynek i włączenia do gry na umocnienie złotego. Stąd również wzrosty na giełdzie — dla zagranicznych inwestorów złoty jest kluczowy. Co z tego, że zarobią kilka procent na akcjach, skoro stracą dziesięć procent na kursie złotego? Prawdopodobnie uwierzyli, że złoty będzie mocniejszy i stąd ostatnie wzrosty. Nie jestem jednak pewien, czy to dobry moment na wymianę euro na rynku. Wiele "amunicji" rządowi już nie zostało, a jesień zapowiada się ciekawie — zwyczajowo wiosna i jesień to pory, kiedy na rynkach finansowych dzieje się najwięcej — mówi Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte

Jacek

Kowalczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk,Grzegorz Nawacki

Polecane