Rynki wschodzące zadziwiają świat

Marek Druś
opublikowano: 25-01-2010, 00:00

Wśród inwestorów

jest moda na Chiny

i inne kraje z koszyka

emerging markets.

W każdej sekundzie

czar olbrzymich

zysków może prysnąć,

jak 10 lat temu

bańka internetowa

W ostatnich dniach chiński urząd statystyczny ujawnił, że w IV kwartale ubiegłego roku trzecia co do wielkości potęga gospodarcza świata rozwijała się w błyskawicznym tempie 10,7 proc. (licząc r/r). To ważna informacja, bo powszechnie uważa się, że to właśnie Chiny wyciągną globalną koniunkturę z zapaści. Giełdy, w tym główny indeks w Szanghaju, zareagowały jednak spadkami. Powód? Inwestorzy obawiają się, że chińskie władze będą chciały mocniej schłodzić koniunkturę, aby nie doprowadzić do jej przegrzania (podniesiono już oprocentowanie bonów skarbowych i poziom rezerwy obowiązkowej dla dużych banków).

Czy te obawy są słuszne? "Gospodarka chińska jest mocno rozpędzona i spodziewamy się, że w 2010 roku wzrost gospodarczy będzie nawet silniejszy niż w roku ubiegłym" — powiedziała w CNBC Jing Ulrich, która kieruje działem ds. rynku chińskiego w JPMorgan Securities. Zauważyła ona, że w ubiegłym roku 80 proc. wzrostu gospodarczego pochodziło z inwestycji w aktywa trwałe, które z kolei były możliwe dzięki kredytom bankowym. Według Ulrich teraz chiński rząd stara się balansować gospodarką w stronę sektora usług oraz konsumpcji i z nich uczynić motor jej wzrostu.

Chiny, już od kilkunastu miesięcy, są najmodniejszym miejscem na świecie do lokowania pieniędzy i kupowania akcji. I nic w tym dziwnego. Ostatnie tytuły prasowe na niemal wszystkich robią wrażenie: "Chiny największym rynkiem motoryzacyjnym świata", "Chiny przewodzą światowemu eksportowi" czy "Chiny będą największym rynkiem konsumenckim". Jako główny rynek wschodzący świata Chiny ciągną za sobą wszystkie pozostałe rynki wrzucone przez zachodnie instytucje do koszyka z napisem "emerging markets". Pytanie jest tylko jedno: czy pomimo ostatniego rajdu indeksów wciąż warto kupować akcje rynków wschodzących?

Zespół strategów banku Morgan Stanley, kierowany przez Jonathana Garnera, zaleca inwestorom w najnowszym raporcie "trzymać się BRIC", czyli kupować akcje firm z Brazylii, Rosji, Indii i Chin. Wcale im nie przeszkadza, że indeksy giełdowe w tych państwach wzrosły w ubiegłym roku o co najmniej 80 proc. Garner optymistycznie ocenia także pozostałe rynki wschodzące. Prognozuje, że na koniec 2010 roku indeks MSCI Emerging Markets, uwzględniający spółki z 22 państw, znajdzie się w pobliżu 1200 pkt, czyli o prawie 20 proc. powyżej obecnego poziomu (w 2009 roku zyskał 75 proc.).

Nie wszyscy w branży finansowej podzielają jednak ten optymizm. Peter Tasker, analityk Arcus Research, uważa, że zarządzający funduszami inwestycyjnymi pompują obecnie pieniądze w rynki wschodzące podobnie jak 10 lat temu, kiedy za wszelką cenę starali się wycofać je ze "starej gospodarki" i zainwestować w spółki nowych technologii. Tymczasem, jak pisze Tasker w "The Financial Times", błąd tkwi w założeniu, że wyniki spółek z gospodarek wschodzących będą się poprawiać w miarę przyspieszania dynamiki wzrostu PKB. Takiej korelacji nie dało się dotąd udowodnić.

Konkluzja analizy danych z blisko 100 lat, przeprowadzonej przez prof. Jaya Rittera z Uniwersytetu Florydy, jest jasna: "Kraje z wysokim potencjałem wzrostu nie oferują dobrych okazji inwestowania, chyba że wyceny spó-łek są niskie". Czy są niskie? W przypadku Chin, największej i najważniejszej gospodarki wschodzącej, z pewnością nie. Tasker zwraca uwagę, że osiągając historyczny szczyt w 2007 roku, wskaźnik cena/wartość księgowa dla spółek wchodzących w skład indeksu giełdy w Szanghaju wynosił ponad 7, podczas gdy w przypadku giełdy w Tokio, w momencie osiągnięcia przez nią szczytu 20 lat temu, sięgał on 5.

Nie lepiej wygląda porównanie klasycznego wskaźnika cena/zysk (średni z 10 lat). Dla giełdy amerykańskiej wynosi on 15 i jest obecnie wyższy niż historyczna średnia. Tymczasem w przypadku Chin sięga on aż 50. Tasker podkreśla, że inwestorzy powinni bronić się przed "mitem BRIC", który, jego zdaniem, zaczyna dominować w mediach. Przypomina to, co w ubiegłym roku powiedział słynny Warren Buffett: "Strasznym błędem jest patrzyć, co dziś dzieje się w gospodarce, i decydować, czy kupować, czy sprzedawać akcje". Dotyczy to zarówno silnych gospodarek, jak i słabych — podkreśla Tasker.

BRIC i... Goldman Sachs

Termin "rynki wschodzące" wymyślił holenderski bankier Antoine van Agtmael, kiedy pracował dla Międzynarodowej Korporacji Finansowej (IFC) — związanej z Bankiem Światowym największej międzynarodowej organizacji finansowej udzielającej pomocy finansowej sektorowi prywatnemu krajów rozwijających się. Van Agtmael promował kiedyś podczas spotkania z finansistami w Nowym Jorku ideę stworzenia "funduszu inwestycyjnego Trzeciego Świata". Jeden z uczestników powiedział Holendrowi na koniec spotkania, że używając terminu "Trzeci Świat", raczej nie ma co liczyć na sukces. Van Agtmael wymyślił więc termin "rynki wschodzące" i udało się. IFC przyczyniło się do powstania pierwszego funduszu rynków wschodzących w 1986 roku. Jego kapitał wynosił wówczas 50 mln USD.

Termin BRIC wymyślił w 2001 roku Jim O’Neill, główny ekonomista Goldman Sachs. Jak sam twierdzi, wpływ na to miał zamach na World Trade Center, który miał mu uzmysłowić rosnące znaczenie tej części świata, która nie jest tzw. Zachodem. Nie brak jednak głosów, że BRIC to jedynie świetny pomysł marketingowy Goldman Sachs, który jednak jest tworem "sztucznym" z racji różnic między gospodarkami tworzącymi grupę, a także założenia o ich permanentnym wzroście w przyszłości. Sam O’Neill przyznaje, że wymyślenie BRIC w jakimś stopniu było podyktowane koniecznością zaakcentowania objęcia przez niego stanowiska samodzielnego szefa komórki ekonomicznej Goldman Sachs. Bez względu jednak na powody, stworzenie BRIC przyczyniło się do znacznego poszerzenia "mapy świata", którą mają przed sobą uczestnicy rynków finansowych.

Chiny nie napędzą

globalnej gospodarki

Tak uważa słynny

amerykański ekonomista

Nouriel Roubini, który

przewidział kryzys

finansowy i globalną recesję.

"Rozczarują się ci, którzy oczekują, że Chiny staną się lokomotywą globalnej gospodarki" — powiedział Roubini podczas forum finansowego w Hongkongu. Jego zdaniem, trzeba "dekady lub więcej", zanim chińscy konsumenci osiągną pozycję, która da im istotny wpływ na sytuację gospodarczą. Obecnie konsumpcja stanowi około 36 proc. PKB Chin. W przypadku USA to 70 proc.

— Chiny nie mogą być jedynym motorem globalnego wzrostu gospodarczego — powiedział Roubini, przyznając jednocześnie, że szybkie tempo rozwoju tego kraju już jest wsparciem dla gospodarek regionu, a także rynku surowców.

Uwaga na deficyt

Amerykański ekonomista jest zaniepokojony możliwością pogorszenia się sytuacji finansowej Chin na skutek narastania przez kolejne lata deficytu budżetowego. Zwraca także uwagę, że zmuszanie państwowych banków do kredytowania państwowych firm daje wprawdzie krótkotrwałe korzyści w postaci wzrostu zatrudnienia i produkcji, ale dzieje się to kosztem oszczędności gospodarstw domowych, co jeszcze mocniej oddala wzmocnienie pozycji konsumpcji. Roubini podkreśla również, że rosnące wydatki kapitałowe spowodują, iż Chiny będą musiały w przyszłości radzić sobie z problemem nadmiernych mocy produkcyjnych.

Odbicie w kształcie V

Pomimo niepokojących sygnałów dotyczących chińskiej gospodarki, z perspektywy inwestycji Roubini wyżej ocenia gospodarki wschodzące, takie jak Chiny, niż gospodarki rozwinięte. Przewiduje on, że gospodarki wschodzące mogą liczyć na 5-8-procentowe tempo wzrostu, pozwalające uniknąć im problemu nadmiernej inflacji. W przypadku gospodarek rozwiniętych wzrost będzie sięgać około 2 proc.

— Poprawa sytuacji na rynkach wschodzących będzie przebiegała inaczej. Będzie przypominała raczej literę "V" niż "U" — uważa amerykański ekonomista.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Druś

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy