Salsa na życie

Anna Borys
17-10-2007, 09:27

Trochę na uboczu, na warszawskim Solcu, pod mostem Poniatowskiego skrywa się kawałek Karaibów — centrum tańca Salsa Libre. Niezależnie od pory roku, zawsze tutaj gorąco. Przez cały dzień odbywają się kursy salsy, samby, hip-hopu, cza-czy, tańca brzucha. Czas się zatrzymuje, codzienność znika. Rządzi taniec.

Jeszcze parę lat temu mało kto u nas słyszał o salsie. Marek Domański też pewnie by się o niej nie dowiedział, gdyby nie stypendium w Stuttgarcie.

— Kumpel z Nikaragui zabrał mnie do Hawana Club na urodziny znajomego. Trafiliśmy na Free Latin Salsa Classess — wspomina Domański.

Zauroczył go taniec latynoamerykański.

— Praktykowałem wtedy buddyzm. Medytowałem po parę godzin. Okazało się, że takie samo odprężenie daje mi parę kawałków salsy — mówi Marek Domański.

Porzucił wtedy fascynację Wschodem na rzecz Karaibów.

— Salsa działała na mnie jak magnes. Przyciągała energią — wyznaje.

W przeciwieństwie do niego jego wspólniczka Anna Chagowska tańczyła od zawsze.

— Od dzieciństwa mama wysyłała mnie na tysiące zajęć. Byłam w ognisku baletowym. Taniec kojarzył mi się z podnoszeniem nóg i ciężką pracą — wspomina Anna Chagowska.

Przestał jej tak się kojarzyć, kiedy wyjechała na praktyki do Niemiec, niedaleko Stuttgartu.

— Trafiłam do klubu salsowego. Wszyscy po prostu świetnie się bawili — mówi Anna Chagowska.

Tam się spotykali. Chodzili na karaibskie imprezy, festiwale i na warsztaty, bo kultura salsowa podbijała zachodnią Europę.


Skok na głęboką wodę
Po powrocie do kraju, chcieli spełnić swoje marzenia — propagować salsę. Mieli w rękach atuty. Znali środowisko. Wiedzieli, jak zorganizować imprezy czy warsztaty. Pierwsze zajęcia odbyły się w Helikon Jazz Cafe.

— Kompletne zaskoczenie. Przyszło 80 osób. Ale był ścisk — śmieje się Marek.

Sukces. Problem polegał tylko na tym, że ludzie przychodzili tańczyć, a nie pić. Szybko stracili dobrą lokalizację. Znaleźli się w punkcie wyjścia, choć wiedzieli, że na brak chętnych nie będą narzekać. Ani udało się znaleźć inny klub.

— Czterech facetów siedziało i drapało się w łyse głowy, co by tu zrobić z klubem? Wpadła Ania, ładna, zgrabna i sprzedała im pomysł na imprezy salsowe. Oni to kupili — opowiada Marek.

Zaczęli organizować imprezy w Insomnii na ul. Polnej (teraz Baazar). I powoli wszystko zaczęło się kręcić. Gromadzili coraz więcej ludzi. Zaczęło im brakować miejsca. Zrobili biznesplan i wzięli kredyt.

— Musieliśmy dwa i pół raza zwiększyć obroty, żeby wyjść na swoje — wylicza Marek.

Nie chcieli stworzyć wyłącznie szkoły tańca, lecz także klub. Znaleźli lokal na Solcu. 420 mkw. Dodatkowo nie było problemu z sąsiadami, bo tam są głównie biura. Remont kosztował ich blisko 230 tys. zł. Najdroższa okazała się dźwiękoszczelna ściana łącząca sale do tańczenia. Pozwala prowadzić zajęcia w pomieszczeniach obok bez obawy, że kurs hip-hopu będzie odbywał się w rytmach samby.

Oficjalne otwarcie świętowali w grudniu 2005 r. Szkoła została w nurcie rytmów etniczno-streetowych. Dlatego ofertę kursów wzbogacili o hip-hop, sambę i taniec brzucha. Wszystko jednak spaja salsa.


Klucz to atmosfera
Najważniejszy jest zespół. Ludzie z pasją łatwo rozprzestrzeniają miłość do tańca.

— Zaczęliśmy szukać współpracowników, ludzi z feelingem — mówi Marek.

Ich zespół liczy 37 osób. Wprowadzają tygodniowo w tajniki tańca blisko tysiąc osób. Niektórzy w studiu na Solcu spędzają cały tydzień. I nie mogą narzekać na monotonię. Zaczynając od cyklicznych sobotnich imprez jak Bomba Latina. Niektórzy mówią o niej najgorętsza impreza karaibska w mieście. Zaczyna się tradycyjnie od lekcji salsy. A potem na parkiecie swoich sił może próbować każdy. Zazwyczaj tutaj stawiają pierwsze kroki nowi kursanci. W poniedziałek dla wytrwałych Galeria Uff. Można tam poćwiczyć technikę i nowe triki taneczne.

Nie brak też imprez tematycznych, jak na przykład Samba & Reggaeton Weekend. W czasie dwóch dni studio zamieniło się w ulice Rio de Janeiro. Gwoździem programu okazał się pokaz samby brazylijskiej, zaprezentowany przez kursantki ze studia. Wszystko dopięto było na ostatni guzik, łącznie ze strojami — do każdego utworu zupełnie inny.

— Dla odwagi przed występem napiłyśmy się cachaca, tradycyjnej brazylijskiej wódki z trzciny cukrowej. Bardzo niedobra — zdradza tajemnicę sukcesu jedna z kursantek.

Okazuje się, że czasem nawet okropna wódka, nie potrafi zmącić karaibskiego klimatu Salsa Libre.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Borys

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Salsa na życie