Sam, samego, samemu

Małgorzata Ziębińska
opublikowano: 27-10-2006, 00:00

Jesień. Trudny czas dla wrażliwców i samotnych. Niebawem — plucha, szarość, długie wieczory; wrażliwych i samotnych ten czas dotyka bardziej przejmująco, dotkliwiej...

Bywa, że samotność to stan wybrany, świadoma rezygnacja z obecności obok drugiej osoby — i taka potrafi uszczęśliwić; daje spokój. Wiąże się z wewnętrzną zgodą na pojedynczość we wszystkim: spacerach, odwiedzinach przyjaciół, wyprawach do kina, dużych i małych codziennych decyzjach. Jedna ze znajomych osób docenia komfort pozostania przy swoich przyzwyczajeniach, życie według własnego rytmu, bez potrzeby dostosowywania go do kogokolwiek. Samotność wybrana nie przeraża.

Ale... Rozmawiałam niedawno z dojrzałą kobietą, która żyje sama — i ta sytuacja pozostaje źródłem jej autentycznego cierpienia. Dotkliwie odczuwa brak kogoś bliskiego, tęskni za bliskością w jej szczególnym ciepłym, intymnym odcieniu. To nieukojona tęsknota, potrzeba współdzielenia codzienności w tym, co ze sobą niesie. Widzę wokół wielu, dla których samotność to stan bez miłości, otchłań powtarzalnych czynności (ich znaczenie maleje, nie dając radości i satysfakcji, choć z pewnością pozwala odsunąć myśli, oderwać się na kilka chwil)... To nie decyzja i nie wybór, lecz poczucie niezrozumienia „dlaczego właśnie ja?”. Przecież jestem w porządku, mam wiele do zaoferowania, a nikt nie chce skorzystać z „bijących we mnie źródeł”. Niekiedy przychodzi myśl, że nic się już nie zmieni, a wraz z nią — rozpacz. Wtedy łatwo o zamknięcie się w sobie, gdyż to początek izolowania się od ludzi, pogłębiający nieprzyjemne uczucia. Znane i obce pary „panoszące się” po świecie zaczynają irytować swoim aroganckim obnoszeniem się z własnym szczęściem. Czasami zakrada się zgorzknienie i zaczyna budowa pancerza cynizmu.

Gdy wszelkie możliwości zdają się wyczerpane, okazuje się, że istnieje jeszcze jedna: miejsce nigdy nie zasypiające, w którym niemal wszyscy są w podobnej sytuacji, do którego wciąż i wciąż nadciągają nowi, w którym jest różnorodność, które nie wymaga zbyt wiele. To internet, a w nim — tysiące ludzi.

Nie podzielam ani biadolenia, ani oburzenia, ani niesmaku przeciwników tej formy zawierania znajomości. Jest tak samo dobra jak każda inna. I jak każda inna ma wady.

Poznawanie innych wymaga otwartości i — bez wątpienia — chęci „bycia poznanym”. Wymaga czasu, rozwagi, rozsądku i uważności — zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Rozczarowania mogą nas spotkać wszędzie, piękne relacje — również. W obu światach część z nas udaje kogoś, kim nie jest, gra nieczysto, wykorzystuje uczucia innych do własnych, zazwyczaj nieodsłanianych, celów i znika jak sen. Ryzyka wyeliminować się nie da, każda relacja z drugim człowiekiem bywa nim obarczona, a mimo to każdego dnia owo ryzyko podejmujemy. Bo warto. Nie w zagrożeniach zatem rzecz, lecz w różnicach...

Świat wirtualny zbudowany jest ze słów, nie ma w nim gestów, zapachów, głosu. Brakuje kontekstu, w jakim żyjemy. Mamy do dyspozycji co najwyżej kilka zdjęć, kilka chwil zatrzymanych w klatce. To świat innych proporcji; inaczej rozkładają się akcenty. Panuje większa anonimowość, można innych „podglądać” zza krzaczka — stopień, w jakim się ujawniamy, bardziej zależy od nas samych. W realnym świecie nie ma możliwości przyjrzenia się tylu osobom, takiej łatwości nawiązania kontaktu — ale też zrezygnowania z niego.

Warto też pamiętać o ogromnej sile: naszych emocjach — i nie bagatelizować jej. Pojawiają się, podsycane wyobraźnią; są całkowicie realne — wtedy bardzo łatwo stracić potrzebny zdrowy dystans. W wirtualnym powietrzu unosi się mnóstwo tęsknoty i nadziei na cudowne odnalezienie jedynej, najważniejszej osoby. Słowa i emocje przenikają ów świat, z nich właśnie się on składa.

Niepokojąca może być tylko, jeśli się zdarzy, nieumiejętność przeniesienia kontaktu do tej drugiej, „prawdziwej” rzeczywistości. O ile głęboko wierzę w pozytywną stronę internetu, o tyle używanie go jako trwałego substytutu może być niebezpieczne.

Wystarczy przez chwilę popatrzeć, by dostrzec, jak wiele wirtualnych początków ma całkowicie realne zakończenia, często bardzo szczęśliwe. Szansa na poznanie życzliwych i miłych ludzi również jest jak najbardziej realna.

Jeśli samotność boli i doskwiera, warto próbować i powalczyć o to, co ważne. Nie warto zaś pogrążać się w pustce, pozbawiać nadziei — w pobliżu są przecież światła innych, samotnych łodzi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Ziębińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu