Satyr przebudzony

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 28-05-2010, 00:00

"Gdzie pojrzę, wszędy rąbią; albo buk do huty,/ Albo sośnię na smołę, albo dąb na szkuty!". Tak skarżył się satyr ponad 400 lat temu. Spotkał go i jego słowa wiernie spisał Jan Kochanowski. Słowa do dziś aktualne.

Mogę to poświadczyć, szosą bowiem przed moim domem w Gorcach przez niemal cały rok codziennie z trudem suną do tartaków ciężarówki wyładowane potężnymi balami; wracają z już pociętymi deskami.

Powiada więc bożek leśny: "A to mój dom był zawżdy, gdzie najgęstsze lasy./ Aleście je tak długo tu, w Polszcze, kopali,/ żeście z nich ubogiego Satyra wygnali".

A to dopiero początek długich narzekań "dzikiego męża" na współczesnych mu Polaków. Chciwość, odrzucenie w kąt broni — "w przyłbicach kwoczki siedzą" — odstąpienie od cnót przodków, którzy swym męstwem stworzyli i osłaniali wielkie państwo. "W Polszcze żaden nie był w pieniądze bogaty. Kmieca to rzecz na on czas patrzeć rolej była,/ A szlachta się rycerskim rzemięsłem bawiła". Biada dalej: A dziś? Z różnych stron poczynają sobie coraz śmielej Tatarzy, Turcy, Szwedzi, Moskale. Szarpią, najeżdżają, rabują.

 

Znamy ten utwór, omawia się go w gimnazjum — przynajmniej tak było za moich czasów. Warto go jednak przypomnieć i wyobrazić sobie taką oto sytuację: gdzieś w puszczach gorczańskich, beskidzkich, podlaskich cudem ucho-wał się jeszcze ów satyr Kochanowskiego. Nic to niezwykłego, sam przecież przyznaje, że rodem jest z odległej starożytności, a schronienia użyczyły mu właśnie nasze lasy. Cóż to więc dla niego cztery, pięć stuleci!

I tak w początkach wieku XXI znowu otrząsnął się z drzemki. Wyszedł z leśnych ostępów, oczywiście ukrył rogi, kopyta, ogon. Istny diabeł. Bo też to właśnie satyr użyczył mu swej postaci w ludowej wyobraźni. Ale żadna to sztuka dla bogów i bożków zmieniać wygląd — poświadcza Owidiusz. Rozgląda się więc satyr wokół, patrzy, obserwuje naszą rzeczywistość w początkach wieku XXI.

Co by pomyślał, co by go uderzyło? Oczywiście technika i poziom życia. W wioskach zamiast kurnych chat i lepianek porządne domy, elektryczność, telewizja, radio, telefony, przy chałupach samochody. Szybko jednak by się otrząsnął z szoku. Zjawisko to wielokrotnie potwierdzone: nawet prymitywne jednostki i ludy zdumiewająco szybko oswajają się z cudami techniki. I łatwo też uczą się korzystać z jej wynalazków, oczywiście, nie rozumiejąc zasad ich funkcjonowania. Bądźmy jednak szczerzy: ilu z nas, nawet utytułowanych naukowo, naprawdę rozumie, jak działają komputery, komórki, internet?

Natomiast — to też zastanawiające — komuś obcemu, komuś z zewnątrz z reguły trudno szybko pojąć i akceptować obyczaje, system wartości, zasady postępowania nieznanej mu dotychczas społeczności. A są one zawsze skomplikowane i nienaruszalne. Załóżmy więc, że nasz satyr — to przecież jednak bożek, bystry, inteligentny! — po pierwszym olśnieniu nie zwraca większej uwagi na techniczne nowinki. Ogląda sobie telewizję, słucha radia, korzysta z internetu. Oczywiście, bardzo mu się podobają zwiewne, kuse stroje, ale i obcisłe spodnie dziewczyn, swoboda obcowania, tańce, wszechobecny seks. Raj dla satyra. Nawet w jego czasach antycznych nie było tak wesoło, kolorowo, różnorodnie.

Pamiętając jednak, jak kiedyś skarżył się Kochanowskiemu na ówczesnych Polaków, odsuwa pokusy i poważnie poznaje nową Rzeczpospolitą. Stwierdza przede wszystkim, że to kraj o granicach zupełnie innych; zostały mocno przesunięte na zachód. Dowiaduje się, że to skutek II wojny światowej. I że żaden kraj europejski nie doznał tak znacznych zmian terytorialnych. Owszem, niektóre ok- rojono, były korekty, powstały też mniejsze państwa w obrębie dawnych. Nigdzie jednak w Europie nie zdarzyło się przesunięcie na taką skalę. A z nim związana była prawdziwa wędrówka ludów. Czy satyr uznałby to za powód do narzekania? W porównaniu z dawnym obszarem ta Polska jest mniejsza, granice wszakże łatwiejsze do obrony. I kraj jednolity etnicznie.

 

Trudno, stało się, żal tamtych ziem, obecny kształt ma jednak swoje dobre strony. I sąsiedzi też częściowo inni. Nie ma w pobliżu Turków, Tatarów, Węgrów, Szwedów, cesarstwa Habsburgów. Nie grożą z ich strony najazdy, stosunki z nowymi państwami w zasadzie poprawne. Wprawdzie nikt z sąsiadów nie darzy nas szczególną sympatią, oficjalne deklaracje brzmią jednak pięknie. Nikt też nie ma do nas wielkich pretensji, choć my, owszem, mamy. Natomiast zwykłe, prywatne kontakty z sąsiadami bywają bardzo przyjazne. Każdy z nas tego doświadczył. W sumie więc nie ma na co narzekać.

 

Dowiaduje się wszakże nasz bożek, że od 20 lat ludności Rzeczpospolitej nie przybywa. Dlaczego? Typowa odpowiedź: jesteśmy krajem zamożnym. Satyr duma: w innych krajach Europy, i to znacznie bogatszych, notuje się przecież pewien wzrost. Prawda, że ów brak przyrostu stanowił wielką ulgę dla kolejnych rządów w ostatnim dwudziestoleciu. Poprzednio rokrocznie rodziło się po kilkaset tysięcy nowych obywateli. Trzeba było zapewnić im wszystko — dach nad głową, szkołę, opiekę lekarską, pracę. Tak — rozważa satyr — dla rządzących od roku 1990 to była wielka ulga. Lecz czym to grozi w przyszłości? Czy właśnie to nie powinno stanowić przedmiotu najgłębszej troski? Może by na to ponarzekać?

 

Czy jednak warto? Nawoływał kiedyś Polaków, by się opamiętali, bo "rycerską naukę stracili". A od niej to przecież zależały nie tylko ich posiadłości, ale same gardła, życie, wolności. Nie posłuchali. Troszczyli się tylko o majątki, o wydajność pańszczyzny, o spław zboża i drewna. Wiadomo, czym się to skończyło. Nie ma dziś warstwy rycerskiej, lecz całe społeczeństwo się nobilitowało. Zamiast jednak służby rycerskiej, choćby przysposobienia do niej, powołano wojsko zawodowe. A stałej, silnej armii tak się wówczas obawiano! Mogłaby przecież stać się zagrożeniem dla swobód szlacheckich.

Dzisiejsi Polacy z dumą pamiętają o czynach zbrojnych, także tych z niedawnej przeszłości. Ufni w nowe sojusze mogą spokojnie zajmować się przede wszystkim pracą, wygodami życia, pomnażaniem majętności. I poświęcają się temu tak gorliwie, że wielu zapomina o sprawie najprostszej: nie mają spadkobierców.

 

Kazanie satyra jest długie. Dotyczy też spraw kształcenia i nauki. Uważał, że powinno się je zdobywać głównie w kraju. Dziś studia zagraniczne to wielki sukces, otwierają szerokie możliwości w świecie. Na to więc też nie będziemy narzekali.

Cóż więc ostatecznie pozostaje satyrowi? Na co ma pomstować? Tylko dwie sprawy zasadnicze: ubywa lasów, ubywać też będzie ludzi. Temu pierwszemu można jeszcze jakoś zapobiec, na drugie chyba nawet satyr nie znajdzie sposobu. Choć dobrze by było, gdyby napotkał poetę, który jego słowa i ostrzeżenia ująłby w wiersze tak mocne i jędrne, jak niegdyś Kochanowski. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu