Seban,nożownik

Jacek Konikowski
opublikowano: 30-11-2007, 00:00

Miłość do łyżwiarstwa nie rdzewieje — bo była pierwsza — ale i tej drugiej pasji Sebastiana Kolasińskiego: białej broni, nigdy nie pokryje patyna czasu.

W Warszawie powiedzieli, że jest w Łodzi. Na komendzie w Łodzi, że jest w Warszawie, na urlopie. W końcu Sebastiana Kolasińskiego złapaliśmy w starej hali na Woli. Na lodowisku otoczonym różowymi neonami.

— Cisza ma być! — dudni czyjś głos.

Muzyka. Pary wjeżdżają na lód. Gwiazdy. Wciąż tną łyżwiarskie piruety. Kolejny raz. Próba. W niedzielę znów tańce obejrzą miliony telewidzów.

Seban coś krzyczy, pokazuje, że nie tak, że inaczej, że teraz lepiej. Nagle: łup! Zajęczał lód. I cisza na planie. Rafał Mroczek i jego partnerka... Gwiazdy na lodzie...

Po chwili znowu: cisza ma być. Muzyka. Łyżwy skrzypią. Ale Seban nie patrzy.

No pewnie, gdzie im do niego, mistrza i wicemistrza świata juniorów, ileś tam razy mistrza Polski w łyżwiarstwie figurowym. 12 miejsce na olimpiadzie w Nagano, 13 — w Salt Lake City. To już historia. Grzejemy dłonie przy kubkach z kawą. Seban wyciąga nóż. Będzie o miłości.

Przykład szwagra

Biała broń. Dwie katany, szabla, noże, sztylety i bagnety. Nóż do listów. Nielicha kolekcja.

— Przestałem już liczyć. Dwa lata temu wyszło, że mam 48 sztuk białej broni. Dzisiaj to grubo ponad 50 — podkreśla Seban.

Jak mówi: ma pewnie bzika na punkcie białej broni. O nożowniczej pasji potrafi opowiadać godzinami.

Ma na przykład kilka noży przeznaczonych wyłącznie do rzucania. Jak choćby osę — klasykę polskich noży taktycznych, wykonaną w całości tylko z jednego kawałka wysokowęglowej stali. Pokryta linką rękojeść dobrze leży w dłoni.

— Lubię rzucać. I mam celne oko — przyznaje Kolasiński i szuka czegoś po kieszeniach.

Jabłka? Po chwili wyjmuje sporych rozmiarów sztylet z 15-centymetrowym ostrzem. W Londynie to już broń.

— Nóż towarzyszy mi wszędzie. Przydaje się do wszystkiego. Wszystkie moje ostrza§ muszą być nienagannie ostre, mam na tym punkcie świra. Prócz tego, że zbieram noże, lubię nimi operować. Mam sprawne palce — mówi Seban.

— Seban ma autentycznego świra na punkcie noży. Często ciągnie mnie do siebie mówiąc, że ma nowy nóż, który koniecznie muszę zobaczyć. A z jaką pasją w oczach o nich opowiada! I wiecznie je ostrzy. Czasem, jak się denerwuje, wyjmuje z kieszeni nóż i przewraca go w palcach, przerzuca z jednej dłoni do drugiej, tak jak inni bawią się ołówkiem czy zapalniczką — potwierdza opowieść Filip Bernadowski, przyjaciel Kolasińskiego, również łyżwiarz.

Skąd ta mięta do noży?

— Trudno powiedzieć... Może z pasji do broni, bo już jako dziecko miałem do niej smykałkę? Wujek miał sporą kolekcję noży z różnych stron świata — i to chyba on mnie zaraził... Wpierw jeden nóż, potem drugi, z każdego egzotycznego wyjazdu jakiś. I znajomi pomagali — opowiada Seban.

Nóż nożowi, miecz mieczowi, szabla szabli — nierówne. Bo jaka stal — taka broń. I nie tylko stal. Choćby miecz samurajski. Seban dumny jest ze swojego — katany treningowej typu tando, bez gardy, prezentu od fanki z Japonii na zakończenie sportowej kariery.

— Katanakaji (płatnerz) wpierw szuka właściwej rudy, potem wytapia ją we własnoręcznie zrobionym piecu, w końcu kuje metal. Jak? To tajemnica, której każdy katanakaji strzeże jak największego skarbu. Z grubsza, wytopiony kawałek metalu katanakaji składa tak jak kartkę — na pół. I rozkuwa; potem znowu na pół, rozkucie — i tak nawet kilkadziesiąt razy. Potem dodaje inne metale, by nadać mieczowi sprężystość i ostrość. Na zewnętrz inny kruszec i wewnątrz inny. Na koniec każdy mistrz miecza nadaje swemu dziełu duszę, własny podpis: na ostrzu miecza maluje wzór — specjalnym olejkiem nakładanym jeszcze przed hartowaniem stali — tłumaczy Seban.

Katana wisi w domu na honorowym miejscu, wciąż przypominając o niedawnej jeszcze pasji właściciela — aikido.

— Marzę o komplecie miecza i noża starej japońskiej roboty, jakiegoś znanego katanakaji. Byłbym w siódmym niebie! — powiada Seban.

I chyba na marzeniu poprzestanie. Wartym kilka milionów dolarów.

Groźna szarża

Jako się rzekło, nóż nożowi nierówny. Kwintesencją noża jest jego funkcjonalność.

— Myśliwski nie powinien być zbyt duży, za to musi dobrze leżeć w ręku, nie może się ślizgać w mokrej dłoni, ubrudzonej krwią, bo to niebezpieczne — instruuje Seban. I dopowiada:

— Nóż bojowy winien być prosty, wtedy sprawnie chodzi w ręku; gdy rękojeść jest za krótka, łatwo go wybić z ręki, gdy za długa — jest nieporęczny. Rękojeść niech ma okładzinę, żeby pewnie spoczywała w dłoni.

Kiedyś właśnie ta funkcjonalność uratowała mu życie.

— Dawno temu, gdy zaczynałem przygodę z łowiectwem. Znajomemu spod Łodzi uciekły z zagrody świniodziki. Ludzi się nie bały, więc rabowały każdego, kto wracał z pobliskiego sklepu. Kolega poprosił o pomoc w ich złapaniu, a że przez tydzień porządnie zdziczały, to nie było rady: trzeba było je wystrzelać. Wzięliśmy broń. Szybko uporaliśmy się ze wszystkimi, z wyjątkiem odyńca. Postrzeliłem go ostatnim nabojem i byłem przekonany, że kolega jeszcze ma amunicję. Nie miał! Doszedłem zwierza w młodniku. Krzyknąłem koledze „Już go mam, leć po amunicję!”. Do domu miał jakieś 10 minut w te i nazad. Dzik wyglądał na konającego. Ale był w lepszej formie, niż sądziłem. Zaczął szarżować. Miałem tylko nóż… Przydał się. Ale co się strachu najadłem… — wspomina Sebastian Kolasiński.

Jakby dla zilustrowania opowieści Seban pokazuje niewielkich rozmiarów nóż myśliwski. Trochę toporny, niezbyt ładny.

— Prezent od znajomego choreografa z Rosji, który dostał go od radzieckiego ubeka. Jeden z moich cenniejszych eksponatów, nóż z limitowanej edycji dla radzieckiej wierchuszki, członków KGB. Na ostrzu ma wygrawerowany numer i skrót NBCCCP — Politbiuro Sowietskowo Sojuza– tłumaczy Seban.

Mało urody, lecz stal — przednia.

— Fakt, niezbyt poręczny jak na nóż myśliwski; trochę za duży na polowania — dodaje Seban.

Pytanie: co Sebastian Kolasiński może wiedzieć o polowaniach, zwłaszcza z nożem?

I odpowiedź. Zaskakująca dla tych, którzy znają go jedynie z piruetów na lodzie:

— Jestem myśliwym! — ujawnia Seban.

Niedzielnym?

— Teraz raczej tak, ale wcześniej — zagorzałym! W Łodzi mamy polny obwód, a w okolicach Gniezna, w Skorzęcinie poluję ze znajomymi w obwodzie leśnym, najchętniej na kaczki — dodaje Kolasiński.

Dudnienie w róg, sztucer, w domu myśliwskie trofea! Takie klimaty?

— Dokładnie! Sztucer, dubeltówka, kniejówka! Ta ostatnia to broń kombinowana: jedna lufa — gładka, śrutowa, a druga — gwintowana, kulowa. Ma wymienne lufy, więc w każdej chwili można z niej zrobić dwururkę, czyli bocka — lufa pod lufą — tłumaczy Kolasiński.

Nie bez powodu jego kumple mówią na niego „leśny ludek” lub „człowiek lasu”.

Im głębiej w las, tym więcej drzew... Im dłużej rozmawiać z Kolasińskim, tym więcej ciekawostek i miniopowiastek wychodzi na jaw. Ot, konie choćby . Kiedyś Seban miał własnego rumaka, Saganka. Jeździł czasem po lesie. Raczej stępem niż galopem.

— Nie mogłem sobie z nim poradzić, więc poprosiłem o pomoc Stacha Marchwickiego, jednego z najlepszych trenerów w Polsce. Gdy zobaczył konia, od razu orzekł, że nie nadaje się do truchtania przez las, prędzej do gonitw na Służewcu. Urodzony wyścigowiec! Po czym odkupił ode mnie Saganka i zrobił z niego wielokrotnego mistrza Polski i championa wśród pięciolatków — wspomina Kolasiński.

Wciąż adrenalina

Sporo tych pasji. Gdzieś wśród nich pozostają łyżwy?

— Łyżwiarstwo — niegdyś mój zawód — teraz pozostało jednym z hobby. Przede wszystkim praca mnie pasjonuje — tłumaczy Seban.

Praca — czyli co?

— Jestem policjantem — ujawnia łyżwiarski mistrz, na razie starszy posterunkowy w łódzkiej dochodzeniówce.

Jakieś grube sprawy?

— O tym się nie mówi… Generalnie zajmuję się sprawami typu: mienie, kradzieże, rozboje, włamania, choć bywa i tak, że na dyżurach „robimy” życie i zdrowie, czasem zabójstwa — mówi skrótowym policyjnym slangiem Seban.

Czemu właśnie tak? Czemu właśnie tam?

— Skończyłem prawo. Próbowałem dostać się do prokuratury, ale zabrakło trzech punktów na aplikację, więc poszedłem do policji — mówi Seban.

A tak naprawdę?

— Może i dlatego, że od dziecka jestem przyzwyczajony do wysokiego poziomu adrenaliny — dodaje.

Po pracy często można go spotkać na strzelnicy. Lubi strzelać.

Który chłopak nie lubi?

Jacek Konikowski

Sebastian Kolasiński

(ur. 16 lutego 1975 w Łodzi), polski łyżwiarz figurowy, startujący z Sylwią Nowak w kategorii tańców na lodzie. Wcześniej jeździł z Agnieszką Domańską. Para regularnie zdobywała tytuły Mistrzów Polski. Na najważniejszych zawodach międzynarodowych plasowała się w końcówce pierwszej dziesiątki. Jednym z największych osiągnięć był tytuł mistrzów świata juniorów w roku 1994 i wicemistrzów w 1993. Na olimpiadzie w Nagano 1998 para Nowak — Kolasiński zajęła 12 miejsce, a na olimpiadzie w Salt Lake City 2002 13. Duet wycofał się z amatorskiego uprawiania łyżwiarstwa po sezonie 2001/2002.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu