Sfera dyskretnego cienia

Dawid Tokarz
opublikowano: 25-08-2006, 00:00

Zablokowaliśmy furtkę do przekrętu na Służewcu. A wyścigi? Ruszyły dzięki twórcy koalicji rządowej — Arturowi Balazsowi.

Tor wyścigów konnych na Służewcu wart jest ponad miliard euro i to dlatego od lat znajduje się pod lupą ABW i prokuratury. Jednocześnie ze śledztwami, w których przewijają się wątki korupcyjne, trwa batalia o przyszłość stołecznego hipodromu. Ostatnio pierwsze skrzypce gra w niej były wieloletni poseł i trzykrotny minister, a dziś „człowiek z cienia”, powszechnie uważany za budowniczego koalicji PiS i Samoobrony — Artur Balazs.

Zamknięta furtka

Sezon wyścigów konnych na Służewcu ruszył z kopyta dopiero w ostatnią sobotę, najpóźniej w historii (normalnie zaczynał się w kwietniu). Środowisko koniarzy i tak jest zadowolone. Przez jakiś czas groziło, że gonitwy w ogóle nie wystartują.

Kłopoty Służewca zaczęły się od bankructwa poprzedniego organizatora wyścigów — państwowej spółki STWK. Pałeczkę miał przejąć Totalizator Sportowy, ale się wycofał, kiedy stołeczny ratusz zakwestionował jego komercyjne ciągoty, niezgodne z planem zagospodarowania przestrzennego.

Powód fiaska był jeszcze jeden. W czerwcu w „PB” ujawniliśmy, że zapisy umowy, jaką Polski Klub Wyścigów Konnych (PKWK, dzięki tej instytucji minister rolnictwa nadzoruje i kontroluje wyścigi) miał podpisać z Lottomerkurym (spółka córka Totalizatora, która miała organizować wyścigi), grożą utratą kontroli nad Służewcem przez skarb państwa. Dokument pozwalał Lottomerkuremu na wydzierżawianie obszaru Służewca podmiotom zewnętrznym. Zgodnie z umową i Totalizator, i jego poddzierżawcy mogliby tam inwestować nawet bez zgody PKWK (klub byłby jedynie informowany). A po upływie okresu dzierżawy PKWK musiałby albo zgodzić się na jej przedłużenie, albo zapłacić tyle, ile dzierżawcy wydali na inwestycje. Wystarczyłoby więc, że powstałoby nawet niewielkie centrum rozrywki czy apartamentowiec — i już klubu nie byłoby stać na zwrot wydatków.

Te zapisy nazwaliśmy furtką do przekrętu. Naszą opinię, jak się okazuje, podzieliło Ministerstwo Skarbu Państwa. Dotarliśmy do pisma z końca lipca 2006 r., podpisanego przez Urszulę Pałaszek, dyrektora departamentu instytucji finansowych resortu skarbu. Przyznaje ona, że ministerstwo „zwróciło uwagę na uzasadnione wątpliwości w zakresie zaproponowanych postanowień, w tym na oddawanie bez zgody wydzierżawiającego przedmiotu umowy w całości lub części do bezpłatnego używania lub w poddzierżawę”.

Zmiana szyldu

I gdy już się wydawało, że na Służewcu w tym roku będzie hulał jedynie wiatr, organizatorem wyścigów zostało państwowe Stado Ogierów w Łącku. Przy tym wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie. Kilka dni przed startem ministerstwo rolnictwa przyznało na organizację wyścigów 2 mln zł dotacji (formalnie pieniądze będą przekazywane jako refundacja opłat wnoszonych przez hodowców przy zgłaszaniu koni do gonitw). A zgodę na bezpłatne użyczenie torów spółce z Łącka wydał szef resortu skarbu na… pół godziny przed pierwszą gonitwą.

Członkiem zarządu Stada Ogierów w Łącku, odpowiadającym za wyścigi na Służewcu, jest Feliks Klimczak. Ten sam, który kilka tygodni temu miał zostać dyrektorem generalnym Lottomerkurego. Spółka organizator się więc zmieniła, człowiek organizator nie.

Kim jest? Opinii publicznej stał się znany w latach 1991-93, kiedy jako poseł I kadencji Sejmu był szefem klubu parlamentarnego Porozumienia Ludowego. Potem działał m.in. w NSZZ „S” Rolników Indywidualnych i Akcji Wyborczej Solidarność. W latach 1998-2000 szefował spółce Hipodrom Sopot, organizującej w nadmorskim kurorcie wyścigi konne. W lipcu 2000 r. zamienił tę posadę na fotel wiceministra rolnictwa. Zasłynął m.in. z przygotowania specjalnej ustawy o wyścigach konnych, zgodnie z którą od 1 września 2001 r. właścicielem 138 hektarów ziemi na Służewcu został specjalnie do tego powołany PKWK.

Przygoda ministerialna Feliksa Klimczaka skończyła się wraz z wyborami parlamentarnymi w październiku 2001 r. Spadł na cztery łapy, zostając… prezesem PKWK. Jako że jego powołaniu sprzeciwiało się środowisko koniarzy skupione w radzie klubu, wymieniono część jej członków. W nowej radzie znalazł się m.in. Klimczak, który — jak donosiły media — zagłosował sam na siebie. Fotelem szefa PKWK się jednak nie nacieszył. W kwietniu 2002 r. zastąpił go Jerzy Budny pełniący tę funkcję do dziś.

Na kłopoty — Balazs

W bogatej biografii Feliksa Klimczaka jedno jest niezmienne: co rusz styka się z wieloletnim parlamentarzystą i trzykrotnym ministrem — Arturem Balazsem. Razem byli w Porozumieniu Ludowym na początku lat 90. Balazs, jako szef resortu rolnictwa, ściągnął Klimczaka z sopockiego toru na fotel swego zastępcy. Balazs wreszcie zapewnił mu miękkie lądowanie na posadzie prezesa PKWK.

To Balazs jest też jednym z budowniczych obecnej koalicji rządowej. Najpierw udało mu się przekonać Andrzeja Leppera, by w drugiej turze wyborów prezydenckich poparł Lecha Kaczyńskiego. Potem został członkiem zespołu Samoobrony, negocjującego warunki umowy koalicyjnej z PiS. Jak przyznaje Jarosław Kaczyński, rola Balazsa w utworzeniu obecnego rządu jest „nie do przecenienia”, a on sam „znajduje się teraz w sferze dyskretnego cienia, ale odgrywa w nim bardzo ważną rolę”.

Słowa te jak ulał pasują do kazusu Służewca. Z naszych informacji wynika, że to interwencje Balazsa spowodowały nagłe przyspieszenie w resortach skarbu i rolnictwa. I trudno się temu dziwić. W ministerstwie rolnictwa sprawą wyścigów konnych zajmuje się wiceminister Marek Zagórski, niegdyś szef gabinetu politycznego ministra Artura Balazsa.

— Nie pełnię żadnych funkcji partyjnych ani politycznych, niech pan mojej roli nie przecenia. Ja tylko służyłem dobrą radą i przekonywałem do określonych rozwiązań — tłumaczy Artur Balazs.

— Jakich rozwiązań?

— Takich, które umożliwiły start Służewca w tym roku. Gdyby do tego nie doszło, byłoby nieszczęście i kompromitacja. Mam nadzieję, że ten pierwszy krok pozwoli na wypracowanie wieloletniej koncepcji funkcjonowania w Polsce wyścigów konnych.

I od razu dodaje:

— Niech pan napisze, że stanowczo jestem za tym, by Służewiec nigdy nie zmienił swojego przeznaczenia i służył warszawiakom jedynie jako teren rekreacyjny.

Trochę inne zdanie ma Feliks Klimczak. Uważa, że terenów na Służewcu jest tyle, że część z nich można oddać pod inwestycje komercyjne.

— Pod warunkiem że inwestor wyłoży pieniądze na remont trybun, organizację wyścigów i budowę sieci zakładów wzajemnych — puentuje.

Takie rozwiązanie wymagałoby jednak zmiany ustawy o wyścigach konnych. Zgodnie z nią prawo własności, jakie ma PKWK, jest niezbywalne.

— Słyszy się o tym, że trwają wstępne prace nad nowelizacją. Niezbywalne prawo własności miałoby być zamienione w wieczyste użytkowanie, którym zawiadywałaby Agencja Nieruchomości Rolnych. Podobno taki plan jest szykowany na 2007 r. — mówi nasz informator, zbliżony do wydarzeń na Służewcu.

Nielegalnie. I co?

Zapytaliśmy o to w resorcie rolnictwa. Jak ustaliliśmy — do przygotowania odpowiedzi resort wyznaczył szefa PKWK Jerzego Budnego. Ten wypełnił polecenie, ale do nas odpowiedzi już nie dotarły.

A pytań jest więcej. Wiele wskazuje na to, że pośpiech w organizacji sezonu 2006 sprawił, że wyścigi odbywają się niezgodnie z prawem. Ze względu na katastrofalny stan służewieckich obiektów ich organizatorzy nie mają zgody na udział publiczności. I choć oficjalnie gonitwy są imprezą zamkniętą, to w miniony weekend setki ich amatorów nie tylko podziwiało gonitwy, ale nawet mogło za 50 zł nabyć wejściówki na cały sezon (ma potrwać do 3 grudnia, w tym czasie powinno się odbyć 275 gonitw). Mogli oni też skorzystać z usług niekryjących swej obecności nielegalnych bukmacherów (oficjalnych zakładów nie można w tym sezonie obstawiać).

A to nie wszystkie kontrowersje. Dotarliśmy do rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z grudnia 2004 r. w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla toru wyścigowego. Zgodnie z nim, tor musi mieć infrastrukturę z zadaszonymi trybunami dla publiczności na blisko 2 tys. miejsc. Służewiec nie spełnia tych wymogów.

— Rozporządzenie nie dotyczy organizacji wyścigów, a jedynie precyzuje, jakie warunki musi spełnić tor, by uzyskać odpowiednią kategorię — odpiera zarzuty Feliks Klimczak.

Sprawdzamy jeszcze raz. Dokument mówi wprost, że „określa szczegółowe warunki techniczne, niezbędne do przeprowadzenia wyścigów konnych, dla torów wyścigowych, na których przeprowadzane są gonitwy”.

Wicepremier wyjaśni

Pikanterii sprawie dodaje to, że w trakcie sezonu ze Służewca może zniknąć m.in. maszyna startowa. Już we wrześniu Tadeusz Kretkiewicz, syndyk upadłej STWK, wystawi ją na sprzedaż. Do tej pory była zarezerwowana dla Totalizatora. Po wycofaniu się hazardowej spółki pójdzie pod młotek. Tadeusz Kretkiewicz zapewnia, że zrobi wszystko, by maszyna została na Służewcu. Niewykluczone jednak, że jej kupiec będzie miał inne plany.

Do przetargu może stanąć Totalizator, który chce w przyszłym roku wrócić na Służewiec, a jeszcze w tym sezonie zamierza ufundować kilka nagród. Takie same plany ma Agencja Nieruchomości Rolnych. Feliks Klimczak przyznaje, że pieniądze od tych dwóch sponsorów są niezbędne do przeprowadzenia sezonu 2006. Jest oczywiste, że 2 mln zł dotacji nie wystarczy.

Wszystko wskazuje więc na to, że proteza wyścigowa, przygotowana przez Feliksa Klimczaka i Artura Balazsa, pozwoli nie tylko na zdobycie przychylności środowiska koniarzy, ale też na przetrwanie Służewca.

Co będzie w przyszłym roku? Dowiemy się już w przyszłym tygodniu. Konferencję w tej sprawie organizuje wicepremier Andrzej Lepper.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu