Ślepa wiara w ratownika nie popłaca

Adam Torchała
opublikowano: 08-09-2019, 22:00

Nowy inwestor może odmienić losy spółki, często jednak od komunikatu do rzeczywistego zaangażowania droga jest daleka

Notowania Ursusa wzrosły w środę 4 września o 40 proc. po tym, jak spółka poinformowała, że Enerkon Solar International chce zainwestować nawet 30 mln USD w spółkę zależną Ursus Bus. W cieniu entuzjazmu na rynek docierały sprzeczne informacje o potencjalnym inwestorze i jego możliwościach finansowych. W „Pulsie Biznesu” informowaliśmy, że firma ma jednak sporo gotówki, a jej inwestycja w Ursusa ma być związana z potencjałem ekologicznym spółki córki, która produkuje autobusy elektryczne. Choć więc Enerkon pokazał, że ma zdolność do realizacji deklarowanego zaangażowania w Ursusa, to jednak wciąż pomiędzy spółkami podpisano jedynie protokół ustaleń, w ramach którego strony „zobowiązały się dążyć do jak najszybszego podpisania term sheet i zawarcia umowy inwestycyjnej”. Do rzeczywistej inwestycji droga wciąż więc daleka. Informacja o inwestorze strategicznym to nadzieja dla drobnych inwestorów, że coś się zmieni, albo przynajmniej doskonały pretekst do krótkoterminowej spekulacji. Kto chce zarobić, musi szybko kupować, co oczywiście niesie ze sobą ryzyko, bo fiasko rozmów z inwestorem zwykle mocno negatywnie odbija się na notowaniach.

Chiński inwestor widmo

W historii GPW takich przypadków było bez liku. Całkiem świeży dotyczy zresztą samego Ursusa, który pod koniec grudnia 2018 r. poinformował, że PG Energy Capital Management chce zainwestować w jego spółkę córkę. Do transakcji jednak nie doszło. Historia z PG Energy ma się jednak nijak do tego, co zafundowano akcjonariuszom Bumechu. 22 marca 2017 r. spółka opublikowała komunikat, w którym China Coal ujawnił się z pakietem 9,8 proc. akcji. Podmiot o tej nazwie to duży koncern chiński, co naturalnie wywołało euforię wśród inwestorów. W szczytowym momencie — na otwarciu drugiej sesji po publikacji raportu — wartość Bumechu rosła o 80 proc.

KNF postanowił jednak o zawieszeniu notowań. Komisja podejrzewała bowiem nieprawidłowości związane z raportem. Nie pomogło nawet to, że wiarygodność Chińczyków została potwierdzona przez Bumech w komunikacie. Ostatecznie podejrzenia nadzoru okazały się zasadne. Wydało się, że chińskiego inwestora nigdy nie było, a ktoś na całej „zabawie” najprawdopodobniej nieźle zarobił. Kto? KNF wskazał potencjalne podmioty, które mogły skorzystać, ale prokuratura umorzyła pod koniec maja 2019 r. śledztwo w tej sprawie.

Wszystkie te przykłady świadczą o tym, jak ryzykowna bywa gra pod inwestora ratownika w spółkach.

Nadzieja utracona w Azji

Azjatycką „przygodę” przeżyli także akcjonariusze Mostostal-Exportu. W grudniu 2013 r. spółka ogłosiła, że zmienia profil i zajmie się poszukiwaniem i wydobyciem surowców. Podpisano w tym celu list intencyjny z luksemburskim funduszem Tarantoga Capital, na mocy którego fundusz wszedł do akcjonariatu Mostostalu, Mostostal zaś miał przejąć od nich 100 proc. udziałów w firmie posiadającej prawa do poszukiwań i wydobycia złóż miedzi, złota oraz węgla w Mongolii. Wkrótce nazwę spółki zmieniono na MSX Resources, a we wrześniu ruszono na duże zakupy w Mongolii. Pół roku później MSX utraciło jednak prawa do udziałów we wspomnianych spółkach wydobywczych.

Okazało się, że Tarantoga nie regulowała zobowiązań wobec strony mongolskiej i w efekcie giełdowa spółka straciła prawa do udziałów w firmach posiadających licencje na poszukiwanie surowców w Mongolii. Przedstawiciele MSX zapowiadali wprawdziebatalię sądową z Dariuszem Góreckim i Maciejem Chorążakiem (to oni stali za „luksemburską” Tarantogą), w maju 2015 r. pojawił się jednak wniosek o upadłość MSX, później spółka została zaś karnie wyrzucona z GPW. Kolejną spółką z branży, która poległa w Azji, jest Petrolinvest. Spółka miała spełnić naftowy sen Ryszarda Krauzego, a jej debiut giełdowy w 2007 r. był jednym z najgorętszych w historii GPW. Kurs zaczął jednak spadać, gdy okazało się, że mimo pięknych prezentacji i zapowiedzi Petrolinvest do ropy się nie dokopie.

Swoje za uszami miała sama spółka i jej prezes, którzy byli karani przez KNF. Warto jednak przypomnieć, że w grudniu 2011 r. zawarto umowę, w myśl której Petrolinvest za ponad 30 mln USD miał sprzedać udziały w kazachskiej spółce dysponującej koncesją na poszukiwanie i wydobycie wspomnianej ropy naftowej. Ostateczne warunki transakcji (stanęło na 33,5 mln USD) zostały ustalone w kwietniu 2013 r., jednak od tamtej pory ponad 50-krotnie dochodziło do sytuacji, w której Petrolinvest informował o otrzymaniu od Conwell pisma z prośbą o przesunięcie terminu rozliczenia transakcji. Argumentacja w najlepszym razie była mało przekonująca (bywało, że uzasadnienia w ogóle nie podawano) i dotyczyła bliżej nieokreślonych „toczących się prac o charakterze prawno-finansowym”. Dopiero w czerwcu 2017 r., już po decyzji o wykluczeniu z obrotu giełdowego, Petrolinvest zdecydował się wejść na drogę sądową, aby wyegzekwować od Holendrów wywiązanie się z umowy. Dla inwestorów było już jednak za późno.

Szukając ratunku

Nie trzeba jednak szukać aż tak daleko, by znaleźć przykłady, gdy informacja o inwestorze okazała się nie wybawieniem, ale przekleństwem. To przecież po komunikacie z kwietnia 2018 r. o rozmowach dotyczących zaangażowania PFR oraz PKO BP w finansowanie GetBacku tempa nabrały wydarzenia wokół wrocławskiej spółki. Bank i fundusz szybko zdementowały informacje z oficjalnego komunikatu windykatora, a niedługo później notowania akcji i obligacji GetBacku zostały zawieszone. GPW uzasadniała decyzję interesem i bezpieczeństwem uczestników obrotu, później pojawiła się kwestia braku raportów, a GetBack zawieszony pozostaje do dziś. W efekcie afery z komunikatem o finansowaniu posadę stracił także prezes spółki i jeden z głównych „architektów” getbackowych problemów — Konrad K.

Polski inwestor nie uratował także Almy. Spółka w związku z problemami finansowymi uciekła przed wierzycielami w sanację, ze spółki zaś coraz bardziej uciec chciał jej ojciec, ale również grabarz — Jerzy Mazgaj. Notowania Almy szurały po dnie, od czasu do czasu mocno odbijając, gdy pojawiała się jakaś nadzieja na ratunek. W lutym 2017 r. w spółkę zaangażował się Tomasz Żarnecki, który wprawdzie budził kontrowersje, jednak jego zainteresowanie wywołało spore zwyżki notowań Almy. Radość nie trwała jednak długo, plan Żarneckiego nie spodobał się nadzorcy sądowemu, później Almie cofnięto sanację, a Żarnecki poszedł w ślady Mazgaja. Alma upadła. Wszystkie te przykłady świadczą o tym, jak ryzykowna bywa gra pod inwestora ratownika w spółkach, które znajdują się w finansowych tarapatach.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy inwestor jest zły i każda podobna historia musi skończyć się upadłością bądź karą od KNF. Są również pozytywne przykłady, inwestorzy angażujący się w akcje spółek „w potrzebie” powinni jednak zawsze mieć „plan B”, który wprowadzą w życie, gdy okaże się, że nie wszystko w spółce poszło zgodnie z zapowiedziami. Warto też sprawdzać inwestora z komunikatu, czy jest on wiarygodny i czy finansowo jest w stanie wywiązać się ze składanych obietnic.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Torchała

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu