Słomczyn: mydło, monidło, dywaniki i niewiadoma przyszłość giełdy

Marcin Grabarczyk
31-05-2004, 00:00

Kupić nie kupić, potargować można! Z taką myślą szukający używanych samochodów odwiedzają największą na Mazowszu i jedną z największych w kraju giełd samochodowych. Najczęściej na targowaniu się kończy.

Wielki plac pod Grójcem. Przez kilka dni padało, więc błoto po kostki. Zimno. Ruch niewielki. Sprzedających więcej niż kupujących. Mały wybór. Tak wyglądała giełda samochodowa w Słomczynie 15 maja. Interes niezbyt dobrze idzie.

Było lepiej

— To już nie ten Słomczyn co kiedyś — wzdycha Mariusz Pieńkowski, od siemiu lat handlujący używanymi samochodami. — Nie ma samochodów, nie ma korków na drogach dojazdowych. Ludziom brakuje pieniędzy nawet na używane auta.

— Recesja — zauważa mądrze jego kolega, Jacek Koras.

To prawda. W latach tamtego systemu, w Polsce talonów i przydziałów, giełda samochodowa była mekką kierowców. Najpierw w Warszawie (przenoszono ją w różne miejsca na terenie miasta — Bemowo, Żerań), od 1991 roku w Słomczynie, była jedynym miejscem, w którym można było legalnie kupić auto zachodnie za złote. Tu Polak praktycznie poznawał zagraniczne modele, mógł je dotknąć, posłuchać silnika, zajrzeć pod maskę.

Teraz w Słomczynie lepiej idzie kiełbaska z grilla i akcesoria (używane) niż samochody. Interesowi nie pomaga brak zaufania klientów do pochodzenia sprzedawanych tu aut, nie mówiąc już o odbiornikach radiowych, kołpakach itp. Można tu też kupić na przykład pirackie płyty CD i towary z zupełnie innej bajki — psy, rybki, rogi jelenie, monidła, nawet betoniarkę. Giełda z roku na rok degraduje się, podupada, zamiera. Być może przyszłość Słomczyna to wielki bazar, w którym motoryzacja będzie tylko niewielką częścią obrotu, a handel samochodami używanymi przeniesie się do autosalonów i internetu.

— Warszawiakom się nie chce przyjeżdżać, bo 50 km w jedną stronę to sporo, zresztą czym mają jechać, jak nie mają samochodu i dopiero planują jego kupno. A niewarszawiaków coraz rzadziej stać na cztery kółka — dodaje Jacek Koras.

Tylko 20 tysięcy

Aneta i Piotr Staszewscy — małżeństwo trzydziestolatków z Warszawy — szukają używanego samochodu już drugi miesiąc. Wertują ogłoszenia, regularnie odwiedzają podgrójecką giełdę. Przyjeżdżają seicento pożyczonym od teściowej. Jej niepotrzebny, ma służbowy. Jak szukali, tak szukają. I nic.

— Mamy tylko 20 tys. zł, bo tyle zostało nam z ubezpieczenia za auto, które nam skradziono w marcu. Wcześniej jeździliśmy rocznym seatem cordoba, ale ponieważ częściowo kupiliśmy go na kredyt, najpierw musieliśmy rozliczyć się z bankiem. I z ponad 40 tys. zł z towarzystwa ubezpieczeniowego zrobiła się połowa — opowiada Piotr Staszewski.

Na nowy kredyt nie mają zbyt dużych szans. Piotr, pracownik jednego z ministerstw, nie zbija kokosów, a Aneta właśnie pożegnała się z pracą. Oczywiście nie na własne życzenie.

— Redukcja, i do widzenia — komentuje krótko.

To „do widzenia” jest bolesne także dlatego, że na nowy samochód Staszewscy nie będą mogli sobie pozwolić jeszcze długo.

— Obejrzeliśmy już z setkę używanych aut, ale to ruletka. Niby wszystko w porządku, ale baliśmy się zaryzykować. Ostatnio szukamy tutaj, też bez skutku — przekonuje Piotr.

Staszewskich interesuje auto nie starsze niż 5-letnie, o przebiegu nie większym niż 100 tys. km. To górna granica. Lepiej byłoby kupić samochód 3-letni, który przejechał 30-40 tys. km. Tylko że taki za 20 tys. trudno znaleźć. To właściwie niemożliwe.

Szukajcie, a znajdziecie

Ale niektórzy mają szczęście. Romanowi Buczkowi z Mińska Mazowieckiego udało się znaleźć w Słomczynie samochód. Właśnie dobił targu.

— 19,5 tys. zł za opla vectrę z 1998 roku wyposażonego w dwie poduszki powietrzne, wspomaganie kierownicy i ABS to dobra cena — zaciera ręce Roman Buczek. — Cieszę się, bo udało mi się zbić prawie 3 tys. zł z ceny, jakiej żądał właściciel samochodu. A takie auto za taką cenę to okazja.

Zadowolony był także Dariusz Sądeczko z Mszczonowa. Na giełdę przyjechał szukać samochodu dla córki, która trzy miesiące temu zrobiła prawo jazdy.

— Sam jeżdżę mitsubishi spacestar, ale Joasi chciałem kupić jakiś mniejszy — tico, matiza albo seicento. Daewoo nie udało mi się znaleźć, ale może to i lepiej, bo wiele złego słyszałem o tico. Choćby, że w blachę jednym palcem można wbić pinezkę, więc jeśli zdarzyłby się poważny wypadek, szanse na przeżycie są minimalne. Ale czteroletnie seicento za niecałe 10 tys. zł mi odpowiada. Niech się córka uczy jeździć — wyjaśnia Dariusz Sądeczko.

Chmury nad biznesem

Mariuszowi Pieńkowskiemu i Jackowi Korasowi tej niedzieli nie udało się nic sprzedać. Tym razem przyprowadzili dwa samochody — 2-letniego volkswagena passata z pełnym wyposażeniem (nawet poduszki boczne i system wspomagania hamowania EBD, o klimatyzacji nie wspominając) za 68 tys. zł i roczną toyotę avensis z podobnymi dodatkami za prawie 80 tys. zł. Jeszcze rok, półtora roku temu takie auta długo nie czekałyby na kupców. Teraz jest inaczej. Nie wiadomo, czy szybko znajdzie się na nie klient.

Jeśli nie, wstawią na parking swojego komisu. Na tym parkingu stoi zresztą już kilkanaście podobnych aut. Większość ściągnięta zaraz po 1 maja z Niemiec, Francji i Austrii. Trochę taniej niż wcześniej, bo bez konieczności płacenia cła.

— Wydaje mi się, że klienci niedługo sami zaczną jeździć pod Berlin czy gdzieś w okolice Wiednia i na własną rękę wyszukają sobie jakieś auto. Tam jest takich samochodów mnóstwo. Można przebierać jak w ulęgałkach. Zresztą passat i toyota przyjechały właśnie spod Wiednia — opowiada Jacek Koras.

Aneta i Piotr Staszewscy ostatecznie nic nie kupili. I chyba na razie odpuszczą sobie wizyty w Słomczynie.

— Może zdecydujemy się na nowe seicento. Kosztuje 26 tys. zł. Te brakujące pieniądze spróbujemy jakoś zorganizować. Może rodzina pożyczy — zastanawia się Piotr Staszewski.

Do bramy wyjazdowej ustawiła się kolejka samochodów. Na twarzach kierowców widać jednak raczej zakłopotanie niż zadowolenie. To ci, którym nie udało się sprzedać aut. Ich jest więcej.

MAMY REGRES

Włodzimierz Szaniawski, dyrektor Giełdy Samochodowej Słomczyn

- W ciągu roku są różne okresy. Raz widać wyraźnie większy ruch, kiedy indziej nic się nie sprzedaje, a po stoiskach hula wiatr. Ostatnie miesiące — od grudnia 2003 do marca 2004 roku były okresem wzrostu. Na giełdę przyjeżdżało ciągle coraz więcej sprzedających i mnóstwo zainteresowanych kupnem. Kwiecień był już słabszy, podobnie jak początki maja. Powód oczywisty — spodziewany większy i niedrogi import aut z Unii Europejskiej trafiający do komisów. I tej konkurencji obawiamy się najbardziej, bardziej niż ogłoszeń kupna-sprzedaży w prasie branżowej. Kilka najbliższych miesięcy pokaże czy strach ma wielkie oczy, czy rzeczywiście już na stałe będą mniejsze obroty. Ten czas odpowie też na pytanie o przyszłość giełdy w Słomczynie. Jeśli ruch radykalnie zmaleje, jej dalsze funkcjonowanie stanie pod znakiem zapytania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Grabarczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Transport i logistyka / / Słomczyn: mydło, monidło, dywaniki i niewiadoma przyszłość giełdy