Spółka Enei popłynęła na kursie

Agnieszka Berger
15-05-2009, 06:10

Rada elektrowni przepyta dziś zarząd, co  zrobił, żeby spółka nie straciła 60 mln zł na potężnym kontrakcie płatnym w  euro.

W poznańskiej grupie energetycznej Enea skandal goni skandal. Tym razem padło na należącą do holdingu Elektrownię Kozienice. Chodzi o potężny kontrakt na budowę instalacji odsiarczania spalin dla jednego z 500-megawatowych bloków elektrowni. Płatność za inwestycję, której realizacja potrwa do końca 2010 r., ustalono w euro. Wartość kontraktu, w którym dostawcą technologii jest firma Hitachi, a w montażu bierze udział Energomontaż Północ (spółka z grupy Polimeksu), to około 77 mln EUR. W połowie 2008 r., gdy był zawierany, 1 EUR było warte nieco ponad 3,5 zł. Obecnie przelicznik europejskiej waluty na rodzimą wynosi prawie 4,5 zł, co oznacza, że cały kontrakt jest wart aż o 70 mln zł więcej. Ówczesny zarząd, na którego czele stał Leszek Dzik (odwołany w lipcu 2008 r.), a za finanse odpowiadał Kazimierz Piątkowski, nie zabezpieczył spółki przed ryzykiem kursowym.

— Ten, kto nie zadbał o zabezpieczenie, już nie pracuje w Kozienicach — mówi Krzysztof Zborowski, prezes elektrowni.

Chodzi o Kazimierza Piątkowskiego, który stracił posadę w zarządzie Kozienic równolegle z Pawłem Mortasem, odwołanym w kwietniu z funkcji prezesa Enei.

— W obronie prezesa Piątkowskiego mogę tylko powiedzieć, że zawarty latem ubiegłego roku kontrakt był wierną kopią dwóch poprzednich. Wcześniej spółka miała szczęście, bo nie tylko nie straciła, ale nawet zyskała na różnicach kursowych około 20 mln zł. W dodatku latem 2008 r., gdy zawierano umowę, nic nie wskazywało na to, że złoty poleci w dół. Wręcz przeciwnie. Sam nie wiem, co bym wtedy zrobił na miejscu Piątkowskiego — dodaje Krzysztof Zborowski.

Problem w tym, że zarzut nienależytego zabezpieczenia interesów elektrowni może obciążyć również konto obecnego szefa spółki. W jej zarządzie zasiada od marca 2008 r. Początkowo był odpowiedzialny tylko za sprawy techniczne. W lipcu przejął schedę po Leszku Dziku, najpierw jako p. o., a od września jako prezes. Za inwestycje odpowiadał w tym okresie Jarosław Kiełbasa (od kwietnia 2008 r.), który do dziś pełni tę funkcję.

— To właśnie Jarosław Kiełbasa i prezes Dzik podpisywali umowę z Hitachi —mówi Krzysztof Zborowski.

Blady strach
Co z niekorzystnym kontraktem Kozienic zrobi rada nadzorcza? Plotka głosi, że gdy o sprawie dowiedział się Sławomir Jankiewicz, wiceprezes Enei odpowiedzialny za finanse, chciał zrezygnować z zasiadania w radzie elektrowni, w której obecnie reprezentuje zarząd grupy. Miał go przed tym powstrzymać Jan Bury, wiceminister skarbu odpowiedzialny za energetykę.

— To nieprawda. Rzeczywiście chciałem zrezygnować z zasiadania w radzie, ale ze względu na brak czasu. Dojazdy do elektrowni zajmują mi cały dzień, a jako członek zarzadu Enei jestem bardzo zajęty. O to, żebym został, poprosił mnie nie minister, lecz Piotr Koczorowski, p. o. prezesa Enei — twierdzi Sławomir Jankiewicz.

Wiceszef Enei zapewnia, że nic nie wie o niekorzystnym kontrakcie. Przyznaje jednak, że w obawie przed tym, co może zastać w spółce, zamierza zatrudnić zewnętrznego audytora do zbadania Kozienic i przygotowania "bilansu otwarcia".

Wiedzy o ryzykownej umowie nie wypiera się natomiast Karol Pawłowski, obecny szef rady nadzorczej Kozienic (której wcześniej przewodniczył Paweł Mortas). Pytany, czy zarządowi elektrowni należy się odwołanie, nie udziela jednoznacznej odpowiedzi.

— To trudne pytanie, bo nie wiadomo, czy stosować odpowiedzialność zbiorową czy indywidualną. Z zarządu w obecnym składzie rada jest zadowolona. Jego członkowie dostali od nas skwitowanie za 2008 r., ale wtedy nie było jeszcze strat spowodowanych różnicami kursowymi. Zobaczymy, jak zarząd wykona zalecenia rady i czy zdoła zapobiec stratom — mówi Karol Pawłowski.

Przykra niespodzianka
Krzysztof Zborowski mówi, że czułby się pokrzywdzony, gdyby rada odwołała go ze stanowiska za niekorzystny kontrakt.

— Nie byłem nawet świadomy, że umowa jest w euro. W uchwale zarząd wyraził zgodę na jej podpisanie, ale w złotych. Nie kontrolowałem wszystkiego, co robią pozostali członkowie zarządu w ramach pionów, za które odpowiadali — tłumaczy prezes.

To również ma wyjaśniać, dlaczego dopiero teraz zarząd Kozienic próbuje ratować sytuację, renegocjując warunki z wykonawcą.

— Zorientowałem się, co się dzieje, dopiero pod koniec roku, kiedy złoty zaczął lecieć na łeb, na szyję. W styczniu próbowaliśmy rozmawiać z kontrahentem, ale bez powodzenia. Teraz ponownie przystąpiliśmy do negocjacji i są poważne szanse, że uda się podzielić stratami — twierdzi Krzysztof Zborowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Spółka Enei popłynęła na kursie