Sposób na niechciany dług

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 30-09-2009, 01:15

Instytucje finansowe chętnie pożyczą pieniądze miejskiej spółce. Ale muszą czuć, że samorząd stoi za nią murem.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Agnieszka Pietkun z Banku Pekao
Agnieszka Pietkun z Banku Pekao
None
None

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Co tam, panie, w inwestycjach?
Najciekawsze zagraniczne inwestycje w Polsce i polskie za granicą. Gdzie powstają, ile kosztują i które firmy będą szukać wykonawców i pracowników
ZAPISZ MNIE
×
Co tam, panie, w inwestycjach?
autor: Małgorzata Grzegorczyk
Wysyłany raz w miesiącu
Małgorzata Grzegorczyk
Najciekawsze zagraniczne inwestycje w Polsce i polskie za granicą. Gdzie powstają, ile kosztują i które firmy będą szukać wykonawców i pracowników
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane