Sposób na niechciany dług

Jacek Kowalczyk
30-09-2009, 01:15

Instytucje finansowe chętnie pożyczą pieniądze miejskiej spółce. Ale muszą czuć, że samorząd stoi za nią murem.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Agnieszka Pietkun z Banku Pekao
Zobacz więcej

Agnieszka Pietkun z Banku Pekao

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

Nikt nie lubi mieć długów. Także samorządy. Dlatego coraz częściej korzystają z możliwości realizowania inwestycji w ramach spółek celowych. Rozwiązanie niemal idealne — pieniądze się znajdują, a w bilansie miasta wszystko jest jak było. Niestety, jest też kilka "ale".

Porządek w papierach

Z udziałem specjalnie powołanego zewnętrznego podmiotu powstało już w Polsce kilka dużych inwestycji, m.in. rozbudowa i modernizacja łódzkiego tramwaju regionalnego, miejskich wodociągów i kanalizacji w Bydgoszczy, budowa mieszkań komunalnych w Krakowie.

— Zaletą takiej formy finansowania jest przede wszystkim to, że dług nie obciąża bilansu samorządu. Inwestycja nie przybliża lokalnego zadłużenia do ustawowych limitów: dług na poziomie 60 proc. dochodów i koszty jego obsługi nie wyższe niż 15 proc. To dobre rozwiązanie dla jednostek, które nie mogą lub nie chcą się dalej zadłużać, a chcą się rozwijać — tłumaczy Agnieszka Pietkun, dyrektor do spraw sprzedaży w biurze sektora publicznego Banku Pekao.

Zaznacza jednak, że instytucja pożyczająca pieniądze chce mieć pewność, że za inwestycją twardo stoi miasto.

— Musimy widzieć, że spółka ma zapewniony strumień przychodów. Miasto zawsze musi wyraźnie stać w tle. Obniża to też koszt finansowania — podkreśla Agnieszka Pietkun.

Problem w tym, że za takie gwarancje miasto musi się wyrzec własnych wpływów.

— Przekazując spółce prawo do pobierania dochodów, samorząd musi pomniejszyć o te kwoty swoje przychody. Ponadto potencjalni kredytodawcy wymagają często tzw. umowy wsparcia. Chcą mieć pisemną gwarancję, że gdyby spółka miała problem ze spłatą zobowiązań, zrobi to za nią samorząd — wyjaśnia Maja Koźmińska, wicedyrektor pionu doradztwa biznesowego w PricewaterhouseCoopers.

Unijna biurokracja

Inny problem to konkurencyjność. Kłopoty zaczęły się, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej i objęły nas przepisy o pomocy publicznej.

— Komisja Europejska uznaje, że preferowanie przez samorząd jednej spółki — w tym przypadku jego własnej — może naruszać konkurencyjność jednolitego rynku. W myśl zasady: może ktoś tę samą inwestycję zrealizowałby efektywniej i taniej — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego Bruksela tylko w pewnych wypadkach dopuszcza tę formę realizacji projektów. Problemu nie ma przy przedsięwzięciach komunikacyjnych.

— Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego samorząd może powołać operatora wewnętrznego i zawrzeć z nim długoterminowe umowy — na 15 lat w przypadku przewozów autobusowych i na 8 lat w przypadku tramwajów, z możliwością przedłużenia tego okresu o połowę. Możliwość zawarcia długoterminowej umowy ma niebagatelne znaczenie, ponieważ okres amortyzacji pojazdów jest bardzo długi. W przypadku tramwajów to 20 lat — tłumaczy Agnieszka Pietkun.

Bruksela zezwala też na spółki celowe pod spalarnie śmieci czy wysypiska. Ale do takich projektów kredytodawcy podchodzą ostrożnie, gdyż dochody pochodzą z rynku, a nie bezpośrednio od samorządu. Są więc mniej pewne.

— Bardzo ryzykowne są projekty infrastruktury rekreacyjnej, np. hale widowiskowe czy aquaparki. Po pierwsze, ze względów biznesowych — w Polsce rzadko są to projekty rentowne. Po drugie, jeśli otrzymają wsparcie od miasta, Komisja Europejska może dopatrzeć się pomocy publicznej i zażądać zwrotu uzyskanej pomocy — mówi Agnieszka Pietkun.

Dlatego eksperci przyznają, że choć spółki celowe mogą pomóc samorządom w rozwoju, to nie są lekiem na całe zło.

— Taka forma zwiększa możliwość zaciągania przez samorząd nowych zobowiązań, więc jest szansą na nowe inwestycje. Ale nie zwiększa możliwości ich spłaty — podkreśla Maja Koźmińska.

Dlatego trzeba dobrze przemyśleć formę i zakres inwestycji.

— Z doświadczenia wiemy, że największe szanse na sukces mają przedsięwzięcia, które od początku tworzono wspólnie z instytucją finansującą projekt — mówi Agnieszka Pietkun.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Samorządy / Sposób na niechciany dług