Stara Unia boi się taniej polskiej roboty

Mira Wszelaka
29-04-2005, 00:00

Stara Unia niechętnie otwiera się na pracowniczą konkurencję znad Wisły i próbuje ograniczyć przepływ usług.

Trudno pogodzić ogień z wodą, a przed takim zadaniem stoi Unia, próbując wypracować zasady swobodnego przepływu osób i świadczonych przez nie usług. O tym, jak stare kraje członkowskie reagują na zagrożenie pracowniczą konkurencją z Europy Środkowej, świadczy wprowadzenie przez większość z nich okresów przejściowych w swobodnym przepływie osób.

Przeciek kontrolowany

Swoje rynki całkowicie otworzyły jedynie Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja, choć ta ostatnia nie bez obaw związanych z tzw. turystyką socjalną. Polacy zatrudnieni są w przemyśle, na budowach, w gastronomii i w gospodarstwach, szczególnie w regionach wiejskich i małych miasteczkach. Ogółem do trzech wspomnianych krajów w zeszłym roku wyjechało niecałe 80 tys. Polaków.

Z czasem także inne państwa zaczęły wprowadzać znaczące ułatwienia w uzyskiwaniu pozwoleń na pracę. I tak np. Włochy zniosły tzw. test rynku pracy dla 20 tys. pracowników ze wszystkich nowych krajów członkowskich (pracodawca nie musi udowadniać, że brakuje mu kandydatów na rodzimym rynku). Podobne zasady, ale bez limitu, wprowadziła Dania i należąca do Europejskiego Obszaru Gospodarczego Norwegia. Holandia pozwala firmom swobodnie zatrudniać specjalistów z kilkunastu zawodów, m.in. marynarzy, asystentów laboratoryjnych czy pracowników ubojni. Duże ułatwienia przy staraniu się o pozwolenie na pracę wprowadziła Finlandia. Przy zbiorach owoców, warzyw i runa leśnego oraz na fermach zwierząt można pracować sezonowo (do trzech miesięcy) bez dodatkowych zezwoleń. Większość z tych krajów deklaruje chęć otwarcia rynków pracy po upływie dwóch lat.

Utrzymanie maksymalnie długiego okresu przejściowego na zatrudnienie zapowiedziały Niemcy i Austria. Strach graniczący z histerią, który przed integracją zapanował w Berlinie i Wiedniu, z upływem czasu nieco tylko zelżał. Mimo że oba kraje utrzymały restrykcje, to w pewnych dziedzinach pracownicy z Polski wykorzystali przewagę, konkurując nie tylko ceną usługi, ale także jakością. W 2004 roku za Odrę udało się 40 tys. pracowników sezonowych i 20 tys. pracowników delegowanych wskutek świadczenia usług przez polskie przedsiębiorstwa.

Akcja odwetowa

Niemiecki rząd zapowiada jednak ostrą walkę z tanią siłą roboczą, m.in. poprzez rozszerzenie zasady gwarantującej minimalne stawki w budownictwie (12,47 EUR za godzinę) także na inne branże, zwłaszcza na hotelarską, gastronomiczną oraz usługi porządkowe (bez prac sezonowych w rolnictwie). Berlin jest szczególnie zaniepokojony pojawieniem się zbyt wielu pracowników delegowanych, zatrudnianych przez wyspecjalizowane firmy. Tylko w rzeźnictwie zatrudnionych jest blisko 20 tys. osób, delegowanych z Polski i innych krajów, pracujących za 4-5 EUR za godzinę, a więc znacznie poniżej obowiązujących w Niemczech stawek zapisanych w układach zbiorowych.

Jest i druga strona medalu. Konfederacja Pracodawców Polskich (KPP) otrzymuje coraz więcej sygnałów o dyskryminacji polskich przedsiębiorców i pracowników w Unii. Polskie przedsiębiorstwa są nękane uporczywymi kontrolami, które trwają na tyle długo, by uniemożliwić realizację zlecenia. Często też Polacy niesłusznie uznawani są za przyczynę bezrobocia, mimo że wykonują prace, których nie chcą się podjąć miejscowi fachowcy.

Spór zaognił się przy okazji prac nad dyrektywą liberalizującą unijny rynek usług. Propozycje otwarcia budzą wiele sprzeciwów w Niemczech, Belgii, Szwecji czy Francji, które chcą z niej wykreślić zasadę kraju pochodzenia, zgodnie z którą usługodawca z jednego kraju UE mógłby świadczyć usługi w innym według przepisów kraju, z którego pochodzi. Ich zdaniem, dyrektywa zagraża usługodawcom starej Unii — ich rynki zaleją tani usługodawcy z nowych krajów członkowskich, zadowalający się niższymi zarobkami.

Zwolennicy liberalizacji sprzeciwiają się z kolei propozycji zakładającej, że kraj przeznaczenia usługi może sprzeciwić się jej wykonaniu, jeżeli „uzasadnione jest to przyczynami społecznymi czy interesu ogólnego”.

— Wprawdzie jeszcze przez wiele lat będziemy tańsi niż pracownicy zachodnioeuropejscy, jednak z upływem czasu i na naszym rynku pracy pojawi się pracownicza konkurencja ze Wschodu. Warto już dziś mieć tego świadomość — podkreśla Jarosław Pietras, minister ds. europejskich.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mira Wszelaka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Prawo / Stara Unia boi się taniej polskiej roboty