Strajki nie są dobre na wszystko

Adam Sofuł
09-09-2008, 00:00

Liderzy związkowi przy okazji wielu negocjacji przestrzegają, że jeśli ich żądania nie zostaną spełnione, grozi to "niekontrolowanym wybuchem społecznym". Na pierwszy rzut oka mają rację — dawno tak wielu nie strajkowało tak długo. O groźbie wybuchu społecznego możemy zapomnieć.

Strajki, broń ostateczna, są używane coraz chętniej i paradoksalnie przez to się dewaluują. Groźba strajku nie działa bo jest zbyt powszednia. Strajk, zamiast stanowić dowód na fiasko negocjacji, staje się zbyt często wstępem do rozmów. Dlatego pracodawcy lub rząd coraz mniej się strajkami przejmują, bo wiedzą, że to zjawisko przejściowe. Można ubolewać nad zanikiem dialogu społecznego, nad spadkiem znaczenia Komisji Trójstronnej, która w założeniach miała być "systemem wczesnego ostrzegania" o konfliktach społecznych, ale nie zmienia to tego, że strajkowe ostrze stępiło się w zbyt wielu bojach.

Nieprzypadkowo też strajki wybuchają najczęściej w sektorze publicznym. Bo tam o płacach decydują politycy, a nie rynek. Tam gdzie pracodawcy stanęli przed wyborem braku rąk do pracy (emigracja) i podwyżki płac najczęściej wybierali to drugie. Obserwowany w statystykach GUS wzrost płac, dotyczy tylko niektórych branż, ale ich pracownicy z pewnością nie zawdzięczają go strajkom. Ta forma protestu nie jest już skuteczną bronią, ale wciąż popularną, bo spektakularną. Związkowcy wciąż uważają, że strajki są dobre na wszystko, ale coraz częściej przekonują się, że poza poprawą samopoczucia przynoszą niewiele efektów.

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Strajki nie są dobre na wszystko