Świat się cofa

opublikowano: 27-09-2018, 22:00

Jedyny samochód, który chciałbym odkryć w lodówce, gdy po raz kolejny otwieram jej drzwi. Ot, historia, jak znalazłem haka na Mike’a Tysona.

Czasem wpadam w pułapkę celowości. Zupełnie jakby każdy moment mojego życia miał decydujący wpływ na jakiś wielki plan. Każdy krok ma mieć sens. Wyważone i przewidywalne życie. Na szczęście wpadam w ową pułapkę tylko czasem, bo uwielbiam rzeczy sensu pozbawione. Wy też.

Jedyny samochód, który chciałbym odkryć w lodówce, gdy po raz kolejny otwieram jej drzwi. Ot, historia, jak znalazłem haka na Mike’a Tysona.
Wyświetl galerię [1/4]

Jedyny samochód, który chciałbym odkryć w lodówce, gdy po raz kolejny otwieram jej drzwi. Ot, historia, jak znalazłem haka na Mike’a Tysona. FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Lodówka z windą

Znasz to? Wieczór, film, relaks. Odpoczynek. I nagle dopada cię niewielki głód. Głodzik nawet. Nic poważnego. Ale schrupanie smakołyka byłoby miłe. Wstajesz, podchodzisz do lodówki. Otwierasz. Półki puste lub nie ma na nich niczego, co zaspokoiłoby ów wieczorny głodzik. Zamykasz. Kładziesz się. Po kilkunastu minutach powtarzasz czynność. I tak… no właśnie nie do skutku. Otwierasz, patrzysz, zamykasz. Zupełnie jakby od tego machania drzwiami w lodówce miało się pojawić to, na co akurat przyszła ci ochota. Albo w nadziei, że nabierzesz chętki akurat na to, co leży w lodówce. Nic takiego się nie dzieje. Jedynym efektem jest skrócenie żywotności lodówkowych zawiasów. Podobnie jest z kilkukrotnym naciskaniem przycisku, wzywającego windę, w nadziei, że ma to wpływ na prędkość działania dźwigu. Przykładów codziennego bezsensu jest mnóstwo. O, jeszcze jeden! Wkładasz słuchawki, ustawiasz losowe odtwarzanie, a potem „przeklikujesz” kolejne utwory, aż do tego ulubionego. I co? I nic. Bezsensy są częścią każdego dnia i niczego nie zmieniają. Chyba że mówimy o samochodach.

Tu są wisienką na torcie. Istotną, piękniejszą stroną i zjawiskiem na miarę realizacji odwiecznego marzenia. Taki Mercedes klasa G65 AMG. Konstrukcja starej terenówki, w której upchnięto gigantyczny silnik V8 o mocy ponad 612 KM.

Wygląda jak wóz drabiniasty (i podobnie się prowadzi). Ale pędzi jak licznik długu publicznego. Po co? Doprawdy trudno znaleźć sensowne argumenty. Ale lepiej ich nie szukać, tylko cieszyć się życiem i brzmieniem ogromnego, widlastego, brutalnego, wspaniałego, dopracowanego, ryczącego, spalinowego, generującego okrągły 1000 Nm momentu obrotowego monstrum. To jedyny sens. Po co o Mercedesie, skoro miało być o Jeepie? Ponieważ Jeep całkiem niedawno przegiął jeszcze bardziej. Panie i panowie, odstawcie na chwilę celowość (i płyny), budzę Godzillę motoryzacji!

Cytat z kiedyś

Obok wspomnianego Mercedesa G65 AMG najdzikszym i jednocześnie najbardziej bezsensownym autem, jakim miałem okazję jeździć, był Jeep Grand Cherokee STR 8. Opisałem swoją przygodę z tym „wariatem”. Co wtedy myślałem? Oto garść wspomnień:

„O ile Jeep Grand Cherokee jest dużym SUV-em o doskonałych właściwościach terenowych, ze świetnym napędem na obie osie, zdolnym wjechać i co ważniejsze wyjechać z błocka, piachu czy żwiru, o tyle SRT tym wszystkim… nie jest. SRT to skrót od Street Racing Technology. Słowem: ulica! Tam jest jego królestwo. Owszem, jest napędzany na obie osie, ale nie po to, by się wygrzebywać z bagnistych ostępów. Po to, by rządzić. Na asfalcie. Mam więc do czynienia z samochodem sportowym. Amerykańskim. Czy jest lepszy od europejskich konkurentów BMW X5M lub Porsche Cayenne? Jest inny. Jeden z moich znajomych użył kiedyś bardzo trafnego porównania. Czym się różnią amerykańskie samochody sportowe od europejskich odpowiedników? Tym samym, czym się różni zawodowy „kopacz” piłki — napastnik — od zawodowego „uprawiacza” amerykańskiego futbolu — rozgrywającego. Pierwszy ma być szybki, sprawny, celny i wytrzymały. Liczą się technika, drybling i strategia. Drugi ma być potężny… i to w zasadzie tyle. Nie musi skręcać, ani hamować. Musi przeć. I jeszcze jedno. Piłkarz w pełnym rynsztunku wygląda jak człowiek. Futbolista — jak płatny zabójca podczas wykonywania misji. Inne sporty, inne zasady, inna widownia. Ale emocje takie same. SRT8 poznasz po muskulaturze i agresywnej aparycji. Zmieniono reflektory — mają czarne wnętrze i modne LED-owe obwódki. Z tyłu SRT8 też się wyróżnia. Szerokie końcówki wydechu czy raczej wydechowe gardziele i przyciemnione klosze świateł. Do tego przyciemnione szyby i 20-calowe koła. Doprawdy, auto wygląda jak Mike Tyson, któremu chwilę wcześniej powiedziałeś, co myślisz o jego rodzicielce. I nie były to komplementy” — tak wtedy pisałem.

Podziwiałem brutalną siłę i dobre (jak na amerykański pojazd) prowadzenie. Wychwalałem wykorzystanie europejskich podzespołów (np. skrzyni biegów), ale też byłem pełen podziwu dla mocy, którą dysponuje. To było 468 KM płynących z ośmiu „atmosferycznych” cylindrów. Pamiętam doświadczenie przyspieszenia. Użycie automatu startowego działało na auto tak, jak na mnie zadziałałby cios wspomnianego Mike’a. Z tym, że auto nie traciło przytomności. Gnało jak wściekły byk ugodzony piką. Ot, brutalna siła, której trzeba cały czas pilnować. Obiema rękami, choć ogrom pracy inżynierów sprawił, że SRT8 już nie bał się zakrętów. Cały czas miałem wrażenie, że to ja zacznę się bać, jeśli na chwilę stracę czujność.

Dotąd myślałem, że SRT to szalony wóz. Już tak nie myślę. Jechałem Trackhawkiem, przy nim SRT to jak ja przy Tysonie, ale to już było. To inaczej: Trackhawk jest przy SRT jak Godzilla przy Tysonie. Teraz pora wyjaśnić, dlaczego tak dużo piszę o SRT. Dlatego, że Trackhawk to SRT, tylko bardziej. „Buda” ta sama, wnętrze niemal identyczne (poza drobnymi zmianami stylistycznymi). Inne jest serce: 6,2-litrowe V8 (a więc mniejsze o 0,2 litra niż w SRT) z magicznym dopiskiem Supercharged. Znaczy z kompresorem. Rwące potoki benzyny spotykają się w przepastnych cylindrach z huraganowymi podmuchami powietrza, by wygenerować 868 Nm. I… bagatela, 707 KM. Nieco zmieniono też skrzynię biegów. To nadal niemiecki ZF, nadal 8-biegowy, ale z nowym mechanizmem przygotowanym do przeniesienia nawet 1000 Nm momentu obrotowego.

Suma summarum. To najmocniejszy seryjny Jeep i SUV. Dołoży każdemu, kto przedwcześnie go oceni, lub nie doceni. Nie precyzją pokonywania zakrętów. Normalnie, pięścią. Serio, można się go bać! Po powalających startach, jakich doświadczałem w SRT, doprawdy strach wcisnąć gaz do podłogi. Ale wciskam. Przez ułamek sekundy czuję się jak tuż po zaczepieniu Godzilli słynnym: „Ty! Gruba! Masz jakiś problem?”. No i miała. Na rany tego, w co wierzycie! Ten samochód nie przyspiesza. To świat się przed nim cofa. W 3,5 sekundy (według pokładowego stopera) po „wyzwaniu Godzilli na pojedynek” świat gna z prędkością 100km/h w przeciwną stronę. A towarzyszy temu ryk, jaki pewnie towarzyszyłby cofaniu się świata. Rykowi — szum tornada, znaczy świst kompresora. Z łatwością, z jaką ty rozwijasz rolkę papieru toaletowego, nawija asfalt na opony o niebagatelnej szerokości (295 mm). I to na suchym asfalcie. Mimo aerodynamiki kiosku Ruchu dosłownie się torpeduje. W praktyce wygląda to tak, że gaz w podłodze możesz mieć wciśnięty maksymalnie przez 4 s. Potem robi się mandatowo. Po 6 — niebezpiecznie. Po 10 — modlitewnie.

Charakterologicznie Trackhawk nie różni się niczym od SRT. Poza siłą ciosu i tym, że jest bez sensu. Ale — choć to paradoks — to jest właśnie jego sens. Zaskoczenie i dowód na to, że celowość nie zawsze jest na miejscu. Gdyby była, w życiu bym nie wsiadł do SUV-a z sercem okrętu wojennego.

Muszę kończyć, bo choć z lodówką się nie udaje, chcę spróbować z garażem. Rano Trackhawka tam nie było, ale kto wie, może teraz jest?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Świat się cofa