Szanghajska kultura biznesu

Kamil Kosiński
opublikowano: 07-01-2009, 00:00

Polski wynalazca miał pomysł. Postawił na produkcję w Chinach. Dziś zamiast firmy ma pracę dyplomową o swoich przygodach.

Smutne losy wynalazku

Polski wynalazca miał pomysł. Postawił na produkcję w Chinach. Dziś zamiast firmy ma pracę dyplomową o swoich przygodach.

— To, co nas spotkało w Chinach, nie przydarza się wyłącznie firmom zagranicznym. Wśród Chińczyków takie postępowanie jest na porządku dziennym. Wynika z ich kultury, ale dla Europejczyków bywa szokujące — twierdzi Maciej Witaliński, konstruktor i założyciel firmy Lab Net Plus.

Początki tej spółki sięgają przełomu XX i XXI wieku. Na rynku pojawiło się już sporo cyfrowych aparatów fotograficznych, ale możliwości przeniesienia wykonanych nimi zdjęć na papier były dość ograniczone. Producenci minilabów używanych w zakładach fotograficznych przespali przełom technologiczny i nie zaoferowali odpowiednich urządzeń na czas. Mieszkaniec Jaworzna postanowił to wykorzystać i wejść w niszę powstałą na rynku zdominowanym przez takie firmy, jak Noritsu, Agfa czy Fuji.

Kompleksów nie miał. Z wykształcenia jest elektronikiem. Pracował w Noritsu, a w drugiej połowie lat 90. samodzielnie prowadził firmę serwisującą urządzenia tego producenta. Do tego tradycja rodzinna — fotograf w czwartym pokoleniu, żona wciąż prowadzi zakład.

— Stąd moja wiedza o oczekiwaniach użytkowników minilabów — podkreśla Maciej Witaliński.

Wynalazek na początek

Opracował oryginalną technologię przenoszenia zdjęć zapisanych w postaci plików komputerowych na papier fotograficzny.

— Nie był to cały minilab, tylko moduł elektroniczny do przekształcania zdjęcia cyfrowego w papierowe. Nie zajmowałem się chemiczną obróbką papieru, lecz elektroniką i oprogramowaniem do sterowania maszyną — precyzuje konstruktor.

W kwietniu 2000 r. zgłosił swój wynalazek do urzędu patentowego. Patent uzyskał w styczniu 2007 r. Ale już kilka lat wcześniej, opierając się na swoim wynalazku, założył z bratem firmę Lab Net Plus (LNP) w Tychach i szukał klientów. Pomysł był prosty: zaoferować moduł do obróbki zdjęć cyfrowych producentom minilabów niemających takich biur projektowych jak liderzy rynku oraz firmom, które — bezpośrednio w zakładach fotograficznych — przerabiałyby analogowe minilaby tak, by obsługiwały cyfrowe nośniki zdjęć.

— W latach 2004-06 przerabiano mnóstwo analogowych minilabów na cyfrowe. To wychodziło zakładom fotograficznym taniej niż zakup fabrycznie nowego minilabu cyfrowego — twierdzi Jerzy Kołodziej, początkowo doradca, a potem prezes LNP.

Zanim trafił do LNP, był konsultantem CSE Corporation w Monroeville w Stanach Zjednoczonych, dekadę spędził w IBM Polska, a w latach 2002-04 kierował lokalnym oddziałem amerykańskiej firmy informatycznej Avnet Technology Solutions.

— Ani ja, ani brat nie umieliśmy poruszać się na rynkach międzynarodowych. Potrzebowaliśmy kogoś z dużym doświadczeniem. Jerzy Kołodziej zaś przez lata pracował w amerykańskich korporacjach — wyjaśnia Maciej Witaliński.

W 2002 r. LNP wyruszył za granicę w poszukiwaniu partnera produkującego analogowe minilaby, które mogłyby stać się cyfrowymi dzięki modułowi opracowanemu na Śląsku. Targi w Moskwie i od razu strzał w dziesiątkę. Shanghai Sophia Electron Machinery robi takie urządzenia i potrzebuje partnera takiego jak LNP.

Skośnooka kooperacja

Współpraca rozpoczyna się w 2003 r. Zasady? Produkowany w Polsce moduł do cyfryzacji minilabów wysyłany jest do Chin. Tam Sophia montuje go w swoim minilabie, który potem sprzedaje na całym świecie jako urządzenie cyfrowe.

— Sprzedaż szybko osiągnęła poziom 20 sztuk miesięcznie. Jak na minilaby to niemało — zaznacza Maciej Witaliński.

I dodaje, że w 2004 roku eksport modułów jego po-mysłu stanowił ponad 1 proc. całego polskiego eksportu do Chin.

Wszyscy byli zadowoleni. Ale Polacy raczej krótko. Po dwóch i pół roku współpracy zamówienia z Chin przestały napływać.

— Okazało się, że Chińczycy skopiowali nasz moduł. Oprogramowanie nie w pełni, ale rozmontowali to, co się dało i skopiowali mechanikę oraz pomysł — twierdzi Maciej Witaliński.

Próba polubownego załatwienia sprawy nic nie dała. Moduł został zgłoszony do chińskiego urzędu patentowego. Polacy złożyli w nim protest, ostatecznie jednak odpuścili.

— Rozpoczęta procedura zapowiadała się na długą i na tyle kosztowną, że przekroczyła możliwości naszej firmy. Nie mogliśmy liczyć na pomoc biura polskiego attaché handlowego w Szanghaju. A nie chodziło nam o to, by ktoś zrobił coś za nas, ale by jakiś reprezentant polskiego rządu udzielił nam pisemnego poparcia. Chińskie firmy, jakkolwiek praktykują kopiowanie technologii, boją się oficjalnych interwencji rządów innych państw w tego typu sprawach. Rząd Chińskiej Republiki Ludowej chce być uznawany za poważnego partnera na arenie międzynarodowej, dlatego wprowadził niezwykle surowe kary za naruszanie praw autorskich — tłumaczy Jerzy Kołodziej.

LNP nie rezygnował jednak z promowania swego wynalazku za pośrednictwem chińskich producentów analogowych minilabów. W 2005 r. spółka nawiązała współpracę z Shanghai Doli Photographic Equipment.

— To firma większa niż Sophia. Już w 2002 r. pukaliśmy do ich drzwi, ale wtedy nie byli zainteresowani współpracą — dodaje Maciej Witaliński.

Przewagę konkurencyjną nowego wspólnego urządzenia miał stanowić maksymalny format zdjęć 24x36 cali (dostępny na rynku wynosił 12x18). Ogólne zasady współpracy pozostały podobne do tych, jakie obowiązywały z Sophią — LNP dostarczała moduł do cyfryzacji, Chińczycy robili resztę.

Już przy budowie prototypu doszło do problemów. Według relacji Macieja Witalińskiego prace, do których zobowiązali się Chińczycy, ostatecznie wykonali inżynierowie LNP. Techniczne umiejętności inżynierów Doli okazały się ponoć niewystarczające.

— W kulturze chińskiej przyjmuje się powszechnie, że nie można się przyznać do słabości bądź błędu. Prośba o pomoc byłaby wstydem dla Doli, dlatego jedynym wyjściem z sytuacji pozostawało przerzucenie problemu na LNP — uważa śląski wynalazca.

W tym czasie Doli wprowadziło zasadnicze zmiany konstrukcyjne w swojej części minilabu. W rezultacie LNP prawie dwa miesiące pracował nad programem do maszyny, której fizycznie już nie było. Doli nie poinformowało bowiem LNP o zmianach. Maciej Witaliński uważa, że wcale nie ze złej woli ani przez roztargnienie. Po prostu — według Chińczyków — gdy zmiana ulepsza produkt, konsekwencje dla partnera nie mają znaczenia, bo przecież produkt będzie lepszy, a każdy sam musi zadbać o własną część projektu.

Przedstawiciele LNP kładą na karb różnic kulturowych również problemy z Sophią.

— Chińczycy nie są narodem złodziei, jak można by sądzić z naszej perspektywy. Mają własne zasady, lecz akurat kopiowanie leży w ich naturze. Gdy zdolny europejski malarz namaluje kopię obrazu Rembrandta, nie będziemy mieli dla niego szacunku, nawet jeśli jego ręka jest doskonała. U nas taka działalność poniża. W Chinach wprost przeciwnie. Ktoś, kto potrafi zrobić doskonałą kopię, jest uznawany za mistrza — konkluduje Jerzy Kołodziej.

Zwróciliśmy się do firmy Shanghai Sophia Electron Machinery, ale nie uzyskaliśmy komentarza dotyczącego współpracy z LNP.

Dyplom zamiast spółki

Co dzieje się z LNP? W połowie 2008 r. spółka zgłosiła wniosek o upadłość. Powody? Umocnienie złotego, przy obniżających się cenach urządzeń na rynku światowym, zjadło cały zysk z produkowanych w Polsce modułów, które w 90 proc. trafiały na eksport. Ich produkcję przejęła wprawdzie inna krajowa firma, ale nie utrzymuje już biura konstrukcyjnego, tylko montuje to, co opracowywano przez osiem lat. Na dodatek rynek jest coraz trudniejszy. Cyfrowe minilaby Noritsu czy Fuji nie są już tak drogie jak kilka lat temu, więc coraz więcej fotografów kupuje nowe lub używane urządzenia uznanej firmy, zamiast egzotyczną — choć tańszą — alternatywę.

A założyciel LNP? Napisał pracę kończącą studia podyplomowe na Wydziale Organizacji i Zarządzania Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Temat: "Wpływ warunków kulturowych na realizację projektów w małym przedsiębiorstwie działającym na rynkach dalekowschodnich".

Kamil Kosiński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu