Szantaż stabilizacją

Jacek Zalewski
19-01-2006, 00:00

Jaką sytuację Jarosław Kaczyński scharakteryzował wczoraj słowami: „To działanie zgodnie z interesem jednej partii — zresztą przekonacie się państwo, że rzekomym interesem, bo jej przekonanie o zwycięstwie jest złudne”. Czyżby dokonał krytycznej samooceny tzw. planu stabilizacyjnego, którym zaszantażował wszystkie pozostałe — bez SLD — partie? Nic podobnego — prezes PiS w taki sposób ocenił zasadne domaganie się przez PO pilnego zarządzenia wyborów prezydenta Warszawy.

Ustawa gwarantująca PiS utrzymanie władzy w stolicy oczywiście należy do pakietu jedenastu ustaw, stanowiących podwaliny mitycznej IV Rzeczypospolitej. Na honorowym miejscu wpisane zostało utworzenie CBA, a także lustracja majątkowa, likwidacja WSI etc. Gospodarka reprezentowana jest na tej liście ustawą o... nadzorze w spółkach skarbu państwa — wśród priorytetów PiS próżno szukać reformy finansów publicznych czy systemu podatkowego. Po prostu prezes Kaczyński zażądał od całego Sejmu bezwarunkowej kapitulacji.

Gra się jednak tak, jak przeciwnik pozwala, a w sprawie budżetowego terminarza pozostałe partie pozwoliły PiS na wszystko. Pięciu wicemarszałków — każdy z parlamentarnym doświadczeniem — 29 listopada 2005 r. bez mrugnięcia oka zatwierdziło harmonogram prac, w którym za punkt zerowy uznano... 19 października, co automatycznie wyznaczyło 19 lutego jako nieprzekraczalny termin zakończenia. Jeżeli marszałek Marek Jurek już wtedy „ściemniał”, to umożliwili mu to polityczni „ciemniacy”. Tak się składa, iż 30 września byliśmy przy składaniu w Sejmie budżetu Marka Belki i od tamtego dnia pozostaje dla nas oczywiste, iż konstytucyjny miecz ma prawo spaść na spóźnialski parlament tuż po 31 stycznia! Akurat w sprawie terminu prezydent Lech Kaczyński ma bezdyskusyjną rację. Niestety, tylko w sprawie terminu.

Ustawa budżetowa 2006 wykorzystana jest przez PiS instrumentalnie. Jeśli 1 lutego zastanie ją w ostatniej fazie, np. tuż przed rozpatrzeniem przez Sejm poprawek Senatu, to ewentualne skorzystanie przez prezydenta ze swego uprawnienia do rozwiązania parlamentu byłoby niezgodne z duchem Konstytucji, albowiem nie mamy do czynienia z lenistwem posłów, a wręcz przeciwnie. Cztery lata temu Jerzy Buzek złożył projekt 29 września, potem Leszek Miller wniósł autopoprawkę, procedowano dosyć mozolnie, finalne uchwalenie budżetu 2002 nastąpiło dopiero... 14 marca — ale prezydentowi Kwaśniewskiemu nawet do głowy nie przyszło, aby po 31 stycznia się wtrącać.

Ogłoszone wczoraj przez głowę państwa polityczne warunki, po spełnieniu których Lech Kaczyński miałby „podstawy do nieskorzystania” ze swych konstytucyjnych uprawnień, są dziwnie zbieżne z planem szefa jednej z partii. A właściwie niedziwnie — tym szefem jest prezydencki brat...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Szantaż stabilizacją