Szara strefa górą

Mira Wszelaka
opublikowano: 22-05-2006, 00:00

Jawny lobbing? Miał być, ale na legalizację zdecydowało się zaledwie kilku śmiałków. Reszta czeka i działa w szarej strefie.

Kojarzony z korupcją i działalnością przestępczą lobbing wciąż nie może zyskać akceptacji. Tymczasem nie ma nic w nim złego — z założenia powinien być przejrzystą formą przekonywania. Nic z tego. Seria afer przestępczo-korupcyjnych na styku polityki i biznesu, nierzadko z udziałem lobbystów, podkopała zaufanie do tego typu działalności. Próba jej ucywilizowania i ogarnięcia w formie ustawy nie rozwiązała problemu. Odwagą rejestracji wykazało się zaledwie kilka podmiotów, a trzymiesięczne przepustki otrzymało osiem osób, w tym pięć reprezentowanych przez jedną firmę (dane sejmowe). Co się stało z resztą? Nadal prosperuje, i to nie najgorzej, tyle tylko, że w szarej strefie. Tak zwani eksperci i doradcy nadal pojawiają się w Sejmie zapraszani przez posłów. Wchodzą jako goście, bez plakietek. Ich liczba została jednak ograniczona.

— Zbyt sztywne procedury utrudniają nam kontakty. Działamy ostrożnie, zmieniamy miejsca spotkań, omijając Sejm i urzędy. Urzędnicy bywają często przesadnie ostrożni, odmowę argumentując obowiązkiem sprawozdawczości. Boją się podejrzeń i jakichkolwiek kontaktów — ujawnia Witold Michałek ze Stowarzyszenia Unilob, firmy lobbingowej.

Lepiej, choć trudniej

I legalni, i nielegalni lobbyści podkreślają, że ustawa to krok w dobrym kierunku. Diabeł tkwi jednak w szczegółach.

— Bardzo się dziwię, że tak niewielu się zarejestrowało. Przecież legalizacja jest w interesie całej naszej branży, która musi wreszcie zadbać o przejrzystość i wiarygodność. Mamy możliwość wyjścia z ukrycia, choć ustawa ma wiele luk — uważa Maciej Sankowski, prezes Viewpoint Group i zalegalizowany lobbysta w branży energetycznej.

Dodaje, że przepustka (plakietka w kolorze czerwonym) wyrównuje szanse, bo każdy powinien mieć świadomość, z kim rozmawia.

— Mam nadzieję, że coraz trudniej będzie działać z ukrycia. W tej branży wszyscy się znają. Część tych, którzy się nie zarejestrowali, być może czeka z podjęciem decyzji biznesowej. Może przeformułuje się na public relations — mówi Maciej Sankowski.

Jego zdaniem, ustawa jest kamieniem milowym w cywilizowaniu zawodu lobbysty.

— Choć nie jest łatwo, to trzeba zacisnąć zęby, bo to jedyna droga, by coś się zmieniło. Trzy strony muszą się nauczyć funkcjonowania w nowych warunkach: my, nasi klienci, którzy powinni się przełamać i skończyć z działaniem z ukrycia, oraz parlamentarzyści. Ci ostatni mogliby nabrać do nas nieco więcej zaufania, wiedząc, kim jesteśmy — przyznaje Maciej Sankowski.

Czerwona plakietka

Legalni lobbyści zmienili też charakter spotkań.

— Wszystkie odbywają się w parlamencie, a nie — jak wcześniej — w restauracjach czy innych ustronnych miejscach. Jeżeli chcemy przekazać jakąś ważną informację, organizujemy konferencję z udziałem kilku posłów. Wszystko jest jawne i wszyscy akceptują to, że jesteśmy grupą interesu — mówi Maciej Sankowski.

Jakie są marzenia lobbysty?

— By za rok czerwona plakietka nie wzbudzała ironicznego uśmiechu urzędników i parlamentarzystów — wyznaje Maciej Sankowski.

— Ciągle mamy nadzieję, że ograniczymy dzikie kontakty — dodaje Witold Michałek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mira Wszelaka

Polecane