Szczytów ci u nas dostatek

JACEK ZALEWSKI
opublikowano: 24-10-2011, 00:00

UNIA EUROPEJSKA

Pierwszy brukselski szczyt Rady Europejskiej podczas polskiej prezydencji potwierdził, że od wejścia w życie traktatu z Lizbony półroczne przewodnictwa zostały w kwestiach naprawdę ważnych zmarginalizowane. Stały przewodniczący Herman Van Rompuy zdominował posiedzenia szefów państw i rządów, wychodzące spod jego ręki projekty konkluzji uzgadnia z Niemcami i Francją, a pozostałe państwa mogą jedynie wnioskować o poprawki. Notabene Van Rompuy przejął również kierownictwo kadłubowych szczytów Eurogrupy, luksemburski premier Jean-Claude Juncker na otarcie łez zachował kierowanie zbiórkami ministrów finansów.

Taka sytuacja stresuje premiera Donalda Tuska, jako że boleśnie uderza zarówno w jego osobiste ambicje unijnego mocarza, jak i obiektywne interesy Polski. Na dodatek coraz dalej odjeżdża nam Eurogrupa. Czujemy się łyso, po roboczym obiedzie opuszczając gmach Justus Lipsius przy rondzie Schumana w gronie dziesięciu państw zachowujących waluty narodowe, gdy na drugą część szczytu zostaje siedemnastka używająca euro. Paradoks polega na tym, że w obecnym stanie prawnym Eurogrupa istnieje tylko śladowo. O wszystkim, co obowiązujące w Unii Europejskiej, decyduje komplet państw członkowskich. Jedynie w skromnym protokole do traktatu z Lizbony istnieje zapis, że ministrowie Eurogrupy w miarę potrzeb spotykają się nieformalnie. Już samo awansowanie takich obrad do rangi kadłubowych szczytów szefów państw i rządów jest nagięciem Lizbony. Hipotetyczna zaś zmiana traktatu, formalizująca i umacniająca politycznie strefę euro, wymagałaby… zatwierdzenia także przez dziesiątkę wystawianą na margines. I tak zamyka się decyzyjna kwadratura koła.

Z powyższego wynika, że znaczną część antykryzysowego myślenia unijnej klasy politycznej pochłania jej gonienie za własnym ogonem. I tak cud, że w ogóle zapadają jakieś decyzje, oczekiwane przez nerwowo reagujące rynki. Grecja może liczyć na kolejną transzę 8 mld EUR, która jak poprzednie wpadnie bez śladu niczym kamień do przepastnej studni. Nieunikniona niewypłacalność tego państwa jest odkładana w czasie, a straty posiadaczy greckich obligacji mogą sięgnąć nawet 50-60 proc. Bez żadnej gwarancji, że powstrzyma to padanie kolejnych „świnek” z grupy PIIGS.

Dobrym rozwiązaniem będzie podwyższenie z 5 do 9 proc. wskaźnika płynności kapitałowej kluczowych banków, by zdały one ostrzejsze testy wytrzymałości. Ale temu planowi brakuje drobnego elementu — skąd wziąć kwotę szacowaną na 110 mld EUR. Za przykładem Baracka Obamy, prezydent Nicolas Sarkozy forsuje dodruk pustych pieniędzy. Fundusz stabilizacji Eurogrupy, obecnie sięgający 440 mld EUR, za jednym pociągnięciem księgowego lewara skoczyłby do 1-2 bln EUR bez wpłat z budżetów państw. Taki pomysł zszokował Europejski Bank Centralny, którego potężnym ramieniem politycznym są Niemcy. Wobec niemożności porozumienia, decyzja została odsunięta. Szefowie państw i rządów właściwie mogliby zakotwiczyć w Brukseli, dalszy ciąg szczytu — ponownie w podwójnej formule — już w środę.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu