Ta fuzja miała nie wypalić, i tak się stało

Kazimierz Krupa
23-12-2004, 00:00

Jeżeli od pierwszego aktu sztuki na ścianie pomieszczenia, w którym toczy się akcja, wisi fuzja (strzelba), to według świętych praw teatru najpóźniej w ostatnim akcie musi ona wystrzelić. Im dłużej i poważniej mówiło się o fuzji (połączeniu) węgierskiego MOL z naszym Orlenem, tym była ona coraz dalsza i mniej prawdopodobna.

Jako 34. debiutant w tym roku (trzecia firma zagraniczna notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie) swoją przygodę z naszym rynkiem rozpoczął węgierski koncern naftowy MOL. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że to jeszcze do niedawna potencjalny kandydat do mariażu z naszym paliwowym potentatem, Orlenem. Dzisiaj Orlen ma całkiem inne problemy i nie w głowie mu łączenie, przejmowanie czegokolwiek. Do fuzji nie dąży też zresztą węgierski koncern i trzeci partner ewentualnego porozumienia — austriacki OMV.

Debiut MOL nie wyklucza oczywiście możliwości dalszego realizowania scenariusza prowadzącego do połączenia obu firm. Pytanie jest tylko jedno, za to o zasadniczym charakterze: po co? Efekty synergii byłyby żadne lub bardzo iluzoryczne, niebezpieczeństwo nawet wrogiego przejęcia (po wyjściu państwa) przez jakiegoś kolosa ze Wschodu — takie samo lub zbliżone. Po co więc jeść tę żabę? Co innego poszukiwanie dostępu do złóż. Ale to zupełnie inna sprawa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Ta fuzja miała nie wypalić, i tak się stało