Ta korekta na Wall Street jest inna niż wszystkie

Krzysztof Kolany, Bankier.pl
opublikowano: 29-11-2018, 22:00

Amerykańskie giełdy mają za sobą najgorszy miesiąc od 6 lat i zaliczają już drugą korektą w ciągu roku. Na rynku mówi się o korekcie, która wzięła się „z niczego”

Jeszcze na dwie sesje przed końcem października S&P500 tracił 9,4 proc. i groziło mu zaliczenie najgorszego miesiąca od lutego 2009 r., gdy w ramach ostatnich podrygów bessy S&P500 spadł o 11 proc. Ostatecznie dzięki odbiciu w ostatnich dwóch dniach miesiąca S&P500 ograniczył październikowe straty do niespełna 7 proc. A i tak był to najgorszy miesiąc od września 2011 r. Ten sam schemat powtarza się w końcówce listopada: ostatnie sesje miesiąca to odrabianie wcześniejszych strat.

Spadki rozpoczęły się na początku października, tuż po tym, jak S&P500wyrysował mały podwójny szczyt, po drodze wybijając styczniowe maksimum wszech czasów. Tymczasem na rynku nie pojawiły się żadne nieznane wcześniej informacje, które uzasadniłyby tak silną przecenę akcji. Stąd też wzięły się opinie, że jesienna korekta wzięła się „znikąd’.

Musi być winowajca

Problem z tego typu opiniami bierze się chyba stąd, że gdy ceny aktywów rosną, to nikt nie pyta, dlaczego tak się dzieje. W mainstreamie hossa została uznana za stan naturalny i nie wymaga dociekania, z czego wynika. Ale spadki to co innego. Spadki zawsze muszą mieć swego winowajcę. Każdy szanujący się analityk musi wykazać się umiejętnością dopasowania informacji do ruchu giełdowych indeksów. Inwestująca publika nie „kupi” analizy/komentarza bez klarownego (nawet jeśli idiotycznego) uzasadnienia, dlaczego spadło.

W tym rozumowaniu kryje się fundamentalny błąd. Otóż ludzie nie reagują na napływające informacje w sposób liniowy. Nowe wiadomości pojawiają się stopniowo, rynek dalej rośnie, więc inwestor dochodzi do wniosku, że nie są one istotne. Albo że już zostały uwzględnione w cenach. I tak inwestujący tłum dochodzi do błędnego wniosku, że na świecie nie dzieje się nic takiego, co mogłoby zatrzymać hossę.

Wszystkie strachy rynków

Chyba najczęściej cytowaną domniemaną przyczyną jesiennych spadków na Wall Street była wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Jeśli podczas nadchodzącego szczytu G20 prezydenci Donald Trump i Xi Jingping nie dojdą do jakiegoś porozumienia, to od 1 stycznia stawki amerykańskich ceł na chińskie towary wzrosną z 10 do 25 proc. Dodajmy, że karnym cłom już teraz podlega mniej więcej połowa (w ujęciu wartościowym) chińskiego eksportu do USA.

Jak rzekł przy innej okazji przewodniczący Donald Tusk, to jest „przykra sprawa i nie lekceważę jej”. Faktycznie, wiele amerykańskich spółek przy okazji publikacji raportów finansowych za trzeci kwartał skarżyło się, że cła nałożone przez tego drugiego Donalda podnoszą koszty, zwiększają niepewność i mogą się negatywnie odbić na wynikach w kolejnych kwartałach. W najgorszym scenariuszu amerykańsko-chińska wojna celna może doprowadzić do powtórki z Wielkiego Kryzysu, który na cały świat roznieśli amerykańscy kongresmani uchwalając niesławny Smoot- Hawley Tariff Act z roku 1930 podnoszący cła na przeszło 20 tys. importowanych do USA dóbr. Rzecz jasna partnerzy handlowi Stanów Zjednoczonych odpowiedzieli kontrsankcjami. W efekcie rok później amerykański eksport spadł o 66, a import o 61 proc. Ale tak czarnych scenariuszy rynek raczej nie dyskontuje. Większość ma nadzieję, że wszystko rozejdzie się po kościach. Tak, aby Donald Trump mógł ogłosić „great deal” z Chinami. Tak samo, jak zrobił to z traktatem NAFTA.

Drugim dyżurnym straszakiem światowej finansjery jest brexit, który w zgodnej propagandzie medialnego głównego nurtu może doprowadzić do końca świata i zapadnięcia się Wielkiej Brytanii pod wody Atlantyku. I choć ryzyko tzw. twardego brexitu (czyli opuszczenie przez Zjednoczone Królestwo struktur UE bez żadnej umowy) pozostaje wysokie, to przecież jest czynnik ryzyka znany od ponad dwóch lat. Wątpię, aby ktokolwiek w świecie biznesu był na nie nieprzygotowany.

Od maja obawy rynków finansowych budzą też Włochy, gdzie nowy rząd postanowił zerwać z polityką poprzedników i znacząco zwiększyć przyszłoroczny deficyt budżetowy (z obiecanych Brukseli 0,8 do 2,4 proc. PKB). Jednakże ostatnie sygnały płynące z Rzymu odbierane są jako gotowość do ustępstw. W rezultacie rentowność włoskich obligacji 10-letnich ustabilizowała się w pobliżu 3,2 proc., choć jeszcze miesiąc temu sięgała 3,8 proc. Rzecz jasna „kwestia włoska” pozostaje egzystencjalnym zagrożeniem dla strefy euro, ale to także jest ryzyko od dawna oswojone przez rynek. Zresztą od kiedy to Amerykanie przejmują się problemami Europy?

Żeby nie ten Fed…

Ostatnim czynnikiem ryzyka ciężkiego kalibru jest coś, co za Atlantykiem nazywają „policy error” (ang. błąd polityki). Tak inwestorzy z Wall Street zwykli nazywać sytuację, gdy Rezerwa Federalna na tyle mocno podniosła stopy procentowe, że doprowadziła do bessy na rynku kapitałowym. A bessy nikt tam nie lubi, bo wyniki są gorsze i trudniej uzasadnić wysokie premie dla zarządzających funduszami. Zatem mamy Fed, który w tym roku podniósł stopę funduszy federalnych o 75 pkt. baz. i w grudniu zapewne dołoży kolejne 25 pkt. baz. Razem da to przedział stopy funduszy federalnych na poziomie 2,25-2,50 proc.

Jeśli wierzyć deklaracjom członków FOMC (a doświadczenie uczy, że raczej nie warto), to na 2019 r. Fed szykuje kolejne trzy podwyżki po 25 pkt. baz. każda. Rynek terminowy jest bardziej sceptyczny i wycenia jedną, góra dwie. Tak czy inaczej za kilka miesięcy możemy mieć krótkoterminowe stopy procentowe w USA na poziomie około 4 proc. Niewiele mniej już teraz płacą 2-letnie amerykańskie obligacje skarbowe. To niby niewiele, ale w latach 2009-16 papiery te płaciły mniej niż 1 proc. Jest to zatem koniec efektu TINA (ang. there is no alternative) — czyli sytuacji, gdy większość inwestorów uważało, że nie ma sensownej alternatywy dla akcji. No to od jakiegoś czasu już jest. Zwłaszcza że amerykańskie akcje są skrajnie przewartościowane — przy C/Z dla indeksu S&P500 rzędu 22 nawet obligacje skarbowe płacące pod 3 proc. wydają się nie najgorszym rozwiązaniem.

Na tym froncie być może mamy do czynienia ze zmianą trendu. W przemówieniu wygłoszonym 28 listopada Jerome Powell nieco zmienił retorykę na mniej „jastrzębią”, co może (ale nie musi!) oznaczać zmianę nastawienia Rezerwy Federalnej. Pojawiła się zatem nadzieja, że w 2019 r. Fed spowolni lub wręcz zatrzyma normalizację polityki monetarnej. Ryzyko rotacji aktywów w stronę obligacji i spółek zapewniających „wartość” (ang. value stocks) kosztem modnych i horrendalnie przewartościowanych FANG-ów to od początku 2018 r. główne zmartwienie amerykańskich inwestorów. Jeśli Fed dowiezie jeszcze kilka podwyżek stóp procentowych, to kto jeszcze będzie chciał mieć w portfelu tak ryzykowne walory, jak akcje Netfliksa czy Tesli? A to w ostatnich latach jedne z głównych motorów hossy na Wall Street.

Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to niemal zawsze chodzi o pieniądze. W tej sytuacji należy to powiedzenie traktować dosłownie. Od kilku miesięcy mamy do czynienia z sytuacją, gdy podaż pieniądza z czterech największych banków centralnych świata zaczyna się kurczyć. Rezerwa Federalna od roku prowadzi program „odkręcania” QE, redukując swoją sumę bilansową. Od stycznia swój program skupu obligacji ma zakończyć Europejski Bank Centralny. Na placu boju pozostaną więc tylko „ostatni drukarze” z Banku Japonii.

Nie trzeba być noblistą z ekonomii, aby zauważyć, że przez ostatnią dekadę to właśnie bezprecedensowa ekspansja monetarna największych banków centralnych napędzała hossę na rykach finansowych. QE w minimalnym stopniu pomogło realnej gospodarce. Jednak inwestorom z Wall Street przyniosło fortunę i teraz to centralnie planowane Eldorado zaczyna się kończyć. Jeśli banki centralne zgodnie i bezlitośnie przykręcą śrubę stóp procentowych (nawet o skromne pół obrotu), to obecna korekta na Wall Street może przemienić się w regularny rynek niedźwiedzia. A tego zwierzęcia nie widziano tam od ponad dekady — mamy więc całe pokolenie inwestorów i traderów, które bessę i wyższe stopy procentowe zna tylko z podręczników. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Ta korekta na Wall Street jest inna niż wszystkie