Taki nawał emocji

Michał Mizera
24-01-2003, 00:00

Przed Bożym Narodzeniem w teatrach pusto: przerwa świąteczna. Ale w Rozmaitościach trwa gorączkowe ustawianie scenografii do „Burzy”, bo premiera już 5 stycznia. Czeka na nią teatralna Europa.

Naprawdę Europa — bez przesady. Spektakl Warlikowskiego Hebbel Theather do Berlina zaprosił w ciemno. (Na Międzynarodowy Festiwal Teatralny w Awinionie pojadą z Rozmaitości „Dybuk” tegoż reżysera i „Relacje Klary” w inscenizacji Krystiana Lupy).

Pokaz fragemntu „Burzy” dla mediów — kilkunastu dziennikarzy, fotografowie, dwie kamery. Rozgardiasz. Zjawia się Krzysztof Warlikowski z miną cierpiącego artysty. W czerwonym, znoszonym swetrze zbliża się do widowni:

— Dzień dobry... To będzie tylko jedna scena. W takim świetle dla kamer, a w takim dla fotografów. Proszę.

Nikt nie zdążył o nic zapytać. Aktorzy pograli 20 minut. Rozmowa Gonzala, Sebastiana, Alonza i Antonia, siedzących w samolotowych fotelach klasy biznes. Stroje — współczesne. Brawurowo zagrana, choć statyczyna scena. Pozbawiona kontekstu, wywołuje dezorientację wśród żurnalistów. Młody dziennikarz krzyczy do organizatorów:

— To teatr Polskiego Radia, a nie scena dla kamery! Jeśli coś takiego chcecie pokazać w telewizji, to proszę więcej po nas nie dzwonić!

Zwija ekipę. Wychodzi. Siadamy przy stole na scenie. Seria pytań „o czym to będzie”. Koleżanki z radia proszą reżysera, by powiedział coś o „Burzy” 2002. Adam Ferency opowiada o konstrukcji roli. Pojawia się Magdalena Cielecka z Andrzejem Chyrą. Ktoś próbuje porozmawiać:

— Proszę się nie zbliżać, zarażam! — ucina Cielecka. Koniec konferencji.

Rozmawiam z reżyserem na boku. Warlikowski ucieka w gotowe formuły: ostatnia sztuka Szekspira, „przefiltrowanie” przez własną wrażliwość, problem pamięci i odpowiedzialności zbiorowej... A co go interesuje w klasyce? Ano współczesność; kto inspiruje — niezmiennie Jan Kott. Pytam, jak ocenia specyficzny sposób czytania klasyki przez Jerzego Grzegorzewskiego:

— Bez sensu. Widziałem „Sen nocy letniej” w Narodowym. Rozpaczliwe szukanie porozumienia z publicznością. Zabolało mnie to przedstawienie, bo nie widziałem w nim ani cienia pomysłu. Grzegorzewski to intelektualista.

Iwo Vedral, stały asystent Warlikowskiego, opowiada:

— Krzysztof nie lubi takich imprez. Sam wybrał scenę, wiem — mało atrakcyjną, zwłaszcza dla telewizji, ale ważną w spektaklu. Mało dynamiczna? Krzysztof nie jest reżyserem, on nie umie reżyserować, nie potrafi np. ustawić sceny... Ważne to, co w środku aktora, emocje, sposób ich przekazania, no coś, co iskrzy w relacjach między nimi a widownią — mówi Vedral.

Rozmaitości słyną ze znakomitego marketingu. Efekt? Warlikowski mówi, że w Polsce — poza współpracą z Krystyną Meissner — pracuje już tylko w Rozmaitościach (w czerwcu — premiera „Dybuka”). W marcu Krystian Lupa wystawi tu najnowszy spektakl. Michał Merczyński, nowy dyrektor naczelny Rozmaitości dynamicznie wziął się do roboty.

— Grzesiek Jarzyna postawił przede mną dwa zadania: remont i nowe źródła finansowania. Teatr to droga zabawka. Dlatego zakładamy Fundację Przyjaciół Teatru Rozmaitości. Zgromadzi środki na poszczególne premiery - mówi Merczyński.

Pierwszy wkład wyłoży Fundacja Feliksa Łaskiego z Londynu (od lat wspiera najlepsze warszawskie teatry). Toczą się negocjacje z Towarzystwem Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta. Są i niemałe wpływy z drogich biletów. Rozmaitości zarabiają także na każdym wyjeździe — średnio około 5 proc. wartości kontraktu.

Ułatwieniem są koprodukcje z polskimi partnerami (Teatr Polski w Poznaniu, Teatr Współczesny we Wrocławiu) i zagranicznymi (berliński Hebbel Theater czy Theorem). Ministerstwo Kultury współfinansuje niektóre wyjazdy. Czy nie powinno również dokładać do spektakli, dzięki którym polski teatr jest wysoko oceniany na świecie?

— To pytanie nie do mnie... Nam najbardziej zależałoby na ustawie o instytucjach kultury, ze szczególnym uwzględnieniem schematu dotacji: dotacja ubiegłoroczna+inflacja+1 proc. Dobrym pomysłem jest przeznaczanie dochodów z gier liczbowych na kulturę. Ale tu piłka jest po stronie ministra Dąbrowskiego — uważa Merczyński.

Nad projektem remontu pracuje prof. Jerzy Gurawski — współpracownik Jerzego Grotowskiego. Radzi także kierownik techniczny Festiwalu w Awinionie Cyryl Givort.

— Stale szukamy mecenasów. Na sto prób jedna przynosi efekt. Potem liczy się umiejętność negocjacji i dotrzymywanie umów. Kiedyś w Szkocji zgromadzono duże pieniądze od 10 sponsorów — w zamian za obietnicę kolacji z królową brytyjską. Ale królowa odwołała przyjazd, co groziło klęską projektu. Uruchomiono potężne lobby i udało się! Elżbieta II się zjawiła! — opowiada Merczyński.

— A może Rozmaitości mogłyby zaoferować kolację w towarzystwie Magdaleny Cieleckiej?

— No nie, nie uciekamy się do takich sposobów — śmieje się dyrektor.

Warlikowski wyciąga z aktorów silne, często najbardziej skrywane emocje. Stać go na ryzyko. Stanisława Celińska przyznała w wywiadzie: „To Warlikowski pierwszy wyciągnął do mnie rękę. Kiedy grywałam same farsy, obsadził mnie w „Hamlecie” w roli Gertrudy. Nikt inny by się na to nie odważył!”.

W czasie prób z głównej roli zrezygnował Janusz Gajos. Wielu czekało na ten eksperyment.

— Janusz przyszedł z przygotowaną wizją roli, nie udało nam się porozumieć... Rezygnacja była jego dojrzałą decyzją — opowiada Warlikowski.

— Fajnie byłoby zobaczyć Gajosa w głównej roli, ale to byłby Prospero Gajosa i „Burza” Warlikowskiego. Troska o jakość całości zdecydowała — dodaje Vedral. Sam Gajos przyznaje, że nie udało mu się pozbyć oczekiwań wobec reżysera i spektaklu. Adam Ferency, kiedy został mu niespełna miesiąc na przygotowanie roli, mówi:

— Jeszcze nigdy nie pracowałem nad tak wielką rolą w tak krótkim czasie. Ale jestem spokojny o efekt!

Trzecia generalna, teatr pełen teatrologów, znajomych i przyjaciół królika. Warlikowski skupiony, bez zdenerwowania siedzi za stolikiem. Rzadko — przez mikrofon — wydaje polecenie technikom. Odprężony, żywo reaguje z publicznością na nowe pomysły aktorów. Spektakl trwa około 2 godz. 40 minut bez przerwy. Po próbie reżyser rozmawia z oświetleniowcami i akustykami. Aktorzy czekają na ostatnie uwagi.

Już premiera. Gaśnie światło. Huk samolotowych silników. Zaczyna się burza. Sceny, które Szekspir zaplanował jako śmieszne, wciągają niczym odgrywane w transie, z czasem — przerażają; sceny poważne rozbijają elementy komiczne. Aktorstwo najwyższej próby: Kalita w scenie bratobójstwa przechodzi sam siebie, Celińska — na najwyższych obrotach, reszta też nie pozostaje w tle.

Po ostatni dramat Szekspira, uznany za summę jego poglądów na teatr, sięgali najwięksi reżyserzy — dwukrotnie Peter Brook, Peter Hall, Giorgio Strehler. W Polsce wystawiali go m. in. Leon Schiller, Stefan Jaracz, Krystyna Skuszanka, Krzysztof Zaleski, Rudolf Zioło, Zbigniew Brzoza. Trudną rolę Prospera kreowali u nas m.in. Karol Adwentowicz, Gustaw Holoubek, Aleksander Bednarz i Jan Peszek.

Ciężkie brzemię tradycji... Ale recenzje w prasie codziennej — entuzjastyczne. Kolejne festiwale zgłaszają propozycje terminów i honorariów. Kilka dni później Warlikowski otrzymuje Paszport Polityki „za przywracanie wiary w artystyczne i etyczne posłannictwo teatru”.

Teatr Warlikowskiego niewiele ma wspólnego z intelektualną refleksją nad rzeczywistością, bardziej — z intuicyjnym jej odczuwaniem, czasem wręcz fizycznym i bolesnym. Pod efektowną, oddziałującą na wyobraźnię formą teatralną często kryje się pustka i banał. Ale jego wizja, dzięki silnemu napięciu emocjonalnemu i niepospolitemu zaangażowaniu aktorów, zmusza do myślenia.

Być może zapowiada prawdziwą burzę w polskim teatrze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Mizera

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Taki nawał emocji