Tegoroczne idy marcowe mogą być krwawe

Krzysztof Kolany główny analityk Bankier.pl
opublikowano: 13-03-2017, 22:00

Proszę sobie zakreślić w kalendarzu 15 marca 2017 r. Tego dnia spiętrzy się kilka ważnych wydarzeń, które mogą wstrząsnąć rynkami finansowymi w takim stopniu, w jakim zabójstwo Cezara wstrząsnęło rzymską polityką

2060 lat temu w rzymskim senacie zamordowano Gajusza Juliusza Cezara. Stało się to podczas święta id marcowych poświęconych bogowi wojny — Marsowi. Co starożytna historia ma wspólnego ze współczesnymi rynkami finansowymi? Niby nic — to tylko przypadkowa (?) zbieżność dat. Ale studiując historię, łatwo dojść do wniosku, że przez tysiące lat tak naprawdę niewiele się zmieniło.

Wszystko może zacząć się od Holandii, której mieszkańcy będą głosować w wyborach parlamentarnych. Faworytem sondaży do niedawna była Partia Wolności Geerta Wildersa, która może liczyć na 24-28 mandatów. Łeb w łeb idą notowania Partii Ludowej premiera Marka Ruttego, mogącej uzyskać 21-25 miejsc w 150-osobowej Izbie Reprezentantów. Partia Wildersa prezentuje dość specyficzny mix idei wolnościowych i wolnorynkowych z poglądami antyislamskimi i antyimigracyjnymi.

To partia antysystemowa sprzeciwiająca się rosnącym wpływom Komisji Europejskiej oraz domagająca się redukcji holenderskiej składki do budżetu UE. Mimo to przez media głównego nurtu jego partia wrzucana jest do tej samej szufladki co francuski Front Narodowy i etykietowana jako „populistyczna”, „antyeuropejska” czy wręcz „faszystowska”. Dla średnio zorientowanych w meandrach polityki uczestników rynków finansowych wygrana Wildersa to taki sam straszak jak brexit, Trump czy Le Pen.

Holandia na przystawkę

Chodzi przede wszystkim o efekt psychologiczny, a nie faktyczny. Nawet jeśli Partia Wolności wygra wybory, to zapewne nie sformuje większości rządowej. Zdaniem holenderskich komentatorów prawdopodobnie powstanie koalicja czterech-pięciu partii pod skrzydłami Partii Ludowej. Pozostałe partie na razie deklarują, że koalicja z Wildersem jest wykluczona.

Holenderskie wybory mogą zasiać nieco strachu i zwątpienia, ale same w sobie będą miały raczej niewielki wpływ na rynki finansowe. Co innego, gdyby premier Wielkiej Brytanii postanowiła wykorzystać zamieszanie wokół wyborów w Holandii i ogłosić uruchomienie słynnego artykułu 50. Byłby to formalny początek brexitu, czyli wystąpienia Zjednoczonego Królestwa ze struktur Unii Europejskiej. To na razie spekulacja, ponieważ ta data nie jest oficjalnie znana. Wcześniej premier Theresa May zapowiadała, że Wielka Brytania uruchomi procedurę opuszczenia UE do końca marca. Teoretycznie brexit jest od dawna oswojony przez rynki finansowe, ale byłoby to kolejne wydarzenie szarpiące nerwy inwestorów.

Wszystkie oczy na Waszyngton

Naprawdę istotne rzeczy z punktu widzenia inwestorów dziać się będą w Ameryce. O godz. 20 spodziewany jest komunikat z Rezerwy Federalnej. Uczestnicy rynków są pewni, że Fed podniesie stopę funduszy federalnych o 25 pkt. baz. Byłaby to dopiero trzecia podwyżka kosztów kredytu w ciągu dekady. Teoretycznie taka decyzja jest już w cenach i nie powinna wzbudzać większych emocji.

Ale to nie takie proste. Po pierwsze, co innego przewidywania i prognozy, a co innego rzeczywistość wciąż bardzo taniego, ale jednak coraz droższego kredytu. Po drugie, rynek będzie z wielką uwagą śledził każde zdanie komunikatu FOMC, dopatrując się wskazówek w sprawie kolejnych podwyżek. Czy Fed zapowie lub choćby zasugeruje możliwość podniesienia stóp także w czerwcu? Ile podwyżek do końca roku pokażą tzw. fedokropki? To wszystko pozostaje niewiadomą, tak samo jak reakcje rynków bezpośrednio po decyzji FOMC.

Pamiętajmy też, że często rynek reaguje początkowo spokojnie, a dopiero następnego dnia obserwujemyzdecydowany ruch i zwiększoną zmienność. Już sama kombinacja europejskiej polityki i podwyżki stóp procentowych w USA może przyprawić o ból głowy. Ale to nic w obliczu trzeciego zamachowca, jakim jest polityka amerykańska. Tak się składa, że również 15 marca wygasa podpisane 2 lata temu moratorium dla limitu długu publicznego Stanów Zjednoczonych, o czym w środę ostrzegł kongresmenów sekretarz skarbu Steven Mnuchin.

W USA to Kongres ustala limit zadłużenia, którego Biały Dom nie może przekroczyć. Rząd USA — podobnie jak zdecydowana większość współczesnych państw — wydaje więcej, niż ściąga w podatkach. Różnicę musi pożyczyć, emitując obligacje. Gdy nie może pożyczyć, brakuje pieniędzy na bieżące wydatki. W Stanach Zjednoczonych limit zadłużenia jest traktowany bardzo poważnie i gdy zostanie on osiągnięty, następuje drastyczna i natychmiastowa redukcja wydatków publicznych, zwana potocznie „zamknięciem rządu”. Polega to na tym, że zamyka się urzędy, muzea czy parki narodowe, a federalnych pracowników wysyła na przymusowe bezpłatne urlopy.

Co prawda administracja może zastosować pewne wybiegi i opóźnić pełne „zamknięcie rządu” nawet o kilka miesięcy. Ale robi się wtedy bardzo nerwowo, ponieważ nie jest do końca pewne, czy departament skarbu znajdzie gotówkę na wykup zapadających obligacji. Problem w tym, że obecnie obowiązujący — i zawieszony przez ostatnie dwa lata — limit długu publicznego w Stanach Zjednoczonych wynosi 18,1 bln USD, a faktyczny dług publiczny dobija do 20 bln USD! Jeśli Kongres nie ustanowi nowego, znacznie wyższego limitu zadłużenia, obecny poziom zadłużenia automatycznie stanie się nowym limitem. Wtedy prezydentowi Donaldowi Trumpowi nie pozostanie nic innego jak użyć swojej ulubionej frazy („Jesteś zwolniony!”) w odniesieniu do setek tysięcy urzędników.

Wszystko jest polityką

Teoretycznie sytuacja nie powinna być groźna, bo przecież republikanie mają większość w obu izbach Kongresu i swojego prezydenta w Białym Domu. Ale pamiętajmy, że to jest polityka! Nic więc nie jest tu proste i niczego nie można być pewnym. Donald Trump w kampanii wyborczej (słusznie) krytykował Baracka Obamę za gigantyczny wzrost długu publicznego (z niespełna 9 bln do blisko 20 bln USD). Ponadto to republikanie naciskali na Obamę, aby ograniczył wydatki budżetowe, w 2013 r. doprowadzając do „zamknięcia rządu” i poważnego kryzysu politycznego.

Zatem teraz ani Trump, ani republikańska większość w Kongresie nie mogą sobie tak po prostu podnieść limitu długu. Byłaby to kompromitacja. Tym bardziej że czegoś takiego zapewne nie poparłaby „herbaciana” frakcja (Tea Party) w Partii Republikańskiej. To grupa konserwatystów-libertarian protestująca przeciwko nadmiernemu opodatkowaniu, wysokim wydatkom publicznym i galopującemu zadłużeniu USA.

Ta rzadko spotykana kumulacja czynników ryzyka może wprawić rynki finansowe w niezdrowe wibracje, potencjalnie skutkujące wysoką zmiennością i dużymi zmianami cen aktywów. Jeśli na rynku zrobi się nerwowo, należałoby oczekiwać ucieczki do dolara i amerykańskich obligacji skarbowych. Rozsądnie byłoby spodziewać się spadków na giełdach, przeceny surowców oraz osłabienia euro i funta szterlinga. Zapewne najbardziej zagrożone byłyby rynki akcji i waluty krajów rozwijających się, w tym nasza GPW oraz złoty.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany główny analityk Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu