Tnąc składki do OFE, rząd robi sobie krzywdę

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 20-01-2011, 00:00

Wycofywanie się z reformy emerytalnej to ryzykowny krok. Tym bardziej że do Europy zbliża się kolejne zamieszanie.

Redukcja drugiego filara jest jak strzał w stopę — mówi Christian Blaabjerg, główny strateg Saxo Banku

Wycofywanie się z reformy emerytalnej to ryzykowny krok. Tym bardziej że do Europy zbliża się kolejne zamieszanie.

Obcięcie składek do OFE psuje wizerunek Polski na rynkach finansowych. Decyzja rządu świadczy o tym, że Polska nie zamierza reformować finansów publicznych — uważa Christian Blaabjerg, główny strateg inwestycyjny Saxo Banku.

— Rynki widzą, że decyzja o obcięciu składek do OFE wynika jedynie z desperackiej potrzeby znalezienia dodatkowych pieniędzy w budżecie. Polska unika drogi, którą wybrało większość krajów Unii Europejskiej, czyli konsolidacji budżetowej przez strukturalne reformy. Woli doraźne łatanie budżetu i sztuczki księgowe —twierdzi Christian Blaabjerg.

Do własnej bramki

Analityk przekonuje, że oszczędności wynikające z redukcji drugiego filara są złudne. Im mniej obywatele odłożą dzisiaj w OFE, tym więcej państwo będzie musiało wydać na emerytury w przyszłości.

— To jest myślenie krótkowzorcowe. Na początku jest dobrze, ale potem robi się nieprzyjemnie. Rząd ogranicza na chwilę deficyt, ale robi to kosztem wyższego deficytu w przyszłości — wyjaśnia Christian Blaabjerg.

Jacek Rostowski, minister finansów, kilkakrotnie przekonywał, że inwestorzy pozytywnie odbierają zmiany w OFE, bo dzięki nim w bieżącym i przyszłym roku zobaczymy spadek potrzeb pożyczkowych państwa. Według stratega Saxo Banku, rynki nie są tak krótkowzroczne.

— Inwestorzy najbardziej cenią stabilność i przewidywalność otoczenia gospodarczego. Wycofywanie się z reformy emerytalnej nie pomaga w budowaniu wiarygodności Polski — mówi Christian Blaabjerg.

Dwie drogi

Według ekonomisty, problemy fiskalne w strefie euro też są żywe. Fala greckiego kryzysu nadal jest rozpędzona i Portugalia jeszcze w bieżącym kwartale będzie potrzebowała pomocy zewnętrznej.

— To niemal pewne. Prawdopodobnie nie uniknie tego też Hiszpania, a to będzie duży problem dla Europy. Ewentualny program pomocowy może wynosić nawet 1 bln EUR, czyli pięciokrotnie więcej niż łączne programy dla Grecji i Irlandii. Ale strefa euro nie ma wyboru, to zbyt duże państwo, żeby mogło upaść — przekonuje Christian Blaabjerg.

Co dzieje się, kiedy Hiszpania występuje o międzynarodową pomoc?

— Euro gwałtownie zaczyna tracić, kurs do dolara spada do 1,10-1,15 [z obecnych 1,35 –red.]. To samo dzieje się ze złotym i innymi walutami regionu, bo wobec rosnącej niepewności na rynkach kapitał odpływa z tej części świata — mówi strateg Saxo Banku.

Cena euro wobec złotego w tym scenariuszu rośnie do 4,15 zł (z obecnych 3,86 zł).

— Narodowy Bank Polski w kwietniu ubiegłego roku interweniował przy poziomie 4,20 zł za euro, więc raczej tego poziomu nie przekroczymy — mówi Christian Blaabjerg.

Ponadto spadają indeksy giełdowe, ale tu akurat zamieszanie jest przejściowe. Po kilku tygodniach sytuacja się uspokaja.

— Europejskie firmy mają silne podstawy i dużą poduszkę płynnościową — tłumaczy Christian Blaabjerg.

Gdyby jednak strefie euro udało się uniknąć niewypłacalności Hiszpanii, Polskę czeka napływ kapitału.

— Wtedy cena euro powinna spaść do 3,70 zł — prognozuje Christian Blaabjerg.

Powody są dwa. Po pierwsze, Polska zachowa wysoką dynamikę PKB. Saxo Bank prognozuje na 2011 r. "3,6 proc. lub więcej". Po drugie, stopy procentowe w Polsce właśnie zaczęły rosnąć.

— Pozytywne rozwiązanie sytuacji w strefie euro oznacza dla Polski silny napływ kapitału. Być może nawet zbyt silny, bo sprzyjający powstawaniu baniek spekulacyjnych — mówi Christian Blaabjerg.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane