To był rok zwycięstw i porażek

Jacek Kowalczyk
31-12-2009, 00:00

Gospodarka w 2009 r. pokazała, że potrafi wodzić ekonomistów i przedsiębiorców za nos.

Miał być wzrost PKB o niecałe 2 proc. i jest. A mimo to wszyscy są w szoku

Gospodarka w 2009 r. pokazała, że potrafi wodzić ekonomistów i przedsiębiorców za nos.

Już dawno grudniowe podsumowanie mijającego roku nie było tak trudne jak obecnie. To, co przed rokiem uznane byłoby za dramat, dziś niektórzy traktują jako sukces. Polska gospodarka ledwo się kręci, a mimo to pokazywana jest na świecie jako okaz zdrowia. Odpowiedź na pytanie, jaki był 2009 r., zostawiamy tym razem do indywidualnej oceny.

Z pocałowaniem ręki

"Krew, pot i łzy" — tak zatytułowany był materiał w "PB" sprzed roku dotyczący prognoz ekonomicznych na 2009 r. Scenariusz kreślony wtedy przez ankietowanych ekonomistów okazał się strzałem w dziesiątkę. Mediana prognoz wzrostu gospodarczego wynosiła 1,7 proc., a dziś już wiemy, że wzrost będzie wynosił około 1,6-1,8 proc. Ale z obecnej perspektywy taki wynik uważany jest raczej za sukces, niż mieszankę krwi, potu i łez.

— Jest źle i dobrze zarazem. Pod względem wzrostu gospodarczego to najgorszy rok od 2002 r. Jednak można bez trudu wyobrazić sobie o wiele gorszy przebieg tych 12 miesięcy — przyznaje Jakub Borowski, główny ekonomista Invest-Banku.

Powiedzmy uczciwie — sukces naszej ubiegłorocznej prognozy to w dużej mierze przypadek. Przed rokiem analitycy nie znali bowiem skali zniszczeń, jakie w światowej gospodarce spowoduje amerykański kryzys finansowy. Wydawało się, że tornado przez ocean nie przejdzie. Pod koniec roku najwięksi pesymiści obstawiali, że gospodarka strefy euro skurczy się maksymalnie o 1,5-2 proc. Nic z tego. Okazało się, że recesja w Eurolandzie jest ponaddwukrotnie większa. Ekonomiści zaczęli wątpić też w polską gospodarkę. Pod koniec zimy analitycy dzieli się na przewidujących wzrost gospodarczy i zapowiadających recesję. Niektórzy zapowiadali nawet spadek PKB o 2 proc. Dlatego prawie 2-procentowy wzrost to dziś świetny wynik.

— Weszliśmy w światową zawieruchę w dobrym stanie. Nie mieliśmy istotnej nierównowagi, która spowodowała poważne problemy wielu krajów, np. duże zadłużenie gospodarki krajów bałtyckich. Mieliśmy jedną bańkę spekulacyjną — na nieruchomościach — ale w porę uszło z niej powietrze i nie pękła — tłumaczy Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP, który przez cały kryzys miał jedne z najbardziej optymistycznych prognoz na rynku.

Analitycy nie dowartościowali też stabilności naszego rynku wewnętrznego.

— Byłem zaskoczony tym, jak dużą elastyczność wykazał nasz rynek pracy i jak przedsiębiorczy Polacy są zwalniani z pracy. Konsumpcja i rynek pracy to największe porażki prognostyczne ekonomistów w mijającym roku — przyznaje Jakub Borowski.

Kryzys paradoksów

Kiedy kraje bałtyckie kurczą się w tempie 15-20 proc., Czechy i Słowacja spadają o 5-8 proc., a Grecja i Węgry stają na granicy niewypłacalności, nasz wzrost gospodarczy budzi respekt na świecie. Polska jest krajem, o którym mówi się na międzynarodowych konferencjach ekonomicznych. O sile naszej gospodarki wypowiadały się tuzy światowych finansów, a do inwestowania u nas zachęcali znani inwestorzy. Politycy natomiast nie przegapili szansy, by ogrzać się przy blasku rosnącego PKB. Do historii przejdą konferencje prasowe premiera Donalda Tuska w siedzibie warszawskiej giełdy tuż po ogłoszeniu świetnych danych.

— Możemy sobie pogratulować, że przez wzburzone kryzysem morze przepłynęliśmy bezpiecznie — przekonywał premier Tusk.

Choć większość firm nie doczekało się rządowego wsparcia. Z gwarancji i poręczeń BGK — sztandarowego rozwiązania z rządowego pakietu antykryzysowego — do 8 grudnia skorzystało… sześć firm.

A.D. 2009 to też rok paradoksów. Chociaż eksport kurczy się o kilkanaście procent rocznie, to i tak — dzięki jeszcze głębszemu spadkowi importu — właśnie handel zagraniczny jest motorem gospodarki. Chociaż światowy kryzys finansowy najdobitniej ujawnił się w Polsce zdemolowaniem złotego, to właśnie słaby złoty w dużej mierze pozwolił nam utrzymać wzrost gospodarczy. Chociaż polskie firmy narzekały na gwałtowny spadek sprzedaży, to na warszawskim parkiecie panowała hossa, jakiej nie widzieliśmy nawet w czasie najmocniej rozgrzanej koniunktury. Od lutego WIG20 urósł o 80 proc.

— Na początku roku nikt nie spodziewał się takiego wystrzału cen akcji. Pomogła duża płynność pompowana w rynki przez banki centralne, ale też determinacja inwestorów w odrabianiu strat z poprzedniego roku. Zarobili jednak głównie inwestorzy doświadczeni i skłonni podejmować duże ryzyko. Przeciętny Kowalski do niedawna był przerażony i przegapił kilka miesięcy wysokich wzrostów — podsumowuje Marek Wołos, analityk TMS Brokers.

Skąd ten wzrost

W III kwartale 2009 r. tempo wzrostu gospodarczego wyniosło 1,7 proc. Ten wynik to głównie zasługa słabego złotego, który wyhamował import towarów do Polski, a poprawił konkurencyjność naszego eksportu. Gdyby nie to zjawisko (czyli gdyby eksport i import rosły w równym tempie), zamiast wzrostu gospodarczego mielibyśmy recesję ze spadkiem PKB o 1,3 proc. — szacuje Główny Urząd Statystyczny. Pomogła też rosnąca konsumpcja prywatna — gdyby nie jej wzrost, zamiast 1,7 proc. mielibyśmy 0,3 proc.

W dół pociągnęły natomiast gospodarkę zapasy — firmy wolały wyzbywać się zapasów z magazynów, niż zamawiać nowe towary. Gdyby nie to (czyli gdyby przedsiębiorstwa utrzymywały zapasy na stałym poziomie), mielibyśmy wzrost nie 1,7 proc., lecz 4,3 proc.

1. Firmy przetrwały zawieruchę…

Pogłębiająca się recesja w największych gospodarkach świata spowodowała załamanie w handlu międzynarodowym. Tej globalnej tendencji nie oparły się i polskie firmy. Pogłębiająca się recesja w Europie spowodowała gwałtowny spadek zamówień u polskich eksporterów. Liczona w EUR sprzedaż zagraniczna spadała w tempie sięgającym 30 proc. rocznie. Słaby złoty rekompensował straty eksporterom, ale pogrążał importerów — import spadał jeszcze szybciej.

Na szczęście w lepszej sytuacji byli producenci skupieni na rynku wewnętrznym. Konsumpcja okazała się stabilna, więc po przejściowych kłopotach z początku roku przemysł znowu wraca do formy.

— Podobnie jak dla całej gospodarki, dla wyników firm kryzys okazał się znacznie łagodniejszy, niż zapowiadało się na początku roku. Firmy szybko zareagowały na spadek popytu, więc utrzymała się pozytywna relacja przychodów do kosztów — komentuje Grzegorz Ogonek, ekonomista ING Banku Śląskiego.

2. …bo przemysłowi

pomógł słaby złoty…

To, co wydarzyło się w mijającym roku ze złotym, będzie opisywane w polskich podręcznikach ekonomii przez wiele lat. To dowód na to, jak potężną władzę nad zwykłymi ludźmi mają rynki finansowe. Złoty najpierw gwałtownie tracił na wartości, a później równie szybko odrabiał straty, by na koniec roku zamrzeć w bezruchu.

— Rynki finansowe na przełomie 2008 i 2009 r. mocno przestraszyły się ryzykownych aktywów. Inwestorzy uciekali Polski i lokowali kapitał w amerykańskich papierach uważanych za bezpieczniejsze. W pewnym momencie złoty taniał najszybciej ze wszystkich walut gospodarek wschodzących — mówi Maja Goettig, główna ekonomistka Banku BPH.

Na szczęście panika po kilku miesiącach wygasła. Inwestorzy zaczęli uważniej rozglądać się po świecie i patrzeć, które kraje dobrze rokują, a Polska z dodatnim wzrostem gospodarczym okazała się łakomym kąskiem. Spekulujące na złotym instytucje finansowe odstraszyło też to, że do obrony naszej waluty przyłączył się Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Złoty w pięć miesięcy odrobił wszystko, co od początku roku stracił.

3. …oraz obniżone stopy procentowe…

Kolejny rok nie mieliśmy szczęścia do inflacji. Ekonomiści prognozowali, że będzie leciała w dół, a ona trzymała się na stosunkowo wysokim poziomie. W normalnych warunkach oznaczałoby to, że Rada Polityki Pieniężnej (RPP) będzie próbowała hamować ceny, utrzymując wysokie stopy procentowe. I tak pewnie by było, gdyby nie zawierucha w światowych finansach, a właściwie strategia, jaką przyjęły największe banki centralne świata, by z tym zamieszaniem walczyć. Żeby zwiększać płynność w bankach i ułatwiać dostęp gospodarki do kapitału, Fed, Europejski Bank Centralny, Bank Anglii i wiele innych banków w popłochu cięły stopy procentowe. Tą samą drogą po kilku miesiącach poszła RPP. Obcięła stopy o 2,5 pkt proc., do najniższego poziomu w historii naszej polityki monetarnej.

— Choć przez to inflacja utrzymywała się na podwyższonym poziomie, decyzja o luzowaniu polityki pieniężnej była słuszna. Niższy koszt pieniądza stabilizował gospodarkę — ocenia Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.

4. …a konsumenci zachowali dochody

Chociaż na początku roku ekonomiści prognozowali poważny wzrost bezrobocia (nawet do 17 proc.), nic takiego się nie wydarzyło. Rynek pracy okazał się zadziwiająco odporny na kryzys. Bezrobocie na koniec grudnia 2009 r. nie przekroczy prawdopodobnie nawet 12 proc., a z przeciętnej firmy przez rok ubyło zaledwie 2 proc. miejsc pracy. Okazuje się, że przedkryzysowe narzekania specjalistów na brak elastyczności polskiego zatrudnienia nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.

— Nawet jeśli bezrobocie jeszcze trochę wzrośnie, to i tak będzie niższe niż średnia z ostatnich kilkunastu lat. Nic dramatycznego się nie dzieje — mówi Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.

Wyhamowały jednak wynagrodzenia — po uwzględnieniu inflacji przeciętna pensja jest już niższa niż przed rokiem, co spowodowało, że konsumpcję w pierwszym półroczu 2009 r. dotknęła stagnacja. Na szczęście w drugiej połowie roku zaczęliśmy zapominać o kryzysie i znowu ruszyliśmy na zakupy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / To był rok zwycięstw i porażek