To mój dorobek, więc trudno się z nim rozstać

Andrzej Nierychło
opublikowano: 01-03-2006, 00:00

Łatwo było zauważyć, że nasz gość, uczestnik jednego z regionalnych spotkań Gazel Biznesu, jest daleki od radosnego nastroju, jaki zwykle udziela się przy takich okazjach. Jakiś problem? Skądże znowu, interes idzie nieźle. Wyniki wręcz wzorowe. W końcu na listę Gazel nie tak łatwo się dostać, poprzeczka ustawiona jest wysoko. Ale ta radość jakby przysypana pyłem, zepchnięta na drugi plan. Wreszcie, od słowa do słowa, pan G. wyjaśnia, co go gryzie. To dość typowa sytuacja, dlatego warto się przy niej na chwilę zatrzymać.

Swoją nieźle dziś prosperującą firmę, rodzaj dużej stolarni powiększonej o sklep, pan G. utworzył pod koniec lat osiemdziesiątych. Miał 40 lat i był pełen zapału. Rzucił marną urzędniczą posadę w zabałaganionej firmie branży drzewnej przemysłu terenowego (było za komuny takie pojęcie). Miał poczucie, że lepiej poradzi sobie sam, że dobrze zna rynek. Miał pomysły na kilka produktów, budynek na działce po teściach. Pociągnął za sobą kilku lepszych pracowników. Pierwsze regały i stojaki wykonali prywatnymi narzędziami. Po miesiącach i latach pojawiły się zalążki kapitału, używane maszyny zastąpiono nowymi. Pojawiły się fachowe projekty i elementy myślenia marketingowego. Wszystko skrojone akurat, na średnią, powiatową miarę. Pan G. postępował rozsądnie, dbał, by nie zostać z tyłu, ale też nie udawał potentata.

Przy tym miał szczęście. Nie doznał większych trudności, zręcznie omijał rafy. W dobrze wybranych momentach wprowadzał nowe produkty, dbał o ich jakość. Radził sobie z kontrahentami, w banku i urzędzie skarbowym. Dzisiaj zatrudnia przy produkcji i w handlu prawie 50 osób. Ma stabilną sytuację, jest w swoim mieście znany i szanowany.

I tu kończy się przesłodzona laurka. Pan G. ma poczucie, że wpadł w pułapkę. Ma prawie 60 lat. Firma wymaga, by poświęcał jej coraz więcej czasu. Wskazane byłyby spory zastrzyk inwestycyjny, nowa generacja maszyn i produktów. Pan G. wie, co i jak trzeba załatwić. Ale wie też, że taka operacja rozwojowa pochłonie go na kilka lat, może nawet na dziesięć. Może da jeszcze radę. Ale co dalej? Jedyna córka państwa G. nie była zupełnie zainteresowana biznesem. Wyjechała studiować medycynę, dzisiaj jest lekarką w innym mieście. O przejęciu firmy nie chce nawet słyszeć.

Każdego dnia pan G. budzi się z ciężkim sercem. Może, oczywiście, firmę sprzedać. Będzie z tego ładna, wielocyfrowa sumka i dostatek do końca życia. Ale ciężko byłoby przechodzić ulicą koło tego miejsca, nie wiedząc, co dzieje się za murem.

Teoretyk łatwo wymieni możliwości, jakie ma pan G. Może wynająć zarządcę, poszukać aliansu z pokrewną firmą. Po osiągnięciu pewnego rozmiaru biznesu, można szukać wyjścia przez giełdę. Ale w każdym razie trzeba pewnego dnia się pożegnać, a do tego pan G. najwyraźniej nie jest mentalnie przygotowany.

Takie problemy nie były w Polsce znane przez kilkadziesiąt lat „uspołecznionej” gospodarki. Nie wydawały się też ważne 15 czy 10 lat temu, gdy powstawały zręby warunków rynkowych. Ale teraz się pojawiają i będą narastać, i trzeba będzie załatwić to, co inne społeczeństwa zrobiły 150 lat temu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Nierychło

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Firmy / To mój dorobek, więc trudno się z nim rozstać