To prezydent nie mój - ale nas wszystkich

Jacek Zalewski
25-10-2005, 00:00

Nie popełnimy wielkiego błędu, zakładając, że w niedzielę o godz. 20.30 znakomita większość czytelników „PB” siarczyście zaklęła. Wszak środowiska biznesowe preferowały Donalda Tuska, i to nie na przykład 52:48, lecz 86:14. Poniedziałek jednak przyniósł otrzeźwienie. Powyborcze tąpnięcie złotego i obligacji zauważalne było tylko z samego rana. Zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego najbardziej nie może sobie darować młodzież, co widać w internecie, a czego nie warto cytować.

Cóż, każde pokolenie musi przeżyć własnego powyborczego kaca. W dziejach III RP naprawdę zdarzyły się już znacznie głębsze — po wyeliminowaniu Tadeusza Mazowieckiego przez Stana Tymińskiego w roku 1990 albo po triumfalnym powrocie partii PRL-owskich do władzy w roku 1993, czego przyczyną było nałożenie się głupoty prawicy na przepisy ordynacji wyborczej.

U mnie po staremu — skoro przez ostatnie 15 lat nie miałem „swojego” prezydenta RP, czyli takiego, na którego głosowałem, to jakoś wytrzymam 5 kolejnych. Więcej, od momentu złożenia przez Lecha Kaczyńskiego przysięgi będę go szanował jako głowę państwa — tak samo jak poprzedników —zachowując stosunek „krytycznej życzliwości”. To chyba najlepsza propozycja dla milionów innych zawiedzionych.

Odrębną kwestią jest klęska ośrodków badania opinii, które jeszcze na 48 godzin przed głosowaniem wieściły wyraźną przewagę Donalda Tuska. Zdawaliśmy sobie sprawę z pewnego skażenia sondaży „syndromem inteligenckości”, ale nie do tego stopnia!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / To prezydent nie mój - ale nas wszystkich