To są pomysły nierealizowalne

JACEK ZALEWSKI
30-11-2011, 00:00

UNIA EUROPEJSKA

Poniedziałkowy wykład ministra Radosława Sikorskiego w Berlinie wywołał w Polsce opozycyjną burzę polityczną, której absolutnie nie był wart. To zwyczajna wypowiedź publicystyczna, chociaż jej rangę rzecz jasna podwyższyła osoba autora. Mnie najbardziej zainteresowały przemyślenia szefa polskiej dyplomacji na temat struktury zarządzania Unią Europejską, która powinna nadążać za jakże ważnym wzmacnianiem zarządzania gospodarczego.

Eurokrację mogła zszokować idea połączenia stanowisk przewodniczącego Komisji Europejskiej oraz przewodniczącego Rady Europejskiej. W obecnej strukturze kierujący komisarzami Jose Manuel Barroso jest odpowiednikiem premiera, umocowany zaś przez traktat z Lizbony od dwóch lat Herman Van Rompuy prowadzi szczyty szefów państw i rządów, czyli obrady kolegialnej głowy wspólnoty. Van Rompuya w żadnym wypadku nie można traktować jako prezydenta UE, punktem odniesienia dla jego stanowiska może być raczej… PRL-owski przewodniczący Rady Państwa. Konsekwencją idei połączenia stanowisk jest propagowanie przez Radosława Sikorskiego powszechnych wyborów silnego prezydenta UE, czyli skopiowanie ustroju Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Skupienie władzy wykonawczej w jednym ręku byłoby radykalną zmianą unijnego ustroju. Dzisiaj jego równowaga opiera się na dwóch filarach, zabetonowanych po obu stronach brukselskiego ronda Roberta Schumana. Mieszcząca się w gmachu Justus Lipsius rada symbolizuje podmiotowość i suwerenność państw członkowskich, to tam w ogromnym patio dumnie rozłożony został nasz dywan prezydencji. Wchodząc natomiast do komisyjnego gmachu Berlaymont, należy z definicji zostawić narodowość na portierni i podporządkować unijnym gwiazdkom. O wysadzeniu któregoś z tych filarów nie ma mowy. Notabene rada pozazdrościła komisji rozrastania się lśniących budynków kolejnych dyrekcji generalnych i właśnie wznosi drugie swoje gmaszysko, bijące po oczach komisarzy i podległy im wielotysięczny aparat. Narastająca rywalizacja wokół ronda wróży, że postulowane przez Sikorskiego i nawet już zapisane w traktacie z Lizbony zmniejszenie liczby komisarzy okaże się jednak utopią.

Podobnie jak idea jednej siedziby Parlamentu Europejskiego, jak rozumiem – tylko w Brukseli. Od lat marzą o tym wszyscy europosłowie, z wyjątkiem francuskich. Raz w miesiącu absurdalna karawana kilku tysięcy ludzi (posłowie, komisarze, asystenci, urzędnicy, tłumacze etc.) ciągnie na cztery dni do równie pięknego jak wyklętego Strasburga. Gdy 7 sierpnia 2008 r. w kulistej sali plenarnej urwało się tam 200 mkw. podsufitki i 10 ton betonu spadło na 50 foteli deputowanych — dwie jesienne sesje z konieczności odbyły się w Brukseli, a europosłowie skakali z radości. Niestety, ta oficjalnie kosztująca rocznie ćwierć miliarda, a naprawdę ponoć miliard euro, paranoja została przez Francuzów sprytnie wstawiona do traktatu. Parlamentu w Strasburgu nie odpuszczą oni nigdy, prędzej już rozleci się Unia. A wszystko to razem prowadzi do generalnego wniosku, sformułowanego w tytule.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / To są pomysły nierealizowalne