Tybet i Mongolia Adama Rudowskiego

WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK
30-08-2017, 22:00

Chciał jechać do Mongolii. A żona do Tybetu. A że mieli jechać swoim samochodem wyprawowym, zawarli kompromis. Pojechał z żoną do Tybetu, a żona z nim do Mongolii.

Wyruszyliśmy w czerwcu 2015 r. Wyzwania zaczęły się już na początku, gdy okazało się, że chińskiej granicy nie może przekroczyć zagraniczny pojazd. Znaleźliśmy jednak tybetańską agencję, która zobowiązała się, że załatwi dokumenty niezbędne do wjazdu naszym autem do Chin. Oznaczało to zdobycie zezwoleń z siedmiu ministerstw i trwało bez mała trzy miesiące.

Dostaliśmy pozwolenie wjazdu pod warunkiem, że tuż za granicą zdobędziemy chińskie prawo jazdy i tablice rejestracyjne. Po dziesięciu dniach podróży przez Rosję, Kazachstan, Kirgizję dotarliśmy do przejścia granicznego w Torugarcie na wysokości 3700 m n.p.m. Tę granicę rzadko ktoś przekracza, więc nikt tam na stałe nie pracuje. Po pięciu godzinach pojawił się czerwony samochodzik, wyskoczył z niego kierowca i zapytał, jak mam na imię. Gdy odpowiedziałem, wyjął z kieszeni kluczyk, otworzył potężną bramę i zawołał: „Witamy w Chinach!”.

Na drogach. Obyczaje w chińskim ruchu drogowym są nieco inne niż w Europie. Przy każdej kolizji w Tybecie bez względu na to, kto jest winny, strona mniej poszkodowana musi zapłacić bardziej poszkodowanej za uszczerbek na zdrowiu lub pokryć koszty pobytu w szpitalu. Zdawanie na chińskie prawo jazdy było łatwe — sprowadziło się do wysłuchania około dziesięciu stron zasad ruchu drogowego (po angielsku). Później trzeba było zrobić przegląd samochodu. Największe zdziwienie na stacji budził działający hamulec ręczny. Wręcz nam tego gratulowano...

Ludzie płaskowyżu. W Tybecie można odczuć duchowość połączoną z radością codziennego życia. Tybetańczycy są otwarci i życzliwi. W buddyjskich klasztorach medytuje się już od ponad tysiąca lat, ale mnisi są ciekawi innych i gotowi na nowe znajomości. Budują atmosferę radości, która wynika nie z formy czy obrzędu, ale z ich przepełnionego empatią wnętrza. Tybetański buddyzm (lamaizm) ma wiele świętych miejsc, m.in. Mount Kailash, gdzie przybywają wierni z wielu krajów, by odbyć obrzęd Kory, polegający na obchodzeniu świętego miejsca zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Kręcą wówczas młynkami modlitewnymi, które wydają charakterystyczny dźwięk. Tybetański dom jest bardzo kolorowy, a każdy element ma określone znaczenie. Słupy podtrzymujące dach są symbolem mężczyzny. Krokwie pod deski dachowe symbolizują kobiety, natomiast deski, które chronią przed słońcem i zimnem, oznaczają dzieci (które kiedyś zaopiekują się rodzicami). W każdym domu jest święte miejsce z wizerunkami i statuetkami Buddy. W wielu domach nie ma elektryczności ani bieżącej wody. Ale coraz częściej pojawiają się proste solary, ładujące akumulatory, które wieczorem zasilają żarówki. Użyteczne są metalowe soczewki z zakrzywionej blachy, używane do gotowania wody w czajnikach dzięki skupieniu promieni słonecznych. Na wysokości pięciu tysięcy metrów takie gotowanie nie trwa długo. Tybetańczycy zawsze czymś częstują gości, najczęściej herbatą z dodatkiem mleka, soli i masła. Jej wypicie to dla Europejczyka spore przeżycie. Ale napój oczywiście jest kaloryczny i dostarcza dużo energii. Mieszkańcy płaskowyżu żyją w zgodzie z naturą. Czują się jej elementem i w pełni się jej podporządkowują. W ich przekonaniu im wyżej coś rośnie, żyje, tym bardziej jest czyste i lepiej nadaje się do spożycia. Stronią od przetworzonej żywności. Są przekonani, że góry chronią ich przed chorobami. Fizyczna czystość to dla Tybetańczyków wynik czystości pokarmu i ducha. Nie przywiązują znaczenia do dóbr osobistych. Nie wydobywają złóż naturalnych, w tym drogocennych kruszców i złota, które znajduje się w górskich rzekach (mają specjalne służby chroniące złotodajne rzeki przed turystami). Poza tzw. Tibet Highway nie widuje się w Tybecie asfaltowych dróg. Do budowy domów używa się kamieni i glinianych cegieł. Do ogrzewania pomieszczeń służy suszone łajno jaków, którym wcześniej wykleja się zewnętrzne ściany domów, żeby wyschło na słońcu. Kiedyś dostaliśmy pokój z ogrzewaniem. Polegało to na tym, że materac leżał na metalowej płycie rozłożonej na kilku cegłach, a pod nią było palenisko na brykiety z odchodów jaka. Tybetańczycy, jeżeli nie dotyczy to ich działalności zarobkowej, nigdy nie wezmą pieniędzy za pomoc, jedzenie czy nocleg.

Tradycja i obyczaje. Płaskowyż Tybetański jest pełen zachwycających kolorowych krajobrazów — stalowych gór, zielonych łąk, na wskroś błękitnych jezior, mieniących się wszystkimi odcieniami brązu pagórków i oszałamiająco niebieskiego nieba. Większość przyjezdnych ląduje w Lhasie we wschodnim Tybecie. Natomiast naprawdę interesujący jest, moim zdaniem, rejon zachodni. Nie ma tam turystów, a kultura tybetańska jest lepiej zachowana, nie uległa wpływom cywilizacji, komercjalizacji. Znaleźliśmy tam największe atrakcje, m.in. ponadtysiącletnie klasztory, w których wciąż nie ma elektryczności, a kartki ksiąg odciska się z drewnianych, rzeźbionych desek. W Tybecie popularna jest poliandria, czyli małżeństwo kobiety z kilkoma mężczyznami, np. braćmi. Przyczyny tego tkwią w historii, strukturze społecznej i warunkach życia. Teorii jest wiele, m.in. że zakładanie takich małżeństw miało prowadzić do lepszego wykorzystania ziemi rolnej i zapobiec głodowi, bo nie rozpraszano i tak niewielkich zasobów ziemi uprawianej od pokoleń przez rodzinę. Poza tym gwarantowało lepsze zabezpieczenie rodziny w razie śmierci któregoś z mężów. Byliśmy w kilku takich domach, gdzie kobieta zajmuje się dziećmi, a mężczyźni podzielili się różnymi rolami. Równie zakorzeniona jest tradycja wyboru męża przez rodziców. Narzeczona poznaje go (ale już nie jego braci) w czasie spotkania rodzin i ostatecznie decyduje, czy chce za niego wyjść. W Tybecie praktykuje się też unikalny sposób pochówku, tzw. pogrzeb powietrzny (niebiański). Polega on na tym, że po kilkudniowychobrzędach religijnych nagie ciało zmarłego zanosi się w odosobnione miejsce, nacina i zostawia na żer drapieżnikom. Na tej wysokości głównie ptakom. Według buddyzmu, ciało ludzkie jest tylko naczyniem mieszczącym tzw. ciało subtelne. Zwraca się je naturze przez nakarmienie zwierząt. Na taką formę pożegnania się ze zmarłymi wpłynęły również warunki geograficzne — skalisty grunt, w którym trudno wykopać grób, i brak opału, by zwłoki spalić. Oczywiście kolejne rządy zakazywały pogrzebów powietrznych, ale odbywają się do dzisiaj. Inny, może już nie tak stary zwyczaj to trzymanie krów w domu, gdzie pełnią zupełnie inne funkcje niż u nas. Ogrzewają pomieszczenia, ostrzegają przed trzęsieniem ziemi i wreszcie zawiadamiają o śmierci domownika.

Droga na Everest. Dużym przeżyciem było dla nas wjechanie do Everest Base Camp (EBC). Jechaliśmy drogą zachodnią (są dwie), właściwie bezdrożem. Od Old Tingri (4400 m n.p.m.) do EBC (5200 m n.p.m. ) jest około stu kilometrów. Rano widać po drodze wielu Tybetańczyków z plecakami. Przechodzą przez przełęcz pod szczytem do Nepalu na zakupy. To ponoć jedyne miejsce, gdzie nie pilnuje się granicy. Dla nas, ludzi Zachodu, wejście na Everest to wciąż duży wyczyn, poprzedzany wielomiesięcznymi przygotowaniami. Tybetańczycy przechodzą regularnie na drugą stronę granicy, niosąc zakupy. Szczyt rzadko pokazuje swój majestat, ale mieliśmy szczęście — trafiliśmy na piękną pogodę i znakomitą widoczność.

Na pustynię! Po niemal 10 tys. km przejechanych przez Tybet i resztę Chin dojechaliśmy do granicy chińsko-mongolskiej w Erenhot. Po stronie chińskiej zastaliśmy rozbudowaną infrastrukturę, po mongolskiej nie było żywego ducha. Dwukrotnie zawracaliśmy, wreszcie znaleźliśmy małą budkę, gdzie szczęśliwi dostaliśmy pieczęć przekroczenia granicy — okazała się potem kluczowa przy opuszczaniu kraju i wjeździe do Rosji. Po dwóch kilometrach skończył się asfalt i zobaczyliśmy go dopiero po czterech tygodniach i pokonaniu prawie 5 tys. km, tuż przed Ułan Bator. Mongolię można przejechać po prostu na przełaj. Maksymalne odległości między stacjami benzynowymi (a właściwie dystrybutorami) to około 500 km. Ale ze względu na trudy jazdy po bezdrożach tę odległość pokonuje się w trzy, cztery, a nawet pięć dni. Poza Ułan Bator jest tam 25 miast. 16 to stolice tzw. ajmaków, czyli odpowiedników naszych województw. Poza miastami obsługa dojeżdża zwykle do stacji paliwowych dwa, trzy razy w tygodniu. A z braku elektryczności wiele dystrybutorów działa po prostu na korbkę. Podróż po Mongolii to bardziej stan umysłu niż zwykła wyprawa. Zupełny brak ludzi, cywilizacji, ogromna przestrzeń i metafizyczny spokój powodują, że odczuwa się emocje, jakich nigdy wcześniej się nie doświadczało albo przeżywało je w dzieciństwie, ale już dawno zapomniało. Podróż po pustyni Gobi i stepach Mongolii to podróż w głąb siebie.

Jurta — zasady współżycia. Nie wolno stawać w progu jurty, a wewnątrz zawsze trzeba się poruszać zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jurty mają sekcje damską i męską. Mają też miejsce modlitwy — naprzeciw drzwi. Mongołowie na stepie żyją bez podziałów — nie ma prywatności. W zimie przy temperaturach do minus 50 stopni przebywają główniew jurtach. Wieloosobowa rodzina spędza kilka miesięcy w jednym pomieszczeniu... Dowodzi to niezwykłej organizacji i dyscypliny codziennego współżycia. Ludzie są bardzo gościnni. A ponieważ w tej ciszy słychać samochód z odległości nawet kilkunastu kilometrów, nie można ich zaskoczyć. Zawsze, kiedy dojeżdżaliśmy, już stali przed jurtami, drzwi były otwarte i zapraszali do środka. Gościli nas herbatą podobną do tybetańskiej, czasem z kawałkami mięsa, mleko tym razem nie było jaka, tylko wielbłąda albo klaczy. Starsi znają rosyjski, więc można się z nimi w tym języku swobodnie komunikować. Mongołowie kochają wolność — jej symbolami są przestrzeń i koń. Hodują bydło i polują. Głównym składnikiem diety jest mięso, które suszą na zimę. Oczywiście przemieszczają się. Koczują. I są samowystarczalni... Po kilkunastu dniach jazdy i posiłków z liofilizatów zapragnęliśmy normalnego jedzenia. Wjechaliśmy do miasta i zobaczyliśmy w przeszklonym domu ludzi jedzących przy stole. Sądziliśmy, że to restauracja, więc weszliśmy i się przysiedliśmy. Podano nam zupę, drugie danie. Gdy chcieliśmy zapłacić, odmówiono. Okazało się, że to prywatny dom. Taki jest charakter Mongołów. Ich gościnność jest dla Europejczyka zadziwiająca.

Natura przestrzeni. Przejazd przez pustynię Gobi jest niezwykłym przeżyciem. Nieskażona cywilizacją dzika przestrzeń, gdzie trzeba sobie poradzić z terenem, pustynnymi warunkami, szukaniem wody. Mieliśmy mapę studni, ale zdarzało się, że gdy podjeżdżaliśmy, Mongołowie prosili, żeby nie brać wody, bo zabraknie jej dla nich. Na stepie można spotkać mnóstwo stad dzikich koni. Już pierwszego dnia podchodziły i przyglądały się nam z zaciekawieniem. Jest też dużo innych zwierząt — wielbłądy, orły, świstaki, jaki (mutacje inne niż w Tybecie). Często, kiedy się zatrzymywaliśmy, Mongołowie podjeżdżali do nas konno i obserwowali, jak wygląda nasze życie. Nie potrzebowali rozmowy, chcieli wyłącznie towarzystwa. Mongolia to kraj pięciokrotnie większy od Polski, ale ma 2,6 mln mieszkańców, z czego 1,7 mln w Ułan Bator. Łatwo sobie wyobrazić, jak rzadko spotyka się ludzi w stepie i jak Mongołowie cenią kontakt z drugim człowiekiem.

Można spotkać Mongołów jeżdżących na koniach w drewnianych siodłach, w tradycyjnych kolorowych delach przepasanych szarfami, wysokich butach gutuł i zdobionych czapkach. Śpiewają charakterystyczne gardłowe pieśni. Można jeszcze zobaczyć sposób ich życia i obyczaje sprzed wieków. Im bardziej na południe, tym bliżej tradycji i historii. Buddyzm połączył się tam z szamanizmem, szczególnie kultem ognia i zmarłych. Wciąż widać kopczyki owo — miejsca składania ofiar i obrzędu Kory, budowane z kamieni, a ozdabiane wszystkim, co można znaleźć w okolicy. Na koniec odwiedziliśmy Ułan Bator — stolicę Mongolii.

To chyba najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie. Widoczność często jest ograniczona do kilkudziesięciu metrów. Jest tam też bardzo duże bezrobocie. Wokół miasta osiedlają się w jurtach ci, którzy postanowili porzucić życie koczowników. Tworzą ogromne koncentryczne przedmieście. Tu już, niestety, upada obyczaj życia bez podziałów — pojawiają się płoty, ogrodzenia. Zmienia się podejście do życia na bliższe zachodniej kulturze. Czy lepsze? Trudno jednoznacznie powiedzieć. &

Adam Rudowski

Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. W 1991 r. z braćmi Robertem i Rafałem założył firmę Veracomp, w której jest prezesem. Grupa kapitałowa Veracomp zajmuje się dystrybucją rozwiązań teleinformatycznych w 17 krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Na zdjęciu z żoną.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Tybet i Mongolia Adama Rudowskiego