Tygrys się czai do wielkiego skoku

Karol Jedliński
opublikowano: 24-01-2008, 00:00

Duże, smaczne, tanie. Z apetytem na więcej. Da Grasso, największa sieć pizzerii w Polsce, chce się stać narodową marką.

Wymuskane biura, białe kołnierzyki, agencje public relations, konferencje, reklamy, miliony od inwestorów. Tak nierzadko działają zagraniczne kompanie podbijające polski rynek restauracyjny. W ostatnich latach na celownik wzięły m.in. pizzę. Powrót na nasz rynek ogłosił ostatnio gigant Domino’s Pizza. Szuka franczyzobiorcy, bo tak się teraz prowadzi ten biznes. W Polsce działa już amerykański potentat Papa John’s Pizza. Licencję wykupił Daniel Pawłowski, którego ojciec Bogdan buduje za 400 mln zł największe na Podkarpaciu centrum handlowe.

Robi się ciasno. Jest przecież także Pizza Hut z 50 restauracjami, Telepizza ma ich dwa razy więcej. Do tego rosnąca w siłę — niegdyś tylko warszawska — marka Dominium Pizza. Jest także kolejny gracz. Duży, a wciąż znany nielicznym. Szaraczek z prowincji czy przyczajony tygrys?

— Dopiero od listopada jesteśmy spółką z o.o. Zmieniliśmy formę organizacyjną, stworzyliśmy struktury marketingowe. Dziennie na pizzę przychodzi do nas tylu ludzi, ilu mieszkańców liczy Zakopane — zaznacza Wojciech Roman, szef marketingu w Da Grasso.

Gwoli ścisłości: stolicę Tatr zamieszkuje prawie 28 tys. osób.

Chwyć, nie uciekaj

Aleksandrów Łódzki, środek Polski. Gdzieś na końcu bocznej ulicy stoi niepozorny dom. Mieści się w nim siedziba największej sieci pizzerii w Polsce. Właśnie otworzył się lokal numer 141, w Białymstoku. W tym roku dojdzie 30-40 kolejnych, w tym w Londynie czy we Lwowie.

Restauracje Pizzy Hut czy Telepizzy przynoszą więcej przychodów niż liczniejsze lokale Da Grasso. Te ostatnie są zwykle mniejsze, mają niższe ceny. Jeśli chodzi o ofertę pizzy, Da Grasso jest numerem jeden. Można wybierać wśród 75 jej rodzajów.

— Co rusz zgłaszają się do nas nowi franczyzobiorcy. A sekret tego tkwi nie tylko w cieście — przekonuje Jacek Kubik, dyrektor generalny Da Grasso.

Człowiek z ulicy, choćby z pieniędzmi, Pizzy Hut nie otworzy, bo AmRest nie dzieli się prawami licencyjnymi w Polsce. A wejście na przykład do Telepizzy kosztuje więcej niż do Da Grasso.

— Nie stosujemy strategii „grab and run”, czyli chwyć i uciekaj. Ograniczamy swoją „chciwość”. Działamy odwrotnie niż konkurencja — przekonuje Wojciech Roman.

Na dostosowanie lokalu potrzeba 150 tys. zł. Opłata jednorazowa wynosi 10 tys. zł, dwa miesiące po uruchomieniu pizzerii zaczyna się wpłacać 1,1 tys. zł. No i kilkaset zł miesięcznie na ruszający właśnie fundusz marketingowy. W zamian otrzymuje się całą wiedzę i wsparcie, jaką daje franczyza.

Na spacerze i giełdzie

Dotychczas jedynie dwie osoby zakończyły współpracę z Da Grasso, ale lokale po nich przejęli inni i świetnie sobie radzą. Stosunki wewnątrz grupy są całkiem rodzinne, bo tak przez ponad 10 lat działało Da Grasso.

— Właściwie to nie wiem — odpowiada najpierw Karolina Rozwandowicz, pytana, dlaczego 10 lat temu wraz z matką otworzyła w Łodzi właśnie pizzerię.

Po chwili klocki układają się w całość:

— Trafił się lokal gastronomiczny, na Piotrkowskiej. A do tego był człowiek umiejący robić pizzę. No to co miałam zrobić?

Konkurencja nie istniała, miejsce nie najgorsze, choć w bramie. Początkowo na pizzę trzeba było czekać nawet parę godzin. Klienci, w swej masie, byli równie głodni, co cierpliwi.

— Zamawiali, szli na spacer i wracając odbierali placki — wspomina Karolina Rozwandowicz.

Receptury na ciasto nie poda, ale przekonuje, że w nim rzeczywiście coś jest. W dużym gronie znajomych, metodą prób i błędów, stworzyli placek, ich zdaniem, idealny. A smakiem szybko zarażali się klienci i przyjaciele otwierający Da Grasso, jak Polska długa i szeroka. Teraz pora na markę.

— Byli tacy, którzy chcieli otworzyć własne lokale, wykorzystując nasz sposób przyrządzania pizzy. Nie udało się, zabrakło ducha Da Grasso — uważa dyrektor generalny spółki.

W Warszawie jest reprezentacyjny, nowoczesny i elegancki lokal Da Grasso z szerokim menu, a wraz z nim 18 innych, ale nie wzbudza on sensacji. Placki tej marki dominują raczej w mniejszych miejscowościach, gdzie Da Grasso nierzadko jest pierwszym poważnym graczem.

— Na razie ludzie są przekonani, że największą siecią jest Pizza Hut albo Telepizza. Jak wyrównamy z nimi fundusze reklamowe, to się zacznie. Teraz działamy systemowo, profesjonalnie, w dalszej perspektywie myślimy o giełdzie, szukamy nisz, rozwijamy menu — podkreśla Jacek Kubik.

Teksas w Zgierzu

Pod tym kątem czasy rodzinnego biznesu się skończyły. A po firmie kręci się syn współwłaścicielki Da Grasso. Karolina Rozwandowicz wprowadza do firmy luźniejszą atmosferę. Równoważy menedżerów, których zatrudniła. Przyznaje się do lenistwa.

— Jest taka teoria, że ci, którzy nie chcą dużo pracować, pracują dużo, by ten stan osiągnąć — tłumaczy.

Klienci łapią ten haczyk. W końcu przynętą jest największa pizza wśród sieciowych lokali, przy porównywalnej cenie. Jedziemy ją sprawdzić do osiedlowej pizzerii w nieodległym od Aleksandrowa Zgierzu. Pierwsze wrażenie: to nie jest restauracja, tu raczej przychodzi się zjeść, a nie pokazać. Piec elektryczny, jak to w sieciach, wersji opalanych drewnem tu nie spotkasz. Ceny: od 12 do 32 zł za wielki placek. Jemy w rytm głośnej muzyki, otoczeni wyrazistymi kolorami, znakiem firmowym wnętrz Da Grasso. Smak? Bez sensacji, ale też bez zgrzytów. W sam raz, żeby zapić pepsi i ruszyć w drogę. Raczej nie na zażarte dyskusje z forów internetowych, gdzie z jednej strony o Da Grasso można przeczytać „pychaaa”, a z drugiej „nigdy więcej”. Ot, gusta.

— Każdemu smakowi nie dogodzimy. Ważne, żeby smakowało większości — uważa Jacek Kubik.

Decydują czasem niuanse. Nawet sposób krojenia warzyw ma znaczenie. Dyrektor generalny poleca pizzę Mafiosso, Karolina Rozwandowicz odmianę z owocami morza. I tak, zajadając się, chcą z Da Grasso uczynić narodową markę pizzy. n

Królewskie danie

Królewskie danie

Włosi nie stworzyli światowej sieci pizzerii. Jednak pierwsza współczesna pizza powstała właśnie na Półwyspie Apenińskim. W 1889 r. Neapol odwiedziła królowa Włoch Małgorzata Sabaudzka, czyli Margherita. Tamtejszy piekarz przyrządził dla niej specjalną pizzę z pomidorami, mozzarellą i bazylią, reprezentującymi narodowe barwy Włoch.

Tom wraca, John nadchodz

Dwóch amerykańskich graczy, zamierzających w tym roku podawać swoją pizzę Polakom, to nie byle kto. Domino’s Pizza robi drugie podejście. Tym razem powinno pójść lepiej niż kilka lat temu. Na razie jest drugą największą siecią pizzerii w Stanach Zjednoczonych. Na całym świecie ma 8 tys. restauracji w 54 krajach. Jej założyciel Tom Monaghan, otwierając pierwszą pizzerię pół wieku temu, nie przypuszczał, że odejdzie na emeryturę jako miliarder. Wcześniej zdążył wymyślić torby podgrzewające placki podczas transportu. John Schnatter, czyli Papa John, jest młodszy. W 1984 r., po studiach, sprzedał swój samochód i otworzył przydrożny lokal. Dziś takowych jest ponad 2 tys., m.in. w Chinach.

Karol Jedliński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane