Ukryć skarby przed Niemcami!

Marcin Dobrowolski
16-01-2017, 16:58

Historia determinacji i odwagi polskich muzealników we wrześniu 1939 roku to gotowy scenariusz serialu sensacyjnego. Nie bez przesady można powiedzieć, że bez ich uporu i sprytu w gorących dniach inwazji niemieckiej, dziś na Wawelu oglądać moglibyśmy jedynie gołe ściany.

Niemcy byli znakomicie przygotowani do rozpoczęcia wojny z Polską. Oprócz preparacji czysto militarnych, w ciągu miesięcy poprzedzających wybuch konfliktu skrupulatnie tworzono listy przedstawicieli inteligencji przeznaczonych do natychmiastowego zamordowania oraz dzieł sztuki do zrabowania. To wszystko, razem z niszczącym walcem machiny wojennej, miało przypieczętować los podbijanego kraju na zawsze wymazując go z pamięci świata.

Arrasy w Sali Senatorskiej na Wawelu
Zobacz więcej

Arrasy w Sali Senatorskiej na Wawelu

Polscy muzealnicy i archiwiście zdawali sobie sprawę z ponadnormatywnego zainteresowania niemieckich historyków sztuki polskimi zbiorami. Nie byli w stanie z powodów finansowych i logistycznych zabezpieczyć bądź ukryć wszystkich dzieł znajdujących się w polskich rękach, dlatego jak najwięcej uwagi poświęcili tym najcenniejszym, najmocniej związanym z tożsamością narodową i państwową. 

Jednym z najważniejszych zbiorów był skarbiec wawelski, obejmujący regalia, miecz koronacyjny królów polskich, najcenniejszą na świcie kolekcję arrasów, zbroje, chorągwie, biżuterię i inne cenne pamiątki. Przygotowane dosłownie w przededniu wojny do spakowania, zajęły ostatecznie 21 wielkich skrzyń i 8 rulonów.

Już pierwszego września stało się jasne, że najcenniejszą kolekcję należy ewakuować ze względu na szybki postęp wojsk niemieckich. Niestety, na skutek paraliżu i dezorganizacji aparatu państwowego, kontakt z naczelnym dowództwem został zerwany i wcześniejsze plany ukrycia skarbu na kresach stały się nieaktualne. W tej nadzwyczajnej sytuacji powstał nieformalny komitet ochrony skarbu, który utworzyli: dr Stanisław Świerz-Zaleski – kustosz zbiorów wawelskich, Adolf Szyszko-Bohusz – kierownik renowacji zamku i dr Stanisław Taszakowki – kierownik administracji Wawelu. Później dołączyli do nich jeszcze Józef Krzywda-Polkowski – architekt ze służby odnowienia zamku oraz Bogdan Treter – konserwator wojewódzki. W naturalny sposób zwrócili się oni do wojewody o użyczenie kolumny samochodowej. Ten jednak odmówił tłumacząc się koniecznością ewakuacji swojego urzędu...

W sytuacji zagrożenia zniszczeniem narodowego skarbu i obojętności władz cywilnych, na pomoc historykom przyszedł flisak zajmujący się transportem węgla, Franciszek Miś, który mimo zagrożenia bombardowaniem zgodził się na załadunek i transport ładunku do bezpiecznego z pozoru Sandomierza. Trzeciego dnia wojny, o 21:00 barka wypłynęła z Krakowa. 

Kolejne dni były naznaczone szaloną walką z brakami paliwa, dezorganizacją i dezinformacją - najgorszym chaosem jaki może się przytrafić na wojnie. Sandomierz okazał się niebezpieczny, barka płynęła więc dalej aż do Kazimierza, pod którym nastąpił wyładunek skarbu. Mimo trwającego pożaru renesansowego miasta, naczelnik poczty Leopold Pisz, łamiąc rozkaz ewakuacji placówki, postanowił zorganizować kolumnę samochodów i ostatni regularny oddział wojskowy dla zabezpieczenia konwoju. 

Obiecana pomoc jednak nie nadeszła. Batalion został zdziesiątkowany w trakcie nalotu, a samochody nie nadawały się już do użytku. I znowu, wobec braku wsparcia instytucjonalnego, wsparcie z narażeniem życia okazali prości ludzie, którzy zapewne nigdy nie mieli nawet okazji podziwiania zbiorów wawelskich. Wiejskimi furmankami, nocą przez drogi Lubelszczyzny Józef Pałka, Józef Samorek, Jan Zadora, Jan Lenart, Bronisław Węgielski, Walenty i Julian Karczmarczykowie, Antoni Wrzesiński, Jan Grzegorczyk, Konstanty Saran i Czesław Grzegorczyk dowieźli m.in. arrasy zygmuntowskie i piastowski Szczerbiec do szkoły w Wojciechowie, a następnie znów kolumną furmanek do Tomaszowic, gdzie załadowano je na długo oczekiwane wojskowe ciężarówki.

Konwój skierowano początkowo do Zamościa, a później na Wołyń, w stronę granicy rumuńskiej. W pierwszych dniach ewakuacji Niemców dzieliło od skarbu trzy dni, na etapie jazdy furmankami były to zaledwie godziny. Bez cienia przesady można mówić, że determinacja kustosza wawelskiego uratowała najcenniejsze dobra narodowe przed zniszczeniem. Docenić to należy zwłaszcza w obliczu wszechobecnej wówczas pożogi, śmierci, bombardowań i strachu. W głowach obrońców mogła pojawić się myśl sabotażu - próby uratowania życia za cenę wydania ładunku - nie znalazła ona jednak wyrazu w jakichkolwiek wspomnieniach uczestników akcji.

Dalsza droga wiodła przez spokojną Rumunię, Morze Czarne i Śródziemne do Francji i Kanady. Tam pozostały zamknięte przez ponad dwadzieścia lat.

Mimo zakończenia wojny, skarby wawelskie wracały z trudem do Polski. Stały się kartą przetargową w rękach Kanady, USA i Zjednoczonego Królestwa. Dyplomacja PRL osiągnęła pierwszy sukces pod koniec lat 50., kiedy w 1959 roku pierwsza część kolekcji, w tym najsłynniejszy polski miecz, powróciła do kraju. Na pozostałe elementy trzeba było czekać jeszcze dwa lata.

Jeszcze dłużej na docenienie swego poświęcenia czekali ci, którzy ryzykując życie służyli swymi ramionami, barkami i furmankami w transporcie dzieł sztuki. Nigdy nie dopominali się o odznaczenia czy zaszczyty, otrzymali je dopiero dzięki interwencji muzealników u najwyższych urzędników państwowych. Nie wszyscy dożyli tych chwil, ale ci, którym było otrzymali dowody wdzięczności od państwa 10 stycznia 1974 r. podczas uroczystości w Kazimierzu Dolnym. 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Dobrowolski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Historii / Ukryć skarby przed Niemcami!