Upojna woń Lincolna

Jacek Konikowski
opublikowano: 25-09-2009, 00:00

Roman Karkosik nie rusza się bez sekatora. Sam szczepi róże, choć korzysta też z usług ogrodnika — tego samego, który pracuje dla angielskiej

Ma huty, zna się na metalach i chemikaliach. Ciężki przemysł dla twardych facetów. I na takiego wygląda — zawsze na czarno, mówi szybko i krótkimi zdaniami.

— Bo szkoda czasu na farmazony, pracować trzeba — powtarza Roman Karkosik.

Do wylewnych nie należy. Szkoda czasu. Hobby? Praca. Na wszystko inne… szkoda czasu. Ale jest coś, na co zawsze znajdzie czas, zapał i energię. Róże. Ogród wokół jego rezydencji w Kikole między Włocławkiem a Toruniem to jego drugi świat.

Co zżera róże

Szczerze? Gdy po raz pierwszy Roman Karkosik ujawnił swą miłość do róż, sądziłem, że to pasja na pokaz, bo jakoś nie pasowała do jego wizerunku. Tymczasem:

— Wiem o różach wszystko, bo gdy się za coś biorę, poznaję to dogłębnie. To moja pasja — twierdzi Karkosik.

Sprawdźmy, jak głęboka: ile jest odmian róż?

— Jakieś pół miliona — odpowiada.

A nie tysiąc?

— Dziesięć razy tyle to ja mam u siebie w ogrodzie. W ciągu roku powstaje kilkaset nowych. Hodowcy krzyżują jedną z drugą i powstaje nowa odmiana — mówi Karkosik.

Idźmy dalej. Może z tym będzie miał problem: jak rozmnażają się róże?

— Przez okulizację. Oczko, czyli pączek, ewentualnie fragment pędu przeszczepia się na podkładkę, tzw. pęd dziczka. Proste. W specjalistycznych książkach wszystko dokładnie opisano. Sam potrafię zaszczepić — tłumaczy Karkosik.

Dwa największe szkodniki lub choroby rujnujące plantacje róż?

— Mszyca i czarna plamistość. Niech je… Trudno je zwalczyć.

Odległość sadzenia?

— Zależy od odmiany i wielkości krzaka. Jak krzew duży, to jeden na metr kwadratowy, ale naprawdę duży to i na metrze się nie zmieści. Każda odmiana rośnie inaczej. Małe, niskopienne różyczki można sadzić gęściej, co 30-40 centymetrów. Mam kilka sadzonek, które sadzę co półtora metra, a sporo takich, których rośnie osiem na metrze — opowiada.

Zna się na różach. Skąd?

— Jak w szkole — z książek. Ze sto przeczytałem. W mojej bibliotece połowa jest o kwiatach, z czego większość o różach. Złapałem bakcyla i w trzy lata poznałem tajniki udanej hodowli. Teraz cieszę się owocami tej nauki — twierdzi.

Zaraz dodaje, że nie siada w fotelu, by godzinami wpatrywać się w róże. To byłaby strata czasu, a on nie byłby sobą. Na szczęście róże to nieustanna praca.

— Trzeba je nawozić, podsypywać, ucinać, podlewać. Nie potrafię wyjść z domu bez sekatora. A to trzeba przyciąć suchą gałązkę, a to skrócić inną, bo nic mnie tak nie irytuje, jak zaniedbany krzew lub drzewo różane. Sekator zawsze mam pod ręką, to najważniejszy przedmiot w Kikole — mówi przedsiębiorca.

Wydawałoby się, że ogród raz stworzony wymaga tylko zachwytów. Nieprawda.

— Nieustannie się zmienia. Jedne krzewy rosną, kwitną, inne usychają. Od wiosny do zimy. Oczary już w lutym kwitną, i przebiśniegi, potem narcyzy… Dobrze zaprojektowany, cieszy oko i nos przez cały rok — przekonuje Karkosik.

Królewski ogrodnik

12 ha ogrodu przy pałacu Zboińskich, w którym bywał Fryderyk Chopin. Zachwycał się nim nieżyjący już guru architektury krajobrazu profesor Longin Majdecki. Od 10 lat dogląda go Brytyjczyk John Brookes, jeden z najsłynniejszych ogrodników świata — z jego usług korzysta królowa Elżbieta II.

— Dzięki temu mogę żartować, że mamy wspólnego ogrodnika — śmieje się Karkosik.

W książce, w której opisywał najpiękniejsze ogrody świata, Brookes wymienił ogród w Kikole.

— Lubię go, jest skromny i mimo wszystko niedrogi. Kiedy przyjechał do mnie pierwszy raz, zatrzymał się na trzy dni i zrobił szybki projekt ogrodu. Gdy przyszło do płacenia, zaproponował 3000 funtów (wtedy 12 tys. zł). Byłem zaskoczony, że tak mało. On, widząc moje zdziwienie, myślał, że za dużo. Niestety, konserwator przyrody nie zgodził się na zaproponowane zmiany, bo John Brookes nie miał uprawnień w Polsce, więc znalazłem chłopaka po studiach, który za przystawienie pieczątki wziął 40 tys. zł. Teraz John bierze tysiąc funtów za sam przyjazd. Kilka miesięcy temu zapytałem go, jak długo jeszcze będzie przyjeżdżał. Odparł, że co najmniej przez 10 lat — wspomina biznesmen.

Ogród jest ogromny. Rzadki to widok ujrzeć tyle gatunków róż w jednym miejscu. Co ważne, powstawał z pasji, nie z kaprysu.

— Był czas, kiedy specjalnie jeździłem za granicę w poszukiwaniu róż, chodziłem po różanych ogrodach we Francji i podglądałem, które odmiany jak wyglądają, rosną, jakie mają kwiaty, jak pachną, które są piękniejsze. Ze wszystkich ogrodów, jakie odwiedziłem, najbardziej spodobał mi się taki w całości stworzony z białych róż. Przepiękny widok — dziesiątki odmian, setki tysięcy białych płatków. Odwiedziłem praktycznie wszystkie różane ogrody w naszym klimacie — opowiada Karkosik.

Wyszukiwał i ściągał sadzonki z całej Europy. Tylko wybrane gatunki. Łatwo nie było.

— Niektóre opatentowano we Francji, ale nie sprzedawano do Polski, bo nasi ogrodnicy zaraz je szczepili i rozmnażali. A Francuzi się bali, że za kilka lat Polacy będą je sprzedawać do Francji taniej. Ale się uparłem, że muszę je mieć, więc dzięki pomocy znajomego hodowcy z Francji zrobiono dla mnie wyjątek — wspomina Karkosik.

Ma krzewy z całej Europy. Z Francji, Anglii, nawet z… Norwegii.

— To specjalny gatunek, odporny na mróz. Wyrosły mi na cztery metry. Wszystkie najpiękniejsze drzewa i krzewy, jakie rosną w naszym klimacie, już mam, więc nie ma czego sprowadzać — utyskuje.

Jego ulubiona odmiana to Lincoln.

— To piękna, kształtna róża. Ciemnobordowy kwiat trzyma się długo. Najwonniejsza róża, jaką znam. Inne są piękne, lecz cóż z tego, skoro tak nie pachną, a przecież kwintesencją róży jest zapach — uważa.

W jego ogrodzie rośnie ponoć 10 tysięcy odmian. Rzekłbyś: plantacja. Roman Karkosik nie bez powodu jest nazywany Midasem biznesu. Ze wszystkiego potrafi wycisnąć trochę grosza, więc może i z róż wyciska?

— Róże to wyjątek. Są po to, by je podziwiać, zachwycać się ich zapachem. Staram się mieć takie gatunki, które powtarzają kwitnienie, wtedy mogę się nimi cieszyć do pierwszych mrozów. Bywa, że na dworze przymrozek, a w moim ogrodzie róże jeszcze kwitną — mówi "ogrodnik".

Czyli ogród to ostoja, miejsce gdzie umysł ucieka przed prozą życia. Czyżby?

— Problem w tym, że nawet gdy chodzę po ogrodzie, nie potrafię się wyłączyć. Wciąż myślę o pracy — przyznaje biznesmen. l

Król polskiej giełdy

Roman Karkosik

Ukończył Technikum Cukrownicze w Toruniu. Pod koniec lat 70. otworzył bar w rodzinnej wsi.

Pieniądze zainwestował w wytwórnię oranżady. W 1989 r. rozpoczął produkcję przewodów i kabli. W 1991 r. założył firmy Unibax i Unipet. W 1993 r. razem z żoną zaczął inwestować na giełdzie.

Pierwszą poważną inwestycją był Impexmetal — w 1999 r. sprzedał akcje z zyskiem. W tym samym roku przejął spółki Boryszew, hutę Oława, Garbarnię i Skotan, w 2003 r. Elanę, a w 2004 r. Impexmetal.

W rankingu najbogatszych ludzi na świecie miesięcznika "Forbes" z 2008 r. zajął 1014. miejsce z majątkiem wycenionym na 1,1 mld dolarów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane