Urzędnicy dzielą, rządzą i psują rynek

Agnieszka Berger
opublikowano: 16-01-2008, 00:00

Szalona karuzela wokół podziału między krajowe firmy limitów emisji dwutlenku węgla nie przestaje się kręcić. Energetyka bije się z przemysłem, ekolodzy z energetyką, Ministerstwo Środowiska z resortami gospodarki i skarbu. Każdy ciągnie w swoją stronę przykrótką kołderkę — o jej przycięcie do rozmiaru XS zadbali wcześniej urzędnicy z Brukseli. Przypomnijmy, że Komisja Europejska przyznała Polsce do podziału między firmy prawo do emitowania 208,5 mln ton CO2 rocznie, wobec 284 mln ton, o które występowaliśmy. Po tym drastycznym cięciu poprzedni rząd zagrał z Brukselą ostro, skarżąc jej decyzję. Na razie nic nie wskórał i nie widać nadziei, by metoda siłowa mogła przynieść pożądane rezultaty, a już z pewnością nie szybko.

Tymczasem zaczął się nowy, tym razem pięcioletni, okres rozliczeniowy, w którym obowiązują już mocno zmniejszone limity. Wciąż ich nie podzielono, wojna o projekt KPRU (Krajowego planu rozdziału uprawnień) trwa. Branże licytują się na argumenty. Przemysł, który zarzuca energetyce modernizacyjny zastój, w projekcie dostał limity pozwalające mu rozwijać produkcję bez dodatkowych kosztów związanych z zakupem praw do emisji na rynku. Energetyka, która poprzednio była beneficjentem KPRU i zarabiała na sprzedaży nadmiarowych limitów, teraz ma się stać jego ofiarą. Producenci prądu straszą wyższymi cenami energii i jej rychłym niedoborem. Potrzebują miliardów na inwestycje, popyt rośnie, a stare moce wypadają z obiegu. Jeśli elektrownie będą zmuszone kupować uprawnienia, produkcja może im się nie opłacić. Drugi scenariusz to wzrost cen, którego ciężar poniesie przemysł rywalizujący o CO2 z energetyką. Zdaniem przemysłowców, to strachy na Lachy. Wzrost cen nie będzie taki duży, a na modernizację krajowej energetyki i tak jest najwyższy czas. Do 2020 r. musimy zrealizować postawione przez Unię cele dotyczące zwiększenia udziału źródeł odnawialnych w produkcji energii i poprawić efektywność energetyczną. Według przemysłu, obcięcie limitów CO2 to impuls, by przyspieszyć.

Walka toczy się o wielkie pieniądze. Dostanie je ten, kto okaże się skuteczniejszy w przekonywaniu urzędników. To oni, metodami niczym nieróżniącymi się od socjalistycznego centralnego planowania, pośrednio decydują, kto, ile i czego będzie mógł wyprodukować. Wyjście z tej matni wydaje się proste, choć problem wymaga rozwiązania aż na poziomie Brukseli. Już od kilku lat eksperci postulują, by centralnie sterowany system zastąpić benchmarkingiem i standardami emisyjności dla poszczególnych produktów, co premiowałoby bardziej ekologicznych producentów, a nie tych, którzy mają lepsze chody w odpowiednim ministerstwie. Cele związane z ochroną środowiska zostałyby osiągnięte, a urzędnicze rozdawnictwo nie psułoby rynku w wielu sektorach. Te apele pozostają bez echa. Urzędnicy nie lubią oddawać władzy.

Agnieszka

Berger

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu