W bagażniku można stracić głowę

Weronika A. Kosmala
24-11-2015, 22:00

Na rynku sztuki wielokrotnie dowiedziono, że wartość posągu w całości nie równa się sumie wartości ułamanej głowy i reszty rzeźby.

Najmniej ryzykowna wersja inwestowania w dzieła polegałaby na okazyjnym wylicytowaniu przedmiotu eksponowanego przez dom aukcyjny za grubym szkłem gabloty i nagłym przeskoku w czasie, po którym obiekt wisiałby już bezpiecznie na naszej ścianie.

Drastyczna scena, która została z tej wizji wycięta, przedstawia zawinięty w kawałek folii obraz, który przesuwa się energicznie po podłodze bagażówki, podczas gdy jego wiekowa rama z każdym zakrętem traci jakiś złocony kawałek. Chociaż podczas przeglądania aukcyjnych katalogów lepiej sobie nie wyobrażać takich sytuacji zbyt intensywnie, dobrze mieć świadomość, czego podczas transportu nie robić, żeby stopa zwrotu z inwestycji nie była mniejsza lub równa zeru.

1 Nie powinno się robić tego w domu

Czytanie długich regulaminów zagranicznych aukcji zwykle okazuje się mocno nużące, ale poza wysokościami prowizji wypada nie pomijać też punktów opisujących warunki odbioru wylicytowanego obiektu. W zależności od organizatora, tak za transport, jak i za magazynowanie nieodebranej pracy, naliczane są różne opłaty, z których należy sobie zdawać sprawę przed włączeniem się do licytacji.

Często, kiedy korzystanie z przewozu w ramach oferty domu aukcyjnego okazuje się zbyt kosztowne, kolekcjonerzy decydują się na zorganizowanie transportu samemu, co nie musi doprowadzać przecież do uszkodzenia obiektu, o ile i transport, i obiekt zostaną przygotowane odpowiednio. Wynajęcie przez telefon taniej bagażówki nieznanej firmy i dogadanie się z kierowcą, żeby zawinął jakoś nasz obraz w koc, to jedna z najprostszych opcji — jest też raczej dobrze znana, bo przewija się przez większość historii o podziurawionych płótnach, jednorękich figurach, zarysowanych blatach stołów i krzesłach bez nogi.

Dobrze też pamiętać, że stratą mogą się kończyć również przejawy troski, czego jaskrawymi przykładami są drogie olejne obrazy, na których odcisnęła się faktura folii bąbelkowej — zawsze kiedy wiadomo, że kompozycja nie wymaga wzbogacenia o dodatkowe kropki, nie przykłada się bezpośrednio do lica obrazu niczego.

2 Lepiej mieć zdjęcie pamiątkowe

Poza tym, że transportując dzieło, trzeba dowiedzieć się wszystkiego o warunkach przewozu i możliwościach fachowego zabezpieczenia, nie należy zapominać też o kilku ważnych dokumentach, takich jak raporty o stanie zachowania.

Nawet kiedy nie zamierzamy przewozić naszego przedmiotu daleko, nie powinniśmy zwlekać z profesjonalną ekspertyzą, która dokumentuje nie tylko autentyczność dzieła, ale też jego charakterystyczne elementy i ewentualne, zauważalne wady. Nie mając takiego opisu ani nawet dokumentacji fotograficznej, nie można ubezpieczyć transportu, a w przypadku uszkodzenia udowodnić, że nasze aktywa były wcześniej w jednym kawałku.

W raporcie rzeczoznawcy znajdują się też zawsze dokładne wymiary pracy, na które należy zwrócić szczególną uwagę przy ustalaniu warunków transportu, a kiedy przewożone mają być obiekty wielkoformatowe, warto pamiętać również o podaniu ich masy. Precyzyjny opis kształtów starożytnej bogini nie musi przecież oznaczać dla pracowników firmy transportowej, że statua waży kilkaset kilogramów, a więc żeby jej nie upuścić, lepiej nie podnosić jej tylko z pomocą kierowcy.

3 Zawsze trzeba liczyć części

Kiedy planujemy przewóz kolekcjonerskiego dobra, dodawanie odnosi się nie tylko do ilości transportowanych elementów, ale też do liczby ewentualnych postojów i podwykonawców.

Przewoźnicy, którzy zapewniają, że właściwie zabezpieczone dzieło przewożone będzie w odpowiednich warunkach temperaturowych, bez długotrwałych postojów ani zmian środka transportu, zyskują zwykle większe zaufanie od tych, którzy na pewnym etapie zlecą zadanie innej firmie przewozowej.Jeśli jednak przeładunek jest niezbędny, należy dopilnować, żeby ilość skrzynek była za każdym razem jednakowa — szczególnie kiedy przewożone są wieloczęściowe instalacje z wrażliwych materiałów.

Współczesne tworzywa, takie jak gumy, tłuszcze czy rozmaite odpadki, wymagają zwykle więcej starań niż tradycyjne obrazy, które udowodniły zresztą wielokrotnie, jak zmienne warunki są w stanie przetrwać.

Spory ołtarz wykonany w XV w. na zamówienie włoskiego bankiera został skradziony podczas morskiego transportu przez gdańskiego kapra, po wielu latach trafił do Luwru, stamtąd do Berlina, z powrotem na Pomorze, potem w głąb Rzeszy, jeszcze do leningradzkiego Ermitażu i, w latach 50., ponownie do Gdańska.

Gdyby Hans Memling wykonał go przy użyciu modnych dzisiaj technik, po tylu podróżach, z trzech skrzydeł przedstawiających Sąd Ostateczny ocalałoby pewnie jedno boczne, i to najprawdopodobniej takie, którego akcja i tak rozgrywa się po ciemku, w piekle. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / W bagażniku można stracić głowę