W maseczce i ostemplowana

Urszula Światłowska
31-03-2006, 00:00

Nie byłam częstym gościem salonów kosmetycznych czy spa. Nie wiedziałam, co traciłam...

Do Instytutu Thalgo weszłam z pewną nieśmiałością. Środek dnia... Najpierw kawa, potem pokój relaksu i magiczny fotel z pilotem.

— Proszę spróbować. Zielone guziki rozpoczynają konkretny masaż — zachęciła Iza Zwolak, menadżer salonu i kosmetyczka.

I proszę. Do wyboru, do koloru. Masaż całych pleców, dołu i góry. Wypróbowałam. I podjęłam męską decyzję — chcę mieć taki fotel. Po pierwszej dawce przyjemności pani Iza zaprosiła mnie do gabinetu...

Krok pierwszy: twarz

— To, jaki zabieg zrobimy, zależy od pani cery — spokojnie tłumaczy pani Iza.

Zamieniłam się w słuch.

— Pani skórę trzeba nawilżyć. To ważne, szczególnie po zimie. Klimatyzacja, suche powietrze, ogrzewanie wysuszają skórę. A przeziębienie powoduje, że skóra, szczególnie w okolicy nosa, jest podrażniona — kontynuuje.

Dokładnie mnie ogląda. I już wie.

— Jeżeli nie znamy skóry, nie ryzykujemy. Robimy takie zabiegi, które są stuprocentowo bezpieczne. Tak jak na przykład zabieg nawilżająco-regenerujący — zapewnia pani Iza.

Oddaję się w jej ręce. Na początek demakijaż. Potem rewitalizująca mgiełka morska. Następnie nawilżające serum. A ja zadaję pytania:

— Jak często powinno się powtarzać zabiegi?

— To zależy. Niektóre dają rezultat wykonywane w serii, regularnie. Inne — stosowane raz na jakiś czas — tłumaczy pani Iza.

— W jakim wieku wypadałoby zacząć wizyty w gabinecie kosmetycznym?

— Tak naprawdę już od 25 roku życia trzeba zacząć o dbać o skórę. Specjalnie dla młodych osób są delikatne zabiegi. Nastolatki często mają problemy z cerą, np. trądzik, a kosmetyczka może temu zaradzić — cierpliwie odpowiada.

Czas na krem relaksujący i masaż. Zapominam o pytaniach. Jeszcze z czymś się wyrywam, ale coraz ciszej i mniej przekonująco. Powoli zapominam o świecie. A jeszcze czeka mnie nałożenie silnie nawilżającej maseczki. Pani Iza miesza składniki w miseczce, po chwili nakłada. Przyjemny chłód.

— Nie ma pani klaustrofobii? — pyta.

— Nie... — odpowiadam niepewnie.

— To mogę nałożyć maseczkę także na oczy i usta?

— Jasne!

Po chwili już nic nie widzę. Twarz i dekolt mam „zaklajstrowane”. Widać tylko moje dziurki w nosie. Tak mam relaksować się przez 20 minut. Na początku leżę spokojnie i wsłuchuję się w muzykę. Pewnie wyglądam jak mumia. Niestety, gdy wyobraziłam sobie jak wyglądam, z wielkim trudem próbowałam powstrzymać się od śmiechu. Czułam jak maseczka się napręża, niczym guma do żucia. W końcu nadszedł nieprzyjemny moment — usłyszałam: dziękuję pani. Również podziękowałam. Pociesznie? To dopiero początek.

Krok drugi: ciało

Sobota. 9 rano. Zazwyczaj dopiero odwracam się na drugi bok, tym razem jednak punktualnie — choć lekko nieprzytomna — stawiłam się w salonie. Ewa Bąbel z holu sprowadziła mnie schodkami w dół. A tam czekała na mnie tuba. Iście kosmiczna. Czyli kapsuła parowa. Inaczej — rodzaj sauny.

Najpierw pani Ewa nasmarowała mnie od stóp do głów ciepłym olejkiem migdałowym, a potem... posoliła. Przyznam szczerze — lubię być solona. To przyjemne uczucie. Jak letni deszcz. Ale proszę nie próbować tego w domu, bo zwykła sól kuchenna pasuje tu jak pięść do nosa. Potrzebna jest specjalna, z dodatkiem alg morskich. Jak tłumaczy pani Ewa, witaminy i mikroelementy w nich zawarte, m.in. potas i magnes, pomagają demineralizować skórę. A gdy już byłam odpowiednio przyprawiona, grzecznie ułożyłam się na plecach w urządzeniu... Pani Ewa zamknęła wieko. Poczułam się jak świąteczny indyk. No, może kurczak, wszak jest trochę mniejszy... Brakowało mi tylko nadzienia.

— Proszę się zrelaksować. Będę zaglądać co kilka minut. Jeśli poczuje pani, że temperatura zaczyna panią męczyć, proszę mnie zawołać — mówi pani Ewa z uśmiechem, a wychodząc gasi światło.

Zaczęło się. 20 minut błogiego ciepła i spokoju. Idealne, by zrekompensować sobie wczesną pobudkę. W tle delikatnie sączyła się muzyka relaksująca. A mnie otaczała ciepła para. Przyjemne i pożyteczne zarazem. Wyciąga toksyny, odżywia skórę, a ja nie robię absolutnie nic. Cudo. Kiedy pani Ewa otworzyła tubę, zrobiło się mniej przyjemnie. Ale tylko trochę. Piling. Jakby ktoś później zauważył, że ciągle głaszczę się po rękach, to mógłby potraktować mnie jak wariatkę. Na szczęście moja rodzina jest wyrozumiała...

Po szybkim prysznicu czas na masaż. Wygotowana, wypilingowana podreptałam na górę. Położyłam się na specjalnym łóżku i oddałam w ręce pani Anity Szulżuk.

— Proszę się położyć tak, jak pani wygodnie. I koniecznie się rozluźnić — radzi.

Tak robię. Najpierw plecy, potem kark, ramiona, nogi i stopy. Coś fantastycznego. Cały czas rozmawiamy o filmach i o sporcie. Masaż jest zdecydowany, ale nie za mocny. Brzuch, ramiona, nogi i znów stopy. Wciąż rozmawiamy, ale ja powoli się rozpływam. Mięśnie się rozluźniają. Co tu dużo gadać. Fantastyczna godzina.

Krok trzeci: więcej ciała

Jeszcze więcej ciała nie oznacza, że w ciągu dwóch dni tak dużo mnie przybyło. Po prostu przyszedł czas na deser. Sobotni masaż udrożnił moje kanały energetyczne i wyrównał przepływ energii. Ten ma mnie zrelaksować. Jak? Dzięki specjalnym stemplom, czyli bawełnianym ściereczkom, w których są rozdrobnione zioła i owoce. Nasączone gorącym olejem przykłada się w określonych okolicach ciała.

— W saszetkach jest właściwie cała kuchnia — ryż, cynamon — śmieje się pani Ewa.

Leżę na podgrzewanym łóżku, więc kiedy pani Justyna masuje mi plecy, brzuch i tak się grzeje. I na odwrót. Na początek stopy. Wzdrygam się lekko, czując ciepło. Po chwili się przyzwyczajam. Pani Justyna dalej przykłada stemple: łydki, uda, lędźwia, kręgosłup. Całe ciało.

— Ten masaż rozgrzewa ciało — wyjaśnia.

— Idealny na zimę? — pytam.

— Właśnie tak.

Milknę. Przecież to czas na relaks.

— Czasem panie, które przychodzą wieczorem, podsypiają podczas tego masażu — przyznaje pani Ewa.

Doskonale je rozumiem. Choć to dopiero wczesne popołudnie, oczy same mi się zamykają. Jest mi dobrze. Stemple zataczają kręgi. Co jakiś czas pani Justyna rozsmarowuje olejek. Przy takim masażu łatwo zapomnieć o wszystkim. Warto więc umówić się na niego tak, by nie trzeba było wracać do pracy — cały efekt wówczas diabli wezmą. Gdy słyszę: dziękuję — podrywam się gwałtownie.

— Proszę jeszcze poleżeć trzy minuty, potem powoli wstać. Może pani wziąć prysznic, ale lepiej byłoby, gdyby się pani tylko wytarła — radzi masażystka.

Tak też robię. To była dobra rada — jeszcze wieczorem pachnę cynamonem. Ostemplowana i szczęśliwa wychodzę z salonu na Wilczej. Godziny tam spędzonej nie zaliczę do straconych. Nie dość że zadbałam o ciało, to jeszcze o psychikę. Tym bardziej że nic tak dobrze nie robi jak świadomość, że ktoś się o nas troszczy. Nie wiem jak panie, państwo, ale ja będę chciała to powtórzyć...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Urszula Światłowska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / W maseczce i ostemplowana