Partnerem sekcji jest TAURON

W wodzie po uszy

Tadeusz Markiewicz
03-10-2011, 09:52

Przed samorządami pojawił się kolejny, kosztowny problem – odprowadzenie wód opadowych. Pytanie – za co i kto to ma robić?

31 lipca był sądnym dniem dla Warszawy i otaczających ją miejscowości. Opady deszczu były tak duże, że sparaliżowały m.in. ruch samochodów na Trasie Toruńskiej, łączącej północno-wschodni wjazd do stolicy z wylotem na Poznań. Domy i ulice w podwarszawskich miastach jeszcze następnego dnia stały w wodzie. Stacje telewizyjne, które w niedzielę zwykle narzekają na brak tematów, „na talerzu” dostały temat pełen emocji i tradycyjnie pytały — kto jest winien? Potrzebna jest jednak odpowiedź na pytanie — jak temu zaradzić w przyszłości?

Niby mało, a dużo
Mamy do czynienia ze swoistym paradoksem. Polska jest zaliczana do krajów, które nie mają dużych zasobów słodkiej wody, nagle przestała sobie radzić z opadami. I to niemałymi. Zajrzeliśmy do Biuletynu Monitoringu Klimatu Polski, wydawanego przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. W lipcu najbardziej zalanymi regionami były województwa lubuskie, mazowieckie i świętokrzyskie. Suma miesięcznych opadów w okolicy Sandomierza przekroczyła 340 mm. To cztery razy więcej niż średnia z lat 1991-2000! A to oznacza, że samorządy (lub ich spółki), które często ledwo wiążą koniec z końcem, czeka kolejny wydatek — na budowę bądź odbudowę kanalizacji opadowej.
— Najpierw budowaliśmy wodociągi, potem przyszedł czas budowy kanalizacji sanitarnej, a teraz czeka nas era wydatków na kanalizację opadową — wróży prezes jednej z mazowieckich spółek wodociągowych.
Łatwo powiedzieć, trudno zrobić. Tym bardziej, że skala wydatków będzie gigantyczna. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2009 r. na budowę kanalizacji deszczowej w kraju wydaliśmy okrągły miliard. To kropla w morzu… deszczówki. Przykład? Po letnich opadach rada miasta podwarszawskich Marek, które borykają się z coraz częstszymi podtopieniami,  poprosiła o przygotowanie ekspertyzy, dotyczącej planu i kosztu budowy kanalizacji opadowej. Eksperci policzyli, że potrzeba na to — uwaga! — ponad 400 mln zł. I to bez wykupu gruntów, który mógłby podwoić tę kwotę. Tymczasem roczny budżet zadłużonego miasta, budującego z pomocą unijnych pieniędzy system kanalizacji sanitarnej, zamyka się w 70-80 mln zł. 

Teoria i praktyka
Jolanta Kuligowska-Roszak z Izby Gospodarczej Wodociągi Polskie jest przekonana, że pieniądze są potrzebne szybko. I — jej zdaniem — nie da się uciec od opodatkowania właścicieli nieruchomości. Bo przecież, skoro są zobowiązani do usuwania śniegu, to powinni również płacić za odprowadzanie wody  deszczowej. Taki wariant zastosowały władze spółki Aqua z Bielska-Białej.
—  W naszym mieście problem zwiększonych opadów też występuje. O ile w poprzednich latach średnioroczne opady wynosiły 1 m sześc. na 1 mkw., o tyle w 2010 r. zwiększyła się o 50 proc. Z przepisów prawa budowlanego wynika, że za problem wód opadowych odpowiada właściciel nieruchomości. To on jest w teorii zobowiązany, by sobie z tym problemem poradzić. Niemniej w naszym mieście z naszej pomocy korzysta około 50 proc. właścicieli — opowiada Piotr Dudek, prezes Aquy.
W Bielsku zastosowano rozwiązanie drezdeńskie.
— Przeliczamy ilość wody spadającej na twarde powierzchnie. Cena za odprowadzenie metra deszczówki wynosi tyle, ile za odprowadzenie metra ścieków sanitarnych. My mamy to szczęście, że zinwentaryzowaliśmy powierzchnie i łatwo będzie nam obliczać wysokość opłat — mówi prezes Dudek.
Problem w tym, że sąd podważa możliwość takiego stosowania opłat.
— Jeśli postawimy obok siebie kilka kancelarii prawnych, każda będzie się różnić co do tego, czy można zgodnie z prawem opodatkować deszczówkę. Uważam, że dziś jest to wątpliwe działanie. No bo jak dokładnie opomiarować ilość odprowadzanej wody, jak wymaga tego sąd? Potrzebne są rozwiązania na poziomie ustawowym — uważa Kajetan Specjalski, dyrektor zarządu Wodociągu Mareckiego.

— Rzeczywiście pojawiają się u niektórych wątpliwości prawne dotyczące taryf. Ale czy pobieranie opłat za deszczówkę nie jest bardziej sprawiedliwym rozwiązaniem? Gdyby ich nie było, większe koszty ponosiłyby osoby, które odprowadzają jedynie ścieki sanitarne — uważa Piotr Dudek, szef Aquy.
I coś w tym jest. Kiedy grzeczne prośby do mieszkańców nie pomagały, na stronie wodociągowej spółki z podwarszawskiego Legionowa pojawiło się ostrzeżenie dla osób, które odprowadzają wody deszczowe do kanalizacji sanitarnej. Uczestnik takiego procederu jest zagrożony karą ograniczenia wolności lub grzywną do 10 tys. zł. Powód jest prosty. Legionowo oddaje ścieki do warszawskiej Czajki, która wystawia faktury za każdy metr odprowadzonej do oczyszczenia wody.

Odwagi!
Opodatkowanie odprowadzenia wód deszczowych wywoła oczywiście protesty społeczne.
— Trzeba rozpocząć na ogólnopolskim forum publicznym dyskusję na ten temat. Ludzie nie chcą kolejnych obciążeń i dlatego byłaby to odważna decyzja — uważa Kajetan Specjalski.
— Wbrew pozorom sytuacja jest sprzyjająca. Kiedy woda zalewa ulice i domy, ludzie mogą zdobyć się na kolejny wydatek.  Po takich doświadczeniach opór społeczny wobec rozsądnie skalkulowanych opłat będzie mniejszy — uważa inżynier Andrzej Zgoła, który od wielu lat zajmuje się projektowaniem inwestycji kanalizacyjnych.
Opłaty mieszkańców to jedno z możliwych źródeł przychodów. Samorządy i spółki po cichu liczą też na to, że w nowej perspektywie unijnej znajdą się pieniądze, na budowę systemów kanalizacji deszczowej. Prezes Aquy stara się jednak nie rozbudzać nadziei.
— Trudno oczekiwać, że Unia da Polsce pieniądze na kanalizację deszczową. Uważam, że będziemy musieli to zrobić za własne pieniądze. Liczenie na to, że Bruksela w tym zakresie będzie hojna, może okazać się chybione — podkreśla prezes Dudek.

Trzymać się statutu
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden problem. Jolanta Kuligowska-Roszak mówi wprost: to jest niechciane dziecko. Kanalizacją opadową nie chcą zajmować się spółki wodno-kanalizacyjne. Brakuje bowiem uregulowań prawnych.
— Mam w statucie zapisane, że moim zadaniem jest dostarczanie wody i jej odprowadzanie. I tego się trzymajmy. Problem deszczówki należy do właściciela spółki, czyli samorządu. Oczywiście gmina może przekazać mi w zarządzanie sieć kanalizacji deszczowej, ale wraz z pieniędzmi na jej utrzymanie — mówi prezes mazowieckiej spółki wodno-kanalizacyjnej.
Podobną opinię wyraża Piotr Dudek.
— Moim zdaniem, dopóki nie zostanie jasno rozstrzygnięta kwestia opłat za deszczówkę, powinno to być zadanie gmin, a nie spółek. Gdyby spółka zabrała się za tego typu inwestycje, a nie miałaby z tego tytułu wpływów, byłoby to działanie na jej szkodę. Oczywiście my — jako branża
— możemy zarządzać taką siecią. Ale musimy mieć zapewnione przychody — podkreśla prezes Auqy.
Ale praktyka jest taka, że nie wszyscy prezesi wodociągowych spółek potrafią powiedzieć „nie” wójtowi, burmistrzowi czy prezydentowi. Przecież w ogromnej większości to właśnie samorząd jest właścicielem spółki.
—    Tkwimy po uszy w wodzie — kwituje jeden z menedżerów z branży.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tadeusz Markiewicz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Samorządy / W wodzie po uszy