Walczmy w UE, żeby nie było gorzej

Agnieszka Berger
01-07-2011, 00:00

Gospodarka płacze

Niezaostrzanie polityki klimatycznej i równe szanse dla firm skazanych na prąd z węgla — tego chce od polityków przemysł

Gospodarka płacze

nad CO2 i drży przed

drogą energią.

Prezydencja w Unii nas nie

uchroni, ale może pomóc.

Najbardziej energochłonne branże polskiego przemysłu, m.in. chemia, hutnictwo i produkcja cementu piszą czarne scenariusze na ciężkie czasy, które nastaną dla nich po wprowadzeniu przez Unię Europejską w 2013 r. odpłatnych uprawnień do emisji CO2. Skutki tylko z pozoru dotyczą nielicznych gałęzi gospodarki. W rzeczywistości dotkną wszystkich — pośrednio i bezpośrednio poprzez wzrost cen energii elektrycznej. To właśnie widmo drogiego prądu, a nie konieczność kupowania limitów dwutlenku węgla na potrzeby procesów technologicznych, najbardziej przeraża przemysłowców. Obawiają się podwyżek tak bardzo, że wróżą bankructwa i exodus z Polski.

Czarny scenariusz

— Największym zagrożeniem dla polskiej chemii jest to, że po 2013 r. bardzo podrożeje energia elektryczna i ciepło. Koszty z tym związane będą znacznie większe niż te, które poniesiemy w związku z tzw. emisją wewnętrzną, czyli bezpośrednim zakupem uprawnień na potrzeby procesów technologicznych. Nasz sektor zużywa aż 11 proc. produkowanej w kraju energii elektrycznej. Ciepła jeszcze więcej. Ich udział w kosztach to 5-15 proc. Ponieważ efektywność branży nie przekracza 5-10 proc., prawdopodobnie w całości zostanie skonsumowana przez podwyżki. Czarny scenariusz jest taki, że — jeśli system wejdzie w życie w obecnym kształcie — branża chemiczna tego nie wytrzyma i albo zostanie zamknięta, albo wyjdzie z Polski — mówi Jerzy Majchrzak z Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego.

Przedstawiciele branży cementowej szacują, że — jeśli sprawdzą się ich prognozy dotyczące zapotrzebowania na cement — koszty związane z zakupem limitów emisji CO2 na półtoraroczną produkcję będą równe nakładom potrzebnym na wybudowanie nowej cementowni.

— Jeśli w latach 2013-20 zapotrzebowanie na cement wyniesie 20 mln ton rocznie, będziemy musieli co roku kupować uprawnienia do emisji 4 mln ton dwutlenku węgla. Przy prognozowanej cenie 30 EUR/t oznacza to wydatek 120 mln EUR rocznie. Za 150-200 mln EUR można wybudować nowy zakład — wylicza Dariusz Konieczny, wiceprzewodniczący Forum CO2, organizacji zrzeszającej sektory najbardziej narażone na skutki unijnej polityki klimatycznej.

Jego zdaniem, zagrożenie, że branża cementowa ucieknie z Polski jest poważne, bo całości kosztów związanych z wejściem w życie nowego systemu handlu emisjami nie da się przenieść na odbiorców.

— Oprócz zakupu uprawnień obciążą nas też podwyżki cen energii. Spodziewamy się nawet 100-proc. wzrostu, a energia to aż 15-20 proc. naszych kosztów — dodaje Dariusz Konieczny.

Kosztowne limity

Podwojenie cen energii elektrycznej to jednak bardzo czarny scenariusz, raczej mało prawdopodobny przynajmniej w pierwszych latach funkcjonowania tzw. ETS, czyli systemu handlu emisjami. Polskie elektrownie będą wówczas korzystały z tzw. derogacji, które dla niektórych źródeł będą oznaczały odroczenie pełnej odpłatności za limity emisji CO2.

Mówi się jednak o co najmniej 20-proc. wzroście cen, nie uwzględniając podwyżek związanych z inwestycjami, które ma w planach energetyka. Przy założeniu, że branża będzie na początku kupowała 30 proc. uprawnień po 30 EUR/t można wyliczyć, że energia — tylko ze względu na CO2 — podrożeje o 10 EUR/MWh

— Ale cena limitów, która ukształtuje się na aukcjach, wciąż jest wielką niewiadomą. Mówi się nawet o 100 EUR/t — zaznacza Andrzej Werkowski, przewodniczący Forum CO2.

Sektor hutnictwa metali nieżelaznych wróży 60-proc. wzrost kosztów energii.

— Dla KGHM dopiero przygotowujemy dokładne wyliczenia na podstawie nowych przepisów opublikowanych pod koniec czerwca. W wynikach naszej spółki koszty CO2 być może nie będą aż tak widoczne, bo prowadzimy również działalność wydobywczą. Ale firmy, które zajmują się tylko przeróbką, będą miały ogromne problemy. Technologia jest z natury rzeczy bardzo energochłonna. Dlatego cała europejska branża metali nieżelaznych liczy na rekompensaty związane ze wzrostem kosztów. Batalia o nie rozegra się w najbliższych miesiącach — zapowiada Wacław Gąsior reprezentujący KGHM w Izbie Gospodarczej Metali Nieżelaznych i Recyklingu.

Szansa dla Polski

Większość sektorów nie ma jednak nadziei na wsparcie. Przemysłowcy liczą natomiast na to, że Polska wykorzysta swoją prezydencję w Radzie UE, żeby wywalczyć równe szanse dla energochłonnego przemysłu, który jest zmuszony kupować energię produkowaną z węgla.

— Powinniśmy zadbać o to, żeby nareszcie została przygotowana kompleksowa analiza skutków, także społecznych, wprowadzenia systemu w obecnym kształcie. Trzeba naprawić błąd, który popełniła Bruksela, uśredniając te skutki dla wszystkich państw Unii. Polska będzie jednym z tych krajów, które odczują je najmocniej. Mam nadzieję, że — jeśli przedstawimy poważne argumenty — uda się przekonać Unię do uzupełnienia systemu benchmarkingu [uzależniającego wielkość limitów emisji od czystości stosowanej technologii — red.] o wskaźnik związany z paliwem, z którego produkowana jest energia. Przemysł nie ma wpływu na mix paliwowy wykorzystywany przez energetykę, a węgiel, który jest najwyżej emisyjny, to podstawowe paliwo w Polsce. Nie jesteśmy w stanie konkurować z innymi krajami, kupując jedną z najdroższych energii w Europie — mówi Andrzej Werkowski.

Kolejny postulat przemysłowców związany z polską prezydencją w UE dotyczy niezaostrzania polityki klimatycznej. Wobec takich zakusów Brukseli Polska już postawiła veto, za co przedstawiciele przemysłu chwalą polityków. Chwalą ich również za zapowiedź zaskarżenia przyjętego przez Unię systemu limitowania emisji CO2.

— Jeśli powiedzieliśmy "a", musimy powiedzieć "b" i doprowadzić do zmiany sposobu wdrażania europejskiej polityki klimatycznej. Wprawdzie do 1 stycznia 2013 r. jest bardzo mało czasu i, biorąc pod uwagę unijną inercję, prawdopodobnie nie zdążymy rozwiązać problemu. Ale jeżeli chce się przebiec maraton, trzeba postawić pierwszy krok — mówi Andrzej Werkowski.

okiem ekspertA

Czeka nas inflacyjny wirus

Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego

Gospodarka to zespół naczyń połączonych. Kiedy na rynkach rośnie cena ropy naftowej, za jakiś czas drożeje pieczywo, bo rosną koszty transportu. Tak samo będzie z limitami CO2 — ich wpływ też będzie rozlewał się po całej gospodarce. Ograniczanie emisji sprawi, że w pierwszej kolejności w górę pójdą ceny energii. Ucierpią na tym wszystkie branże, a dla niektórych — np. bardzo energochłonnej produkcji żywności mrożonej — może być to cios niemal zabójczy. Wzrosną też koszty w hutnictwie czy produkcji chemikaliów, a to szybko odbije się negatywnie na budownictwie. Poszkodowane przez limity CO2 będzie także nasze rolnictwo — produkcja nawozów bowiem zdrożeje.

Wszystko to ostatecznie odbije się na kieszeni zwykłego konsumenta — ceny detaliczne wielu produktów pójdą w górę. Podrożeją zwłaszcza usługi, bo ich cen nie trzyma w ryzach import. W dodatku będziemy płacić wyższe rachunki za wodę, energię i gaz, więc tzw. dochód rozporządzalny gospodarstw domowych (po wyeliminowaniu opłat stałych) będzie niższy. Efekt będzie taki, że cała nasza gospodarka nagle nieco zdrożeje, czyli stanie się mniej konkurencyjna. Trudniej będzie nam więc odrabiać dystans dzielący nas od Zachodu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Walczmy w UE, żeby nie było gorzej