Warzywa, gruszki, rabarbar

JUDYTA SIERAKOWSKA
18-11-2011, 00:00

Grójec to nie tylko jabłka.To 2,8 tys. firm, 75 salonów fryzjerskich, 2 samochody na rodzinę, malejące wbrew kryzysowi bezrobocie i nagradzany klub filmowy Jasminum... Grójec ma swoje miejsce nawet na Marsie

Grójec leży 50 km na południe od stolicy, obok krajowej „siedemdziesiątki”. Zaraz po wjeździe od strony Warszawy turystów wita areszt śledczy, dawne więzienie carskie. Więźniowie widzą z okien XVI-wieczny kościół św. Mikołaja, a także pomnik księdza Piotra Skargi, syna ziemi grójeckiej. Poważny Skarga stoi przed świątynią, żartownisie włożyli mu na prawą rękę okulary. Na placu za kościołem i więzieniem w każdy czwartek odbywa się wielki targ. Można tam kupić jajka, jabłka, zabawki, kozę, fotel… Folklor. Gdy ksiądz dziekan Stanisław Laskowski był z wizytą u Jana Pawła II i papież zapytał go, skąd przybywa, dziekan odpowiedział: „Z Grójca, tego miasta pod Warszawą”. Papież go poprawił: „Nie, nie, to Warszawa jest pod Grójcem!”.

Trwała ondulacja to rzadkość

Grójec zajmuje tylko 8,5 km kwadratowego. Ale na tak maleńkiej powierzchni działa aż 75 zakładów fryzjerskich! – Kiedyś klientka, która była w Grójcu przejazdem, postanowiła pójść do fryzjera. Myślała, że żadnego nie znajdzie, a miała kłopot z wyborem! – opowiada Anna Bronisz-Rzeszotek.

Skończyła policealną szkołę fryzjerów i otworzyła przy rynku mały zakład Nikol.

– Obok jest duży parking, przyjezdni zatrzymują się i wpadają do salonu, najczęściej mam klientów nieumówionych, z marszu. Ceny w Nikoli są konkurencyjne: damskie strzyżenie od 20 zł, męskie – od 15 zł. Pewnie trochę wzrosną po Nowym Roku, kiedy podskoczy opłata za prąd. A jakie są trendy?

– Trwała ondulacja to rzadkość, klientki życzą sobie krótkie fryzury z długą grzywką, jak ma Kożuchowska czy Zielińska. – Na mojej ulicy na odcinku 100 m jest pięciu fryzjerów – mówi Beata Nowacka, która prowadzi salon na pierwszym piętrze hotelu Centrum przy ulicy Niepodległości.

– Konkurencja konkurencją, ale jeśli ktoś jest dobry, to pójdzie się za nim na koniec świata. Pracowałam 16 lat u kogoś, a gdy otworzyłam swój zakład, pracownicy przeszli za mną. Już w ósmej klasie strzygłam koleżanki, potem uczyłam się w Nowym Mieście, zdałam egzaminy czeladnicze.

Klientka na fotelu, której pani Beata układa włosy: – Chodziłam wcześniej do Beaty i mąż do innej też nie chodzi. – Jak to się mówi: trzeba sobie wyrobić opinię – ocenia córka Nowackiej Kasia. 20-latka już pomaga mamie: myje klientkom włosy, suszy, podkręca, kładzie hennę. Uczy się kosmetologii w studium w Radomiu. Półtora roku temu pani Beata na rozkręcenie biznesu dostała 19 tys. zł dotacji z urzędu pracy. – Najtrudniej było na początku, bo musiałam utrzymać się przez pierwszy rok – mówi.

Wie, jak zadbać o klientów: gdy otwierała salon i w pierwszą rocznicę działalności zrobiła kolację dla stałych klientów. Dostała od nich figurki i maskotki, a od przyjaciółki obraz z Żydem – wszystko na szczęście. W każdym salonie opowiadają, jak drogo jest u Niewiadomskich, jak kiedyś koleżanka koleżanki za zrobienie warkocza zapłaciła u nich 100 zł. Takie tam stawki, że jak ktoś raz pójdzie i zapłaci, to już nie wróci. Nie wypada nie pójść do tych strasznych Niewiadomskich…

Warkocz wieczorowy za 100 zł

– Jak dojdę do salonu fryzjerskiego Niewiadomskich? – pytam kobietę z dzieckiem. – Proszę pani, tu jest ze 30 salonów! Trudno zapamiętać, gdzie kto jest i jak się nazywa. Nie 30, a 75! A to oznacza, że na jeden salon przypada 210 mieszkańców. To fenomen w skali światowej (do tej pory za miasto fryzjerów uchodziły Sejny, ale tam na jeden salon przypada ponad 600 mieszkańców). W powiecie grójeckim jest ich grubo ponad setka, nie licząc fryzjerek tnących na własną rękę w domach. Można by pomyśleć, że grójczanie nie muszą umawiać się do fryzjera. Błąd: w piątki i soboty lepiej się zapisać wcześniej, bo skończy się w kolejce.

Bywają zakłady, do których kolejki ustawiają się i w dni powszednie. Salon Niewiadomskich Atelier stoi na uboczu, przy ulicy Środkowej, ale odcina się od reszty. Duże wnętrze, klimat wielkomiejskiego salonu, na ścianie dyplomy polskie i angielskie. – Tak, takie są ceny, ale to nie jest zwykły warkocz, tylko wieczorowy albo na specjalną okazję – odpowiada właścicielka Bożena Niewiadomska na pytanie, czy to prawda, że tyle za warkocz.

Dodaje: – Cała sześcioosobowa załoga jest po profesjonalnych szkoleniach. Śledzimy najnowsze trendy, zawsze jesteśmy w stanie zaproponować coś nowego, ale zdaję sobie sprawę z tego, że tu ludzie patrzą na ceny. Uchodzimy za drogi salon, ale liczy się jakość. Ktoś im schrzani, a tu przychodzą po ratunek.

Zamierza zrobić w przyszłym roku kampanię informacyjną, żeby klientki nie bały się cen.

– Mamy warszawski towar, ale taniej, strzyżenie damskie za 50 zł. Fryzury dopasowujemy do kształtu twarzy. W innych salonach fryzjerka pyta: „No to jak strzyżemy?”. Mam stałe klientki z Grójca i okolic. Ostatnio jedna przyjechała specjalnie do mnie z Kielc, bo tego dnia wychodziła za mąż. Gdy mi to powiedziała, nie chciałam od niej pieniędzy. W 74 salonach strzyże się panie i panów, w jednym – wyłącznie panów.

To zakład Adama Dębeckiego. Błękitna koszula, dżinsy, poważny wyraz twarzy, łysy. W jego salonie nie ma lokówek, prostownic, dziesiątek kosmetyków, farb. Na jednej półce mieści się wszystko, co trzeba: nożyczki, grzebień, golarka, pędzel, suszarka.

Tnie kolejnego klienta, nożyce trzaskają od szybkich ruchów, potem golenie brzytwą zamoczoną w spirytusie, który stoi na półce w kieliszku przykrytym pokrywką. Stare sprawdzone metody, pełna higiena. Dębecki strzyże od 40 lat, pierwszy własny zakład otworzył w 1989 roku. W Grójcu mieszka od września ubiegłego roku. Wcześniej strzygł w Warszawie przy Nowogrodzkiej, m.in. Bohdana Łazukę czy wysoko postawionych wojskowych.

– Zachęcił mnie mój ojciec, powiedział: „To lekki chleb, nie napracujesz się, praca pod dachem”. Posłuchałem go – opowiada pan Adam. – Do każdej fryzury mam takie samo podejście. Myśli o uczniu, bo klientów jest tylu, że drzwi się nie zamykają („Mniej pracy miałem tylko w czasach Beatlesów” – śmieje się), ale ma problem ze znalezieniem specjalisty wyłącznie od strzyżenia męskiego.

– Fryzjer od wszystkiego to fryzjer do niczego – uważa. – Ja bym się bał, gdyby kobieta zbliżyła się do mnie z brzytwą – półżartem mówi siwy klient, gdy mu pan Adam goli baki.

Ty chamie z Grójca!

Burmistrza Jacka Stolarskiego ten stan nie dziwi. – Grójec to centrum dużego powiatu, miasto o charakterze usługowym – mówi. – Przyjeżdżają ludzie załatwić swoje sprawy i wpadają do fryzjera. – To też miasto bankierów i aptek – dodaje Karol Biedrzycki, inspektor PR z urzędu miasta. Nie kłamie. Przy ulicy Armii Krajowej na stumetrowym odcinku stoją cztery banki! Łącznie w małym Grójcu jest ich 19! Bogaty Grójec nie cieszy się jednak dobrą sławą. Nieprzychylnych powiedzonek o grójczanach powstało sporo: „Coś pan z Grójca?” – rzuca się, gdy ktoś się śmiesznie zachowuje.

W „Boso, ale w ostrogach” na początku lat 60. Stanisław Grzesiuk opisywał grójczan jako złodziejską nację. Grójca nie oszczędziły też ani serial „Dom”, ani filmy „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” czy „Nie lubię poniedziałku”, w którym padło: „Dżentelmen jezdni jest przyjacielem przechodnia. Ale jezdnia to nie pastwisko, łachudro z Grójca!”.

I słynne: „– Ożeż ty chamie z Grójca. – Nie z Grójca, tylko z Sulęcic”. Bo jak z Grójca, to też badylarz, czereśniak, cham, McIntosh, no i najgorszy kierowca, bo tylko ci z Grójca rozbijają się z własnej winy, bo jak z Grójca, to brawura. Kinematografia i literatura zrobiły swoje. Przekonał się o tym burmistrz. – Koniec lat 70., wchodzę z kolegami z Grójca do sklepu w Warszawie. Ogromna kolejka. Popatrzyłem i mówię głośno: „Ale po co tu stać, skoro możemy kupić w Grójcu?”.

Nie zdążyłem skończyć, a wystraszeni ludzie wybiegli ze sklepu – opowiada. – Podobnie z samochodami. Miałem auto na warszawskiej rejestracji, wszystko było w porządku. Potem przesiadłem się w drugie, z rejestracją grójecką WGR. Dojeżdżam nim do Warszawy, a kierowcy zajeżdżają mi drogę, bluzgają, wyzywają, że lepiej nie powtarzać. Gdy warszawiacy widzą rejestrację WGR, mówią: „Jadą Warzywa Gruszki Rabarbar”. Lub: „Wiejska Grupa Rozpoznawcza”.

W Grójcu lubią kulturę

„Cham z Grójca” zakiełkował w filmie polskim. I dzięki filmowi już dawno się odchamił. 6 czerwca na 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni nagrodę za rok 2010 w kategorii „dyskusyjny klub filmowy” otrzymał DKF Jasminum z Grójca. Pobił 120 innych DKF-ów z całego kraju, kluby z dużych miast, ośrodki kultury o długiej tradycji! DKF założył Grzegorz Rylski. Choć na studia wyjechał do Warszawy, to słabość do Grójca pozostała i wrócił. – W czasach liceum obejrzałem tutaj więcej filmów niż podczas pięciu lat studiów w Warszawie. Gdy uczyłem się w grójeckim ogólniaku im. Piotra Skargi, odbywały się spotkania z gwiazdami, np. Markiem Kondratem czy Grażyną Szapołowską – opowiada.

Jednak grójeckie kino podupadało. – Miałem wrażenie, że Grójcowi potrzebna jest kultura, a przy okazji chciałem znaleźć sobie miejsce pracy. Spisałem plan działania i zgłosiłem się z gotowym pomysłem. Wystartował pięć lat temu z 1–2 seansami w miesiącu. Na pierwszy film, „Jasminum” (stąd nazwa DKF), przyszło ok. 50 osób, na kolejny, „Plac Zbawiciela”, aż 81.

Teraz projekcje odbywają się w każdy piątek i sobotę, wstęp za jedyne 8 zł! Co najmniej raz w miesiącu organizowane jest spotkanie z wybitną osobistością świata filmu. Do grójeckiego DKF-u wpadli m.in.: Dorota Kędzierzawska i Artur Reinhart („Jestem”), Jan Nowicki („Fundacja”), Borys Lankosz („Rewers”), Feliks Falk („Enen”), Wojciech Smarzowski („Dom zły”) czy Robert Więckiewicz („Różyczka”). Kędzierzawska jest stałym bywalcem Jasminum. – Dzięki niej przyjechała do nas i Danuta Szaflarska, dzień po swoich 94. urodzinach! – opowiada Grzegorz. – I obiecała, że setne urodziny spędzi w Grójcu!

Rylski prowadzi też kino komercyjne, pomysł sprawdził na „Katyniu”, na który przyszło 2 tys. osób. Stwierdził, że w Grójcu jest miejsce i na DKF, i na komercję. Sam zajmuje się wszystkim: ustala repertuar, sprowadza filmy, negocjuje ceny, rozwiesza plakaty na mieście. Zanim sprowadzi jakikolwiek film, najpierw jeździ na przedpremierowe pokazy do Warszawy, śmieje się, że z własnej kieszeni płaci za to, by grójczanie byli zadowoleni. W kinie komercyjnym mają najnowsze, ambitne produkcje, a w DKF-ie klasykę, filmowe perełki. – Chcę, żeby lokalna społeczność była na bieżąco z tym, co najwartościowsze – mówi właściciel Jasminum.

Rumieniec większy od przeciętnego

5 października laury zdobyły i słynne jabłka grójeckie. Zostały wpisane przez Komisję Europejską do rejestru Chronionych Oznaczeń Geograficznych. To już 30. polski produkt z unijnym certyfikatem. Przed nimi do rejestru trafiły m.in.: oscypek, bryndza podhalańska, truskawka kaszubska. Jabłka grójeckie mają rumieniec większy od przeciętnego średnio o 5 proc., co dodaje im urody, ale też świadczy o wyższej zawartości antyoksydantów. Mają również kwasowość wyższą od przeciętnej dla danej odmiany, co daje im bardziej wyrazisty smak.

– Konkurentami Polski w uprawie jabłek są Włochy czy Hiszpania, ale ich jabłka są słodkie – ocenia Wojciech Kot z podgrójeckiego Uleńca, który sadownikiem jest od 25 lat. Ma 15 ha sadów, a także stację pogodową, sieci przeciwgradowe, korzysta z prywatnego doradztwa holenderskiego. W sadzie pana Kota jest rotacja – co roku hektar sadu przeznacza się na nową odmianę, obecnie podstawą są: Golden Delicious, Jonagored, Szampion, Ligol i Gloster.

– Cała produkcja, ok. 700 ton rocznie, idzie na eksport do krajów byłego ZSRR – mówi. Kot jest sadownikiem z powołania: – Nie ma dnia, żebym nie pojechał wieczorem i nie obejrzał sadu. Nawet jak wyjeżdża, to edukacyjnie. – W tym roku byłem w Austrii, żona w Holandii, a syn w Belgii. Z każdego kraju przywozi się wiedzę, podgląda nowe odmiany, sposoby produkcji. Same zbiory to raptem 30–35 dni roboczych, ale o sad trzeba dbać bez przerwy: przycinać drzewka, przesadzać, stosować środki ochrony.

– Na same środki chemiczne rocznie wydaję ok. 100 tys. zł – mówi Kot. – A jak zdarzą się przymrozki w czasie kwitnienia, to grozi nam bankructwo, bo kredyty na produkcję są wieloletnie. To setki tysięcy, nawet miliony. Gradobicie w 2005 roku zniszczyło całą produkcję, potem przez dwa lata żyliśmy na kredyt.

– Pośrednio lub bezpośrednio wszyscy mieszkańcy Grójecczyzny żyją z jabłek – mówi Janusz Różycki, wicestarosta Grójca. Są tu sady, ale też firmy handlujące jabłkami i przetwórnie, firmy dystrybuujące środki ochrony roślin czy sklepy zaopatrzenia ogrodniczego. Gdy z końcem października i początkiem listopada minie czas zrywania jabłek, następuje okres przetwarzania, eksportowania i przygotowania owoców do zimy. Chłodzone w specjalnych pomieszczeniach pod ciśnieniem czekają na drugie życie. Z jabłek grójeckich powstaje już wino. Niektórzy przymierzają się do robienia cydru. – Niepotrzebnie w Polsce pokutuje nazwa „jabol”, przecież choćby we Francji to rarytas. A calvados, mmm! – zachwyca się burmistrz.

Największy sad Europy

Produkcja jabłek w Grójcu ma prawie 500-letnią tradycję. Ich uprawą zajmowali się benedyktyni. W propagowaniu sadownictwa spore zasługi miała też królowa Bona, która w 1545 roku otrzymała ziemie grójeckie i okolice. Jabłonie rosły wtedy głównie przy dworach, klasztorach i plebaniach. Drugą szansę grójeckiej wsi dał XX wiek.

Wtedy to pojawili się w Polsce tzw. instruktorzy sadownictwa i słynny Witalis Urbanowicz, twórca swoistego dekalogu sadownika. Radził: „Nie zabijaj ogrodnictwa i nie zniechęcaj innych do niego, byle jak hodując byle jakie szczepy”. Czy: „Czcij i szanuj drzewko owocowe, bo w niem jest przyszłość kraju. Ty, bracie, będziesz miał setki za owoc, a kraj miliony i miliardy”. Mówił też, że każdy chłop powinien mieć przy domu sad owocowy, bo to warunek dostatku rodziny i wykształcenia dzieci. W 1918 roku powstała pierwsza w Polsce przechowalnia owoców, co umożliwiło sprzedaż jabłek w zimie. Po II wojnie światowej rozwój sadownictwa w okolicach Grójca był tak duży, że zainteresowano się nim z naukowego

punktu widzenia. Prof. Szczepan Pieniążek założył Instytut Sadownictwa i Kwiaciarstwa. Chłopi trudniący się sadownictwem stworzyli podstawy rodzinnej zamożności, co utrzymuje się do dziś. Gdy w latach 1929–35 trwał kryzys gospodarczy, na wsi grójeckiej postęp cywilizacyjny galopował, niemal w każdym domu był radioodbiornik, a dzieci sadowników kształciły się w najlepszych szkołach lub prywatnie.

Grójec ochrzczono wtedy „polską Kalifornią”. Z Grójecczyzny pochodzi jedna trzecia krajowych zbiorów jabłek. Wpłynęła na to nie tylko historia, ale i mikroklimat: we wrześniu i w październiku, miesiącach poprzedzających zbiory, nocą temperatura spada poniżej zera. To powoduje, że tutejsze jabłka w ciągu nocy rumienieją. – Tradycja dużo dała, ale też i wysoka kultura rolnicza.

Tutejsi sadownicy mają średnie i wyższe wykształcenie rolnicze – mówi z dumą burmistrz. Każdego roku organizowane jest Święto Kwitnących Jabłoni, Ogólnopolskie Spotkanie Sadowników i Jabłonalia – dożynki jabłkowe, podczas których wybierane jest Największe Jabłko Powiatu Grójeckiego. Konkurs wymyśliła Ewa Mróz ze Stowarzyszenia Rozwoju Wsi Kozietuły i Okolic. Rodzina Mrozów uprawia jabłonie od początku XX wieku. Jabłkiem 2010 roku została 886-gramowa antonówka, której obwód sięgnął wymiarów talii Scarlett O’Hary w gorsecie – 43 cm! W tym roku rozstrzygnięcie konkursu 26 listopada.

Grójec w kosmosie

W Grójcu wejścia do sklepów często mieszczą się na rogu budynków – to pozostałość po mieszkających tu Żydach. Grójec to w języku jidysz Gritza. Wyznawcy judaizmu zagościli tu pod koniec XVIII wieku. Powstała samodzielna gmina wyznaniowa, wzniesiono synagogę. W 1856 roku Żydzi stanowiliprawie 69 proc. populacji miasta. Grójec był typowym mazowieckim sztetlem. II wojna to zagłada grójeckich Żydów: rozstrzelania, getto, obozy. Latem 1943 roku ostatnich 200 zamordowano w lesie koło Góry Kalwarii. – Po wojnie wróciło ośmiu – opowiada burmistrz, z wykształcenia historyk. Zachowało się kilka fundamentów nagrobków tam, gdzie kiedyś był kirkut, w pobliżu ulicy Mogielnickiej, obok cmentarza katolickiego. Jednak w Grójcu poza resztką żydowskiej zabudowy pozostała też żydowska smykałka do handlu. – Mamy wysoki stopień zamożności. Na każdą rodzinę przypadają po dwa samochody. Sadownictwo jest motorem napędowym, ludzie dużo kupują, ale kwitnie też eksport.

W Grójcu zarejestrowanych jest 2,8 tys. firm. Bardzo aktywne miasto! – chwali burmistrz. Choć Grójec jest malutki, liczba mieszkańców zwiększa się z roku na rok: w 2004 roku miasto liczyło 14 875 mieszkańców, a pod koniec października 2011 roku – już 15 757! Skąd ta płodność, skoro Polska boryka się z niżem demograficznym? Kiedy po nowym podziale administracyjnym znikło województwo radomskie, ludzie zaczęli wyjeżdżać z Radomia – i biznes przeniósł się do Grójca.

Mają tu swoje fabryki i siedziby międzynarodowe koncerny: Faurecia Fotele Samochodowe Sp. z o.o., Peter Renz Ltd., Ferrero (Belsk Duży) czy ZTS Polska Sp. z o.o. Faurecia produkuje dziennie ok. 90 tys. prowadnic i 2 tys. konstrukcji siedzeń do samochodów. Liczby ogromne. Prawdopodobnie w co trzecim aucie jeżdżącym po Europie jest element z Grójca! – W 1997 roku Faurecia wybudowała tu swój zakład, wtedy mieli kilkudziesięciu pracowników, teraz prawie 1,5 tys. – opowiada Stolarski.

Grójec ma też Cukierniczą Spółdzielnię Inwalidów „Jedność”, w centrum miasta, przy ulicy Piłsudskiego. Wokół budynków fabryki powietrze ma inny zapach: słodki, landrynkowy. Produkują tu pastylki pudrowe, krówki. Za to jest coś, co w Grójcu bez względu na światowy kryzys gospodarczy zmniejsza się z roku na rok. Bezrobocie! – W sierpniu 2011 roku wynosiło w Polsce 11,6 proc., a w Grójcu 6–7 proc. Od lat takie się utrzymuje. Prężny Grójec ma swoje miejsce także w kosmosie.

W połowie lat 70. nad Mars zawitała sonda Viking, która przesłała stamtąd na Ziemię zdjęcia gór, wąwozów, dolin i kraterów. Na Komisję Nazewnictwa Międzynarodowej Unii Astronomicznej spadła nieoczekiwana praca – musiała je wszystkie ponazywać. Przyjęła zasadę, że marsjańskie kratery otrzymają nazwy małych ziemskich miasteczek z całego świata.

I tak krater o średnicy 39 km położony na 21°5” szerokości południowej i na 30°9” długości zachodniej nazwano Grójec. Niby mały, a większy niż miasto.

Tylko nie ma się u kogo ostrzyc. I jabłek brak. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JUDYTA SIERAKOWSKA

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Warzywa, gruszki, rabarbar