Wayne Rooney: Czas wzrostu, czas zbiorów

Jazz
opublikowano: 24-04-2009, 00:00

Sir Alex Ferguson, trener Manchesteru United, i Fabio Capello, włoski coach reprezentacji Anglii, pieją dziś w zgodnym chórze: kiedyś tylko bywał wielki, teraz nadszedł jego czas. Czy to apogeum kariery?

Dojrzał, na znakomitym poziomie ustabilizował formę, coraz mniej w jego pozaboiskowym życiu aroganckich, nieprzemyślanych, a czasem po prostu głupich zdań i zachowań.

Co nie oznacza, że Wayne Rooney pozbył się kantów i stał się cukiereczkiem do naśladowania dla szkolnej dziatwy. Nie tak dawno palnął na przykład o swej nienawiści do Liverpoolu i działacze — by nie prowokować kibiców i nie narażać się na represje piłkarskiego związku — na klubowej stronie Manchesteru United szybko tę wypowiedź ocenzurowali.

Dzieli ludzi. Przysadzisty, klocowaty, zadziorny i charakterny, z takich, co to nigdy nie odpuszczą. Daleko mu do wirtuozerii portugalskiego pięknisia i jednocześnie kolegi z Manchesteru — Cristiano Ronaldo. Buldog. Cel uświęca środki: strzelić gola za wszelką cenę. Może dlatego jego użytkowa technika gry, koncentrująca się na skuteczności, nie zawsze bywa doceniana. Nie, na boisku nie jest sympatyczny. Mimo niewątpliwie znakomitego sezonu, zwłaszcza ostatnich miesięcy, nie znalazł się wśród kandydatur na najlepszego piłkarza ligi (zgłaszali je zawodowi piłkarze). A przecież trafiło tam aż pięciu graczy Manchesteru: Giggs, Vidic, van der Sar, Ferdinand i Ronaldo... Z drugiej strony: zdaniem kibiców — głosowali na stronie federacji piłkarskiej — był jednak angielskim piłkarzem roku 2008.

Gra ostro, czasem reaguje impulsywnie. Na narodowego wroga nr 1 wyrósł (na jakiś czas) po kopnięciu w krocze Ricarda Carvalho i — w konsekwencji — czerwonej kartce w meczu z Portugalią. Kibice natychmiast obciążyli go za klęskę narodowej drużyny na mistrzostwach globu w Niemczech. Zresztą, Portugalczycy mają do niego pecha. Pepe Ferreira z FC Porto w czasie sparingu zarobił od niego łokciem w twarz. Skutek: znów czerwień i dyskwalifikacja na trzy mecze. "Czerwona kartka była nie fair, bo rywal również faulował. Niestety, reputacja Wayne’a sprawia, że karanie go stało się modne" — skomentował Ferguson. Inne zdanie miał jednak "Times": "To kolejny akt głupoty i agresji Rooney’a, który udowodnił, że mundialowy błąd niczego go nie nauczył".

Do kontrowersyjnego wizerunku przyczyniają się też jego wypowiedzi. Nie jest intelektualistą. Ale czy piłkarz musi być oratorem? Z polskiego podwórka wystarczy przypomnieć Deynę czy Kmiecika, którzy nie brylowali ani wykształceniem, ani przed kamerami, ale na boisku zamieniali się w nadzwyczaj inteligentnych — i skutecznych — graczy.

A życie prywatne? Jego pszenno-buraczana uroda, niekiedy okrutnie wyśmiewana przez niewyszukane i często obraźliwo-absurdalne porównania, nie przeszkadzała widać jego wieloletniej, szkolnej jeszcze, sympatii Colleen McLoughlin. Ślub zawarli w XVI-wiecznym zamku, wśród… trzepotu motylich skrzydeł (i znów "Wazza" wydał się na strzał: cóż za brak gustu!). Pasją Wayne’a są samochody. Drogie samochody: BMW X5, Cadillac Escalade, Chrysler 300C, Aston Martin Vanquish S, no i rozmaite niepospolite audi, porsche czy bentleye. Miewa stłuczki, bo jeździ ryzykownie. Sąd skazał go nawet na dodatkowe lekcje doskonalenia jazdy. Ale czy to pomogło?

Życzliwi mu obserwatorzy wskazują, że na rysy osobowości Rooney’a wpływ miała wielka kariera, która po prostu zaczęła się wyjątkowo wcześnie. Może za wcześnie. Urodzony w 1985 roku Wayne nie skończył 17 lat, gdy zagrał w Evertonie. Był też — wtedy — najmłodszym w historii debiutantem w reprezentacji Anglii (17 lat 111 dni), a kiedy przechodził do Manchesteru United, Czerwone Diabły — wcale nieskore do rekordowych zakupów — wyłożyły za niego 27 mln funtów (drożsi byli tylko Berbatow i Ferdinand). Na Euro 2004 młodzik został wicekrólem strzelców. Ale… Przydarzały mu się też ciężkie kontuzje, okresy bez bramek (co tłumaczono nieudolnie przekwalifikowaniem go z egzekutora na rozgrywającego), prywatne kłopoty.

Zmienia się. Z czasem coraz częściej trafia z dalszej odległości, zachowując jednakże niebywały instynkt w polu karnym — podobny do tego, jaki cechował kiedyś Emilia "Sępa" Butragueno w Realu Madryt. Gra też mniej egoistycznie. Owoc po prostu musi dojrzeć. Pewnie przyszedł czas zbiorów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jazz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu