Wciągnął ich wielki błękit

Małgorzata Grzegorczyk
opublikowano: 08-04-2009, 00:00

Jesteś fanem "Wielkiego błękitu" Luca Bessona? A może sam nurkujesz? Ktoś zainwestował w twoją pasję.

Kto nie zna "Wielkiego błękitu" — filmu o nurkach, którzy pod wodą czują przemożną chęć zejścia jeszcze głębiej, bo tylko tam istnieje dla nich prawdziwy świat. Ale niewiele osób wie, że rozpowszechnianie tego filmu, który na Allegro można kupić za 200 zł (wersja na blue ray, bez polskich napisów), być może jest już nielegalne.

— Nie mam stuprocentowej pewności. Jednak rok temu zwróciłem się do spółki Gaumont, producenta, który ma prawa do tego filmu, z prośbą o zgodę na rozpowszechnianie "Wielkiego błękitu" w Polsce. Prawa firmy Imperial, która w przeszłości dysponowała nimi w naszym kraju, już wygasły. Ale dotąd nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Zero reakcji — opowiada Marian Kubalica, prezes zarządu wydawnictwa — nomen omen — Wielki Błękit.

Nie będzie gadżetu

Chciał dołączyć "Wielki błękit" do książki Jacques’a Mayola "Homo Delphinus", jednego z dwóch bohaterów filmu. Tydzień temu wydawnictwo wprowadziło ją na rynek. Z 3 tys. egzemplarzy został tysiąc. Przed świętami będzie dodruk.

Kłopot z "Wielkim błękitem" może być związany z Enzo Maiorcą, drugim bohaterem filmu. O ile Jacques Mayol był konsultantem podczas kręcenia dzieła, to Maiorki nikt o zdanie nie spytał. Choć w filmie nosi inne nazwisko, wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. A w filmie Maiorca to prosty chłop, w którego rodzinie rządzi mamusia. Maiorca był oburzony, wytoczył producentowi wiele procesów. M. in. dlatego premiera "Wielkiego błękitu" we Włoszech odbyła się dopiero cztery lata temu.

— Kto wie, może Gaumont ma zakaz rozpowszechniania filmu? — zastanawia się Marian Kubalica.

Podwodny biznes

Na razie jego rodzinne wydawnictwo Wielki Błękit poradzi sobie bez filmu. Firma, która zaczęła od wydania śpiewników i podręczników dla żeglarzy, teraz będzie się koncentrować na nurkowaniu. Prezes Kubalica ocenia, że w Polsce jest 200 tys. nurków: 100 tys. rekreacyjnych plus rzesza przeszkolonych policjantów, marynarzy, żołnierzy i strażaków. Wraz z rodzinami i znajomymi to potencjalnie 1 mln czytelników.

Nurkowanie to w Polsce biznes. Są producenci pianek (np. Eques) i sprzętu (Squbatech), kilka czasopism (m.in. oczywiście jeszcze jeden "Wielki Błękit"), setki klubów, kilkadziesiąt polskich baz w Chorwacji, kilkanaście w Egipcie. Koniunkturę nakręciło kilka czynników.

— Dziś procedury szkoleniowe są na tyle proste, że można nauczyć nurkować nawet cegłę. Choć nurkowanie jest prawie dwukrotnie droższe od zwykłych wakacji, jednak koszty spadły. Sprzęt jest dziś naprawdę niezawodny. Poza tym zadziałała magia "Wielkiego błękitu" i innych wspaniałych filmów podwodnych — wyjaśnia Marian Kubalica.

Znów kontrowersje

W przyszłym roku fanów nurkowania może przybyć. James Cameron, reżyser takich filmów, jak "Obcy — decydujące starcie", "Terminator 2" czy "Titanic", kręci film "The Dive" oparty na biografii Ferrerasa Pipina (tytuł polskiego wydania brzmi: "Zanurzeni w wielki błękit"). Żona tego kubańskiego nurka Audrey Mestre zginęła w trakcie bicia rekordu.

— Pipin to postać bardzo kontrowersyjna. Mayol pisze w swojej książce, że Pipin oszukiwał: przy windzie, z którą nurkował, miał zamontowaną butlę z powietrzem. Są ludzie, którzy twierdzą, że relacje z żoną nie były idealne. Są tacy, którzy wręcz oskarżają go o niedopatrzenie — opowiada Marian Kubalica.

Jednym z tych ludzi jest Carlos Serra, współpracownik Pipina, autor książki "The Last Attempt".

— Chcieliśmy ją wydać, ale Carlos Serra, dotychczas bardzo aktywny na rozmaitych forach internetowych, po prostu zapadł się pod ziemię. Może amerykańska wytwórnia filmowa, która kręci film o Pipinie, zapłaciła mu za milczenie, a może odkupiła od niego prawa i za dwa lata zobaczymy jego wersję wydarzeń? — zastanawia się Marian Kubalica.

Mały Wielki Błękit

Na razie Wielki Błękit przygotowuje się do wydania drugiej książki Jacques’a Mayola (całkowicie beletrystycznej, opowiadającej o poszukiwaniu skarbów), profesjonalnych tytułów o nurkowaniu osób niepełnosprawnych czy o podwodnej fotografii.

Marian Kubalica wraz z rodziną zainwestował w Wielki Błękit 250 tys. zł. Spodziewa się, że wydatek zacznie się zwracać za 2-3 lata, gdy wydawnictwo będzie mieć w ofercie 30-40 tytułów. W tym momencie szuka cały czas kolejnych tytułów z rynków rosyjskiego, francuskiego, angielskiego i włoskiego.

Ale Wielki Błękit to nie tylko wydawnictwo. To także fundacja, która będzie się zajmować dwiema rzeczami: nauką nurkowania dla dzieci (wszystkie szkoły w Polsce przyjmują je dopiero od 11. roku życia) i propagowaniem nurkowania wśród osób niepełnosprawnych.

— We Francji czy Rosji dzieci też uczy się nurkować. Nie ma przeciwwskazań, by podczas nauki pływania wprowadzić pływanie w masce, z rurką, płetwami. Chcemy opracować moduł edukacyjny: naukę pływania dla dzieci w wieku 6-10 lat. Najpierw zaproponujemy współpracę 2-3 szkołom prywatnym, potem nakręcimy film i pójdziemy dalej — opowiada Marian Kubalica.

Wierzy też, że nurkowanie to dobry sport dla niepełnosprawnych.

— W ubiegłym roku nurkowałem z niewidomym człowiekiem. To niesamowite, że od razu załapał "pływalność zerową", czyli bardzo ważną umiejętność utrzymania się bez ruchu pod wodą na określonej głębokości — opowiada szef Wielkiego Błękitu.

Przyznaje, że więcej nurków to więcej potencjalnych czytelników jego książek, więc ma w tym interes. Ale czy ktoś, kto dzięki niemu poczuje wielki błękit, będzie miał o to żal? n

Założyli je w 2006 r. członkowie Warszawskiego Klubu Płetwonurków, najstarszego w Polsce (założonego w 1956 r.). Prowadzi je społecznie wraz z kolegami z klubu Karina Kowalska, pasjonatka historii nurkowania, tłumaczka, prywatnie żona szefa Warszawskiego Klubu Płetwonurków. W muzeum, które jest otwarte we wtorki w godz. 11-18, znajduje się 600 eksponatów, z których najstarszy ma ponad 100 lat.

Adres: Warszawa,

ul. Grzybowska 88.

Wstęp jest bezpłatny.

Jacques Mayol, jeden z bohaterów filmu "Wielki błękit", to francuski pisarz i sławny nurek bezdechowy. W 1976 r. jako pierwszy na świecie zanurkował na głębokość 100 m. Wierzył, że ludzi i delfiny wiele łączy (napisał książkę "Homo Delphinus"). W wieku 74 lat popełnił samobójstwo.

2

tys. zł

Za tyle można pojechać na wycieczkę do Egiptu...

3,5

tys. zł

... a tyle kosztuje wyjazd do Egiptu z nurkowaniem

214

metrów

Tyle wynosi rekord w nurkowaniu bezdechowym "no limits". Ustanowił go Herbert Nitsch w 2007 r.

Minimum własnego wyposażenia to: maska (150 zł), fajka (50 zł), płetwy (100-600 zł). Pozostałe elementy można wypożyczyć w bazie nurkowej. A jest tego sporo: automat do oddychania, jacket (kamizelka wypornościowa, 1500-1800 zł), skafander mokry z pianki neoprenowej do nurkowania w wodach ciepłych (od 1300 zł) lub suchy do nurkowania w wodach zimnych (od 3100 zł), komputer nurkowy (1600-4000 zł), manometr (300 zł, często razem z głębokościomierzem), czepek na głowę, rękawice nurkowe (150 zł), nóż nurkowy (60-335 zł), butla (1000 zł), wreszcie balast, czyli pas (20 zł) oraz ciężarek 1 kg (30 zł).

Małgorzata Grzegorczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Grzegorczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu