Wędliny robione z pasją

  • Materiał partnera
opublikowano: 30-10-2019, 09:16

70 lat rodzinnej tradycji i bogate doświadczenie to jedno, ale żeby dobrze wykonywać swoją pracę, trzeba ją też lubić. Tak właśnie jest w przypadku Elżbiety i Wojciecha Szymańskich, właścicieli masarni Lukullus

Wojenny kurz na dobre jeszcze nie opadł, gdy w sierpniu 1945 r. młody chłopak, Tadeusz Szymański, uzyskuje dyplom czeladnika wędliniarskiego, wydany przez Izbę Rzemieślniczą w Warszawie. W tym samym roku otwiera własny warsztat w Nowym Dworze Mazowieckim, gdzie uczył się zawodu u Arnolda Boldina, słynnego rzemieślnika pochodzenia niemieckiego. Jest to mały zakład, znajdujący się w części domu, w którym wyrabia głównie salcesony i kaszanki. Przygoda z własnym biznesem nie trwa jednak długo. Zmiany ustrojowe, nacjonalizacja przemysłu i zakaz prowadzenia prywatnej działalności gospodarczej zmuszają go do jego zamknięcia. Z zawodem jednak się nie rozstaje i przez kolejnych 20 lat pracuje w państwowej okręgowej masarni PSS Społem.

Po latach okazuje się, że miał nosa, nie pozbywając się starych przedwojennych maszyn, których kiedyś korzystał. Na początku lat 70., w efekcie reform wprowadzonych przez ekipę Edwarda Gierka, otwiera bowiem ponownie własny zakład pod nazwą Wyroby Wędliniarskie i Kaszanki. T. Szymański.
W 1978 r., po ukończeniu technikum przemysłu mięsnego, w rodzinnej firmie pracę rozpoczyna syn Tadeusza, Wojciech. W tamtym czasie jest to niewielki rzemieślniczy warsztat, w którym pracuje sześć osób, dziennie przerabiając około tony surowca.
Dwa lata później, z powodu choroby ojca, w wieku zaledwie 22 lat, Wojciech Szymański przejmuje rodzinny biznes. Okres jest trudny — stan wojenny, kartki na żywność, ciągły niedobór surowca rozdzielanego wśród rzemieślników przez cech. Sytuacja zaczęła się poprawiać dopiero pod koniec lat 80. wraz z uwolnieniem rynku mięsa.

Szynkowy szał
— Na początku lat 90. popyt na wędliny był tak duży, że nie nadążaliśmy z produkcją. W tamtym czasie jeszcze wiele czynności wykonywaliśmy ręcznie. To była ciężka praca. Żeby nadążyć za rosnącym popytem, musieliśmy zacząć inwestować w maszyny i sprowadzaliśmy używany sprzęt z Niemiec — tłumaczy Wojciech Szymański.
Firma zaczęła szybko się rozwijać. W związku z rodzącym się marketingiem produktowym, żeby odróżnić się od konkurencji, w 1992 r. zapada decyzja o zmianie nazwy na Lukullus. To na cześć rzymskiego wodza, który słynął z zamiłowania do luksusowych towarów i wystawnych uczt.
Szybko się też okazuje, że w dotychczasowej lokalizacji, niemal w centrum Nowego Dworu Mazowieckiego, dalszy rozwój będzie niemożliwy. W 1994 r. pojawia się okazja do kupna zakładu uboju i przetwórstwa mięsnego w niewielkim Leoncinie, położonym w otulinie Kampinoskiego Parku Narodowego. Pozwala to na skokowe, dziesięciokrotne zwiększenie wolumenu produkcji.
— Po zakupie część związaną z ubojem zlikwidowaliśmy i skoncentrowaliśmy się wyłącznie na przetwórstwie. Przez kolejne lata stopniowo inwestowaliśmy i rozbudowywaliśmy zakład — opowiada Elżbieta Szymańska, żona Wojciecha i współwłaścicielka Lukullusa.
W 2003 r., tuż przed akcesją Polski do Unii Europejskiej, w celu monitoringu procesu produkcyjnego oraz zapewnienia bezpieczeństwa żywności i deklarowanej jakości produkowanych wyrobów, Lukullus wdraża system HACCP. W tym samym roku zostaje wpisany na listę zakładów dopuszczonych do handlu z UE. W kolejnych latach firma implementuje międzynarodowe standardy bezpieczeństwa żywności IFS i BRC, które umożliwiają sprzedaż do dużych sklepów sieci handlowych w Polsce.
Ten ostatni pozwolił też na eksport do Wielkiej Brytanii. Jest to o tyle istotne, że po wstąpieniu Polski do UE wyemigrowało tam blisko 1 mln naszych rodaków. Wraz z nimi na Wyspach pojawiło się zapotrzebowanie na polską żywność — lepszą jakościowo i tańszą od angielskiej. Sami Polacy zaczęli otwierać na Wyspach sklepy, ale też sieci angielskie zainteresowały się zakupem i sprowadzaniem z Polski żywności. Według Wojciecha Szymańskiego w całej Wielkiej Brytanii jest około 1000 sklepów z typowo polskimi produktami, i to głównie tam trafiają eksportowane przez jego firmę wędliny.
Jak ujawnia szef Lukullusa, udział eksportu w sprzedaży ogółem to obecnie około 20 proc.
— Nasze produkty trafiają też na rynki niemiecki, irlandzki i holenderski — wymienia Wojciech Szymański.
Lukullus w 100 proc. jest kontrolowany przez rodzinę Szymańskich. Rozwój przedsiębiorstwa od lat odbywa się przy wykorzystaniu środków własnych oraz dotacji ze środków unijnych, co pozwoliło na modernizację i rozbudowę zakładu, zwiększenie mocy produkcyjnych, a przede wszystkim na wdrożenie systemów jakościowych i zapewnienia pełnego bezpieczeństwa produkowanych wędlin.
Obecnie rusza np. inwestycja, która zmodernizuje i zwiększy powierzchnię magazynową Lukullusa. Jest to istotne zwłaszcza w kontekście rozwijającej się współpracy z sieciami handlowymi, które mają w zwyczaju zamawianie jednorazowo większych partii towaru, którego przygotowanie i odpowiednie zapakowanie zajmuje więcej czasu i wymaga miejsca do składowania.
— Na tę inwestycję, wartą około 12 mln zł, mamy podpisaną umowę z Agencją Rynku Rolnego, która zwróci nam 50 proc. poniesionych kosztów — podkreśla Wojciech Szymański.
Firma zatrudnia obecnie około 180 pracowników. Jest zyskowna, a w 2018 r. wartość jej sprzedaży przekroczyła 100 mln zł. W tym roku oczekiwany jest podobny wynik.

Bez konserwantów
— Nasze dzienne zdolności produkcyjne to około 35 ton, natomiast średnia miesięczna sprzedaż to 500–550 ton wędlin. Mamy nadzieję, że zaplanowane inwestycje pozwolą nieco zwiększyć te liczby — zapowiada Wojciech Szymański.
Lukullus szczyci się tym, że jest producentem wysokiej jakości kiełbas i wędlin. Specjalizuje się w wyrobie produktów z wieprzowiny i drobiu. W portfolio ma ponad 100 produktów, które sprzedaje pod markami: Ojcowa Wędzarnia (segment premium), Lukullus (segment podstawowy) i Campino (segment ekonomiczny), a od niedawna także pod marką Natura.
— Zgodnie z obecnym trendem i zmieniającymi się oczekiwaniami konsumentów wprowadziliśmy do oferty linię produktów, do których nie używamy żadnych dodatków konserwujących występujących pod kodami E. Tylko sól i naturalne przyprawy. Klienci doceniają nasze produkty, a ich sprzedaż systematycznie rośnie — wyjaśnia Elżbieta Szymańska.
Jak już wspomniano, Lukullus nie zajmuje się ubojem. Korzysta głównie z dostaw mięsa od certyfikowanych polskich ubojni, ale w przypadku dużych braków surowca w kraju mięso sprowadzane jest od dużych dostawców z Hiszpanii i Niemiec.
Wędliny Lukullusa, zarówno pod markami własnymi, jak i odbiorców, można spotkać niemal we wszystkich dużych sieciach handlowych, jak Lidl, Kaufland, Tesco czy Auchan. To tzw. nowoczesny kanał sprzedaży, odpowiadający za około 60 proc. przychodów firmy z Leoncina. Pozostałe 40 proc. to kanał tradycyjny, czyli niezależne hurtownie dostarczające towar do mniejszych sklepów spożywczych.
Produkty Lukullusa są często wyróżniane i nagradzane. Przykładem są wielokrotne wyróżnienia za produkty zgłaszane do konkursu Produkt Najwyższej Jakości, organizowanego cyklicznie przez Instytut Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego pod patronatem Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Również inne liczne wyróżnienia, np. w konkursie Doceń Polski, potwierdzają najwyższą jakość produktów Lukullusa.

Jakość musi kosztować
Jak każdy biznes, także branża wędliniarska ma swoje bolączki. W ocenie Wojciecha Szymańskiego rynek mięsny w Polsce w najbliższych latach czeka trudny okres. Z jednej strony zmieniają się przyzwyczajenia konsumentów, którzy z różnych powodów zmniejszają albo wręcz eliminują spożycie mięsa. To jednak zagrożenie raczej średnio— i długoterminowe, rozłożone w czasie.
Natomiast tym istotniejszym jest niezdrowa relacja między wysokimi cenami mięsa, czyli surowca (windowanymi m.in. przez Chiny, które kupują coraz więcej wieprzowiny na światowym rynku), a stosunkowo niskimi cenami produkowanych z niego kiełbas i wędlin. To sprawia, że uzyskiwane przez polskich producentów marże są relatywnie niskie.
— Zetknąłem się ostatnio z opracowaniem ekonomistów, z którego wynikało, że w Polsce ceny wyrobów przetworzonych z mięsa są o około jedną trzecią niższe niż w Europie Zachodniej, przy porównywalnym koszcie surowca. Jakość ma swoją cenę. Jeśli taki stan rzeczy utrzyma się dłużej, to boję się, że już w przyszłym roku część firm z branży może tego nie wytrzymać — uważa szef Lukullusa. Jak mówi, ten okres trzeba po prostu przeczekać i utrzymywać koszty w ryzach.
— Jesteśmy dobrze do tego przygotowani. Nie jesteśmy zadłużeni. Mamy plany na przyszłość, powoli realizujemy kolejne, dobrze przemyślane inwestycje i zamierzamy rozwijać się dalej. Na spokojnie, w swoim tempie — podkreśla Wojciech Szymański.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Partner publikacji Lukullus

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu