Wiara przenosi góry - ale goli nie strzela

Jacek Zalewski
opublikowano: 06-06-2008, 00:00

Kraj zjednoczył się w oczekiwaniu i nadziei, że w niedzielę w Klagenfurcie piłkarze pierwszy raz w historii pokonają reprezentację Niemiec. Rzeczywiście, byłaby to dziejowa sprawiedliwość, wszak Polska ma już na rozkładzie chociaż raz wszystkich wielkich piłkarskiego świata — Brazylię, Argentynę, Anglię, Włochy, Francję, etc. — ale z Niemcami osiagaliśmy co najwyżej remisy. No, chyba że uwzględnimy bilans meczów z NRD — było trochę zwycięstw, ale i porażka 0:5 w Rostocku.

Mając wieloletnie doświadczenie proponuję ostudzenie młodszych kibicowskich głów. Kto raz się sparzył, inaczej podchodzi do oczekiwań sukcesu. Nasza redakcja znajduje się o pięć minut piechotą od byłego Stadionu Dziesięciolecia. W roku 1971 (aż trudno uwierzyć) wybrałem się nań z nadzieją świętowania zwycięstwa nad NRF (taki skrót nazwy wówczas obowiązywał) w meczu eliminacyjnym mistrzostw Europy. Niestety, mimo zdobycia przez Roberta Gadochę prowadzenia przegraliśmy 1:3. Ówczesnej goryczy nie mogła osłodzić nawet wiedza, że właśnie tamta ekipa trenera Helmuta Schöna była jedną z najlepszych drużyn w dziejach piłki nożnej, a według wielu ekspertów — wręcz najlepsza. My i tak się poryczeliśmy.

Wielotygodniowe przygotowanie medialno-polityczne do niedzielnego meczu i mobilizowanie społeczeństwa do jedności nie jest największym PR-owskim osiągnięciem w tej dziedzinie. Trzydzieści lat temu inny mecz Polska — RFN (nazwa państwa jak dzisiaj, ale były to, rzecz jasna, czasy podziału Niemiec) pobił propagandowy rekord wszech czasów. Otwierał mistrzostwa świata w Argentynie, był rewanżem za błotnistą porażkę z Frankfurtu, dla władzy państwowej miał zaś znaczenie strategiczne. Nadciągał już kryzys, który rozlał się w roku 1980. W tej sytuacji nawet trudno się dziwić, że wynik 0:0 uznany został za zwycięski remis, a towarzysz Edward Gierek wysłał do trenera Jacka Gmocha depeszę gratulacyjną! Notabene zajęliśmy wówczas ex aequo 5-6 miejsce na świecie, co społeczeństwo uznało niemal za klęskę. Ech, czasy...

Przypominam tamte mecze, abyśmy mocno trzymali kciuki — ale nie strzelali sobie w głowę, jeśli w niedzielę wieczorem podtrzymane zostanie fatum i reprezentacja Niemiec znowu okaże się lepsza. Wszak znakomity angielski napastnik Gary Lineker już dawno postawił tezę, że piłka nożna to taka fajna gra, w której wszyscy się starają i biegają po boisku, a na końcu i tak wygrywają Niemcy. Bardzo długo była ona prawdziwa, ale kilka razy została obalona.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Wiara przenosi góry - ale goli nie strzela