Wielka rura pod Bałtykiem - lament w Warszawie

Kazimierz Krupa
09-09-2005, 00:00

Polonocentryzm (nie mylić z patriotyzmem), na który po trosze — jedni mniej, inni więcej — cierpimy wszyscy, a który u naszych polityków jest porównywalny tylko z Czomolungmą, po raz kolejny, przy okazji „wielkiej rury pod Bałtykiem”, został ośmieszony, totalnie wręcz skompromitowany. Z czego, oczywiście, nie wynika żadna refleksja. Gorzej: wynika kolejna fala politycznej histerii.

W światłach reflektorów, z udziałem tracącego poparcie cara zmalałej Wszechrusi, prezydenta Władimira Putina, i będącego już praktycznie „na wypowiedzeniu”, jeszcze kanclerza Niemiec, Gerharda Schroedera, została w Berlinie podpisana umowa, pomiędzy rosyjskim Gazpromem, a niemieckimi firmami E.ON — Ruhrgas i BASF, o budowie Gazociągu Północnego przez Bałtyk. Wartość porozumienia określa się na ponad 4 mld euro. Koszt całej inwestycji, czyli gazociągu o długości ponad 3 tys. kilometrów, z czego 1188 kilometrów pod Bałtykiem, ocenia się na 10-12 mld euro, a z modernizacją północno-rosyjskich pól gazowych, nawet na 18-20 mld euro. W Berlinie lał się szampan, w Warszawie — łzy nad rozlanym mlekiem.

W Warszawie wspomina się o zdradzie, przez Niemcy, polskich interesów, co bardziej zapalczywi gotowi są porównywać porozumienie do paktu Ribbentrop — Mołotow, gdy tymczasem, jak w większości przypadków, chodzi o pieniądze. Marni, cierpiący na krótkowidztwo, analitycy, mówią o „księżycowej ekonomii” przy budowie tego gazociągu pod dnem Bałtyku, ponieważ „na lądzie taniej”. I owszem — taniej, ale tylko z pozoru.

Rosja eksportuje ponad 130 mld metrów sześciennych gazu rocznie, z tego przeważającą część do Europy zachodniej. Już dzisiaj prawie 25 proc. zużywanego przez kraje UE gazu pochodzi z Rosji, a w Niemczech nawet ponad 30 proc. Eksport ten przynosi kilkanaście miliardów euro rocznie, co stanowi kilkanaście procent przychodów dewizowych. Jest to więc interes absolutnie strategiczny. Plany są jeszcze większe: wzrost eksportu gazu, w perspektywie kilku lat, do 200 mld metrów sześciennych i istotne powiększenie wpływów dewizowych (gaz w UE jest kilka razy droższy niż w Rosji). Przesył tego surowca, który przynosi takie wpływy, przez niestabilną, kradnącą gaz Białoruś (z tego powodu Rosjanie w ubiegłym roku zakręcili kurek) i Polskę, z którą nie sposób się porozumieć co do budowy i eksploatacji drugiej nitki Gazociągu Jamalskiego, której politycy straszą swoje dzieci rosyjskim niedźwiedziem czyhającym na ich malutki PKN Orlen i jeszcze bardziej rachityczny Lotos — jest nieodpowiedzialnością. Drugi gazociąg, przez Ukrainę i Słowację, nie dość, że niewydolny, to jest również zagrożony poprzez niepokorną, targaną niepokojami, zbuntowaną Ukrainę. W tej sytuacji praktycznie nie ma konkurencji dla gazociągu pod Bałtykiem, który, po poniesieniu kosztów budowy, zapewni bezpieczny i bezkosztowy przesył do 50 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Przy okazji, w związku z prawem morskim nie pozwalającym na krzyżowanie się gazociągów pod dnem morza, zostanie zablokowany pomysł na wybudowanie rury z Zelandii do Polski, co uczyni gaz rosyjski jeszcze ważniejszym. W tej sytuacji poniesienie nakładów w wysokości kilku miliardów euro może się okazać złotym interesem. Tak mogło wyglądać uzasadnienie tej decyzji ze strony rosyjskiej. Czy można mu coś zarzucić?

U Niemców przeważył pragmatyzm: jest długofalowy interes, można bezpośrednio sprowadzać tani gaz rosyjski — wchodzimy w to. W Polsce, na razie, dominuje histeria i ględzenie o bezpieczeństwie energetycznym, którego żaden z polityków nie potrafi nawet zdefiniować. A jak się nauczy, to już z każdej strony będzie płynął rosyjski gaz i rosyjska ropa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Surowce / Wielka rura pod Bałtykiem - lament w Warszawie