Wielka wyspa skazańców

Adam Sofuł
25-01-2008, 00:00

Kraj na końcu świata. Trafiało się tam za karę. Dziś wielu marzy, by odwiedzić to wspaniale miejsce.

Kraj na końcu świata. Trafiało się tam za karę. Dziś wielu marzy, by odwiedzić to wspaniale miejsce.

Najprawdopodobniej pierwsi Australię zobaczyli Portugalczycy. Lądowali na niej na początku XVII w. także Holendrzy (nawet nazwali ten ląd Nową Holandią), ale nikt nie zagrzał tam długo miejsca. Niegościnna pustynia, brak bogactw i uznani za dzikusów Aborygeni odstraszali podróżników.

„Zmuszeni byliśmy wracać, nie znalazłszy niczego pożytecznego, co można by tam robić” — usprawiedliwiał swój odwrót z półwyspu York holenderski żeglarz Willem Janszoon.

Pod koniec XVIII w. Wielka Brytania miała parę poważnych problemów. Amerykańska wojna o niepodległość i utrata tamtejszych kolonii oznaczała mniejsze przychody, ale też — jakbyśmy to dziś nazwali — problem penitencjarny. Dotychczas skazańców czekała zsyłka do Georgii i Maryland. Po wybuchu wojny o niepodległość skazańców trzymano na barkach zakotwiczonych na Tamizie.

W miarę upływu czasu barek przybywało. Coś z tym trzeba było zrobić. Wówczas sir John Banks przypomniał sobie o niedawnej wyprawie Jamesa Cooka. Niewykluczone, że na wybór tego miejsca na cel zesłania miały opi- nie o niegościnności nowe- go lądu.

Pierwsza flota

W maju 1787 r. z Portsmouth wyruszyło 11 statków pod dowództwem kapitana Arthura Phillipa (na zdjęciu u góry) z 1420 ludźmi na pokładach. Celem było miejsce, w którym kilkanaście lat wcześniej kotwiczył Cook — Botany Bay (Zatoka Botaników), nazwana tak ze względu na olbrzymie ilości nieznanych dotąd w Europie roślin, zebranych przez botaników Johna Banksa i Daniela Solandera wchodzących w skład wyprawy Cooka .

Flota Phillipa dotarła tam 18 stycznia. Czekało ją rozczarowanie. Roślin zatrzęsienie, ale brak słodkiej wody, a cieszące botaników okalające zatokę bagna i piaski nie nadawały się do uprawy. „Jeżeli będziemy musieli się tu osiedlić, to za rok nie zostanie z nas żywej duszy” — zanotował jeden z uczestników wyprawy.

Phillip musiał szukać dalej. Popłynął nieco na północ, gdzie — jak zanotował Cook — był znakomity natural- ny port, nazwany przezeń na cześć przyjaciela Port Jackson.

Właśnie tam — naprzeciw dzisiejszego gmachu Opery — Phillip dał rozkaz do roz- ładunku statków. Był 26 sty-cznia 1788 r. Po toastach za szczęśliwe zakończenie podróży skazańcy i strażnicy przystąpili do budowania osady. Na część ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Phillip nazwał ją Sydney, sam też się uhonorował — został pierwszym gubernatorem Nowej Południowej Walii.

Od kolonii do metropolii

Osadnicy nie mieli łatwego życia. Przywiezione z Anglii ziarno nie chciało kiełkować, bydło zdziczało, a większość owiec zjedzono już na początku pobytu. Sytuację uratowała druga flota, która wylądowała z nowymi zapasami w 1790 r.

Do 1868 r., w którym Australia przestała być miejscem zsyłki, trafiło tam 160 tys. więźniów. Oni stworzyli ten kraj. W pierwszej połowie XIX w. wielki wkład w rozwój miasta wniósł szanowany architekt Francis Greenway, który w Anglii był równie szanowanym fałszerzem. Impulsem do rozwoju miasta sta- ła się w połowie XIX w. gorączka złota, kiedy ludność miasta wzrosła w ciągu 40 lat z 60 tys. do 400 tys.

Dziś Sydney to ponadczteromilionowa, wielokulturowa metropolia ze słynnymi w całym świecie Harbour Bridge (zwanym również stojakiem na grzanki) i gmachem Opery. Mieszkańcy twierdzą, że to najlepsze miejsce na świecie. A to dowód, że nawet na najbardziej niegościnnej ziemi można się jakoś urządzić.

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Wielka wyspa skazańców