Wilk wśród niewolników

Robert Rybarczyk
opublikowano: 25-10-2018, 22:00

W Nepalu, po trzęsieniu ziemi, organizował działania ratowników medycznych i lekarzy. W Sudanie Południowym przygotowywał pomoc dla tysięcy niewolników uwolnionych z Darfuru. Teraz Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, wysyła do Mosulu 500 wyprodukowanych w Polsce domków modułowych.

— Byłem z dziećmi na wakacjach. Ktoś rzucił garść petard. W ułamku sekundy pociągnąłem dzieci, by się schronić za dużą, betonową donicą — ku zdziwieniu i rozbawieniu innych turystów. Pewne sytuacje z naszych misji zostawiają trwały ślad — mówi Wojciech Wilk, szef fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, wysyła do Mosulu 500 wyprodukowanych w Polsce domków modułowych.
Wyświetl galerię [1/5]

Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, wysyła do Mosulu 500 wyprodukowanych w Polsce domków modułowych. Fot. Archiwum PCPM

Takie sytuacje to np. zamach bombowy Al-Kaidy na biuro ONZ w Bagdadzie w 2003 r. Zginęło 21 ludzi. Wśród 160 rannych był Wojciech Wilk.

Pomoc przy odbudowie

„Na podstawie analizy satelitarnej ONZ oszacowało, że liczba uszkodzonych budynków wynosi około 32 tys. (…) Ze znacznej części Mosulu został gruz. (…) Rekonstrukcja miasta i powrót cywilów będą kosztowały około miliard dolarów. (…) Milion ludzi opuściło miasto. To niemal połowa ludności, która mieszkała tam przed wojną” — podaje BBC w raporcie o trzecim największym mieście w Iraku.

Dla porównania: Urząd Statystyczny w Warszawie w spisie ludności i mieszkań z 2011 r. ogłosił, że w stolicy Polski jest 79 tys. budynków, zaś mieszkańców niemal 1,8 mln. Czyli tyle, ile było w Mosulu, zanim ISIS zrobił z tego miasta stolicę irackiej części „kalifatu”.

— Polacy wiedzą, jaki los spotkał Aleppo w Syrii, którego połowa została zniszczona wskutek bombardowań armii syryjskiej i rosyjskiego lotnictwa. Ale mniej osób zdaje sobie sprawę, że podobnie zniszczone są Mosul czy Rakka, do niedawna stolica tzw. Państwa Islamskiego. Te miasta zostały odbite przez armię iracką i siły kurdyjskie wspierane przez amerykańskie lotnictwo. Zniszczenia miast w Syrii i Iraku są ogromne. W Syrii ponad 35 proc. budynków jest uszkodzonych lub zburzonych. To większy odsetek niż w Polsce po II wojnie światowej — twierdzi Wojciech Wilk.

Właśnie wysyła do Mosulu 500 wyprodukowanych w Polsce domków modułowych, by uchodźcy mogli rozpocząć odbudowę własnych domostw. Część z nich trafi do chrześcijańskich rodzin w Dolinie Niniwy.

Przetrwasz Sudan, wszystko inne to betka

Wojciech Wilk założył i od 12 lat prowadzi organizację pozarządową PCPM, która niesie pomoc humanitarną tam, gdzie jest najbardziej potrzebna, m.in. w Sudanie Południowym, Palestynie, Libanie, Iraku i Syrii.

— Najtrudniejszą misją był dla mnie Sudan Południowy w latach 2004-06. Ponad rok mieszkałem w namiocie, często bez prądu i lodówki, choć temperatury dochodziły do 50 stopni Celsjusza. W tych warunkach musiałem zbudować obóz dla siebie i współpracowników oraz elektrownię solarną. Udało się dzięki umiejętnościom wyniesionym z zajęć praktyczno-technicznych w szkole podstawowej, bo przecież jestem humanistą... Jednocześnie musiałem koordynować ONZ-owską pomoc humanitarną dla 100 tys. powracających uchodźców, ofiar głodu i suszy, oraz tysięcy niewolników uwolnionych z Darfuru w północnym Sudanie. Wiele osób, zajmujących się pomocą humanitarną, twierdzi, że po pracy w Sudanie Południowym wszystko inne jest proste — wspomina Wojciech Wilk.

PCPM niesie pomoc ratunkową po klęskach żywiołowych i katastrofach, humanitarną i rozwojową. W odpowiedzi na kryzysy humanitarne centrum pomaga głodującym w Sudanie Południowym, a także uciekinierom z tego kraju i z Konga, którzy schronienie znaleźli w Ugandzie. Od 2012 r. wspiera uchodźców syryjskich, przebywających w Libanie. Pomocą długoterminową jest tam objętych prawie 100 tys. uchodźców. Zapewniono im mieszkania, schronienia w namiotach, dostęp do opieki zdrowotnej i edukacji. Działania są prowadzone w koordynacji z Organizacją Narodów Zjednoczonych (ONZ).

Ważnym elementem jest tzw. pomoc rozwojowa. W Kenii i Gruzji PCPM prowadzi projekty, które mają na celu przełamanie barier i ograniczeń w szybszym rozwoju, szczególnie gospodarczym. Stworzono program wsparcia straży pożarnej w Kenii, a wcześniej w Etiopii i Sudanie Południowym. Szkoli się w Afryce strażaków zawodowych i ochotników, bo w wielu miejscach brakuje jakiejkolwiek służby pożarniczej. Stanowi to problem dla mieszkańców i jest barierą dla przedsiębiorców w podjęciu decyzji inwestycyjnej, np. o ulokowaniu fabryki. To hamuje rozwój rynku pracy. A kiepska sytuacja ekonomiczna mieszkańców Afryki napędza masowe migracje. W Kenii, dzięki polskim funduszom, przeszkolono ponad połowę strażaków w tym kraju.

Przykładem pomocy ratunkowej PCPM mogą być działania ratowników medycznych i lekarzy w Nepalu po trzęsieniu ziemi w 2015 r. Nieśli pomoc w jednym z najbardziej zniszczonych regionów. W kolejnych latach medyczny zespół szybkiego reagowania PCPM ratował ofiary powodzi w Bośni i Hercegowinie oraz w Peru, jak również podczas kryzysów uchodźczych w irackim Kurdystanie i w Ugandzie.

Od trzęsień ziemi po rewolucje

PCPM pomaga poza granicami Polski, bo — jak twierdzi Wojciech Wilk — w naszym kraju działa już wiele wspaniałych organizacji.

— Pracowałem przy 16 kryzysach humanitarnych. Widziałem całe spektrum tragicznych sytuacji — od trzęsień ziemi i tsunami po rewolucje, wojny domowe i masowe ruchy uchodźców. Skupiam wysiłek PCPM na dziedzinie, na której się znamy. Nasze projekty są innowacyjne, co jest wymuszone skromnymi środkami, jakimi dysponujemy. Wprowadziliśmy np. karty bankomatowe dla uchodźców syryjskich w Libanie. Taka zapomoga ma dwie zalety: niższe koszty operacyjne, przez co więcej pomocy dociera do potrzebujących, i poszanowanie godności osób, które stały się zależne od pomocy humanitarnej — mówi Wojciech Wilk.

Uważa, że nie mógłby prowadzić fundacji, niosącej pomoc poza granicami Polski, gdyby nie ponad 12 lat pracy w ONZ. Trafił tam najpierw w 2000 r. jako stażysta, kiedy studiował stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim. Po ukończeniu studiów pracował w Biurze Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców w Kosowie (UNHCR) w latach 2002-03. Był odpowiedzialny za powrót uchodźców po wojnie i czystkach etnicznych w 1999 r. Potem pracował siedem lat na Bliskim Wschodzie.

— Widziałem skutki wojny w Iraku, masowe ruchy uchodźców i sytuację w Jemenie, Syrii czy Egipcie przed i podczas rewolucji w 2011 r. Przez dwa lata zajmowałem się w ONZ związkiem pomocy humanitarnej z międzynarodową dyplomacj — dodaje prezes PCPM.

Na swoich misjach spotkał na tysiące uchodźców.

— To ludzie doświadczający takiego samego losu jak miliony naszych rodaków podczas II wojny światowej czy lat komunizmu. Polscy uchodźcy byli osiedleni od Kanady przez Zimbabwe po Australię. W dodatku nasz naród był odbiorcą największej spontanicznej operacji pomocy humanitarnej w XX w., czyli paczek dla Solidarności. Polscy uciekinierzy przed wojną i komunizmem otrzymali wiele wsparcia i pomocy z innych krajów. Teraz, jako 23. gospodarka świata, możemy sobie pozwolić na niesienie pomocy innym narodom — uważa Wojciech Wilk.

Uchodźcy, docierający z Syrii przez Turcję do Grecji, musieli zapłacić przemytnikom nawet 2500 USD za osobę. Czy są to najbiedniejsi i najbardziej potrzebujący mieszkańcy Syrii, gdzie średnia pensja wynosiła w 2011 r. 150 USD?

— Raczej nie. Dlatego nieustająco apelujemy, by nie ograniczać spojrzenia na problem uchodźców i migrantów, biorąc pod uwagę tylko tych, którzy docierają do Europy. Na Bliskim Wschodzie jest 15 milionów uchodźców, którzy codziennie zmagają się z brakiem nadziei na lepsze jutro. To oni potrzebują pomocy humanitarnej, która niestety w ostatnich latach maleje — wskazuje Wojciech Wilk.

Przyznaje, że zupełnie inną sprawą jest nielegalna migracja z Afryki napędzana brakiem nadziei na godne życie. W gospodarkach krajów afrykańskich problemem jest stworzenie miejsc pracy dla milionów młodych. Klucz do odzyskania kontroli nad ruchami migracyjnymi to skuteczne odniesienie się do przyczyn migracji. W przypadku Afryki idealnym rozwiązaniem byłyby programy stymulujące tworzenie miejsc pracy przez miejscowych przedsiębiorców.

17,5 mkw. do życia

PCPM wysyła teraz składane, lekkie domki, z których zbuduje tymczasowe ośrodki zdrowia dla uchodźców z Sudanu Południowego. Podobną pomoc kieruje do Iraku, gdzie te konstrukcje będą służyły jako tymczasowe mieszkania.

Powierzchnia jednego domku to 17,5 mkw. Każdy zaopatrzony jest w panel solarny i lampę diodową z wyjściem USB, co pozwoli na ładowanie urządzeń elektrycznych. Żywotność takiego tymczasowego schronienia to trzy lata, wartość — 6,1 tys. zł. Domki są składane w paczkach i gotowe do samodzielnego montażu. Każda paczka waży ponad 160 kg.

Jednym z największych wyzwań w programach pomocy humanitarnej jest logistyka. Do przetransportowania 500 kontenerów potrzeba 250 ciężarówek. W przypadku 500 lekkich domów modułowych, które centrum wysyła do Mosulu, potrzeba tylko 16 tirów. Domy są produkowane w Polsce. UNHCR kupuje ich 15 tys. rocznie. Można je znaleźć w obozach dla uchodźców na całym świecie, szczególnie w Afryce. W zniszczonym Mosulu trafią do rodzin powracających do swoich zbombardowanych domów. Ponowne zasiedlanie miasta przebiega powoli, gdyż cywile nie mogą powrócić bez miejsca do zamieszkania. A bez fizycznego powrotu nie kwalifikują się do pomocy przy odbudowie. Tymczasowy dom modułowy, postawiony obok ruin zniszczonego domu, rozwiązuje ten dylemat i daje rodzinie miejsce do zamieszkania w czasie odbudowy.

W Ugandzie przeznaczenie lekkich domów modułowych będzie inne. Każdy stanie się osobnym pomieszczeniem w trzech ośrodkach zdrowia dla uchodźców z Południowego Sudanu. Te tymczasowe konstrukcje mogą przetrwać pięć lat. Obecnie w największym w Afryce obozie Bidi-Bidi, gdzie mieszka 280 tys. ludzi, którzy uciekli przed wojną i głodem, kliniki są zbudowane z plastikowych plandek, będących zarówno ścianami, jak i dachem.

PCPM, oprócz świadczenia pomocy humanitarnej i rozwojowej w ośmiu krajach, prowadzi medyczny zespół szybkiego reagowania, działający w systemie Światowej Organizacji Zdrowia. W jego skład wchodzi ponad 100 lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych i innych specjalistów, w tym od pomocy humanitarnej, którzy są gotowi wyjechać w ciągu 24 godzin do kraju dotkniętego klęską żywiołową lub innym kataklizmem. Na wyposażeniu zespołu są szpital polowy i trzy tony sprzętu. Pod koniec września 2018 r. byli gotowi nieść pomoc medyczną ofiarom tsunami i trzęsienia ziemi na wyspie Celebes w Indonezji. Działania podejmowane są w ramach międzynarodowej akcji pomocowej koordynowanej przez ONZ i Światową Organizację Zdrowia.

Oznacza to, że ratownicy nie jadą do kraju dotkniętego katastrofą, jeżeli miejscowy rząd i ministerstwo zdrowia nie potrzebują oferowanej pomocy. Tak też się stało we wrześniu, ponieważ Indonezja ma dobrze działający mechanizm reagowania kryzysowego. Inaczej było podczas trzęsienia ziemi w Nepalu w kwietniu 2015 r. Centrum dotarło do Katmandu w 46 godzin po katastrofie jako ósmy międzynarodowy zespół medyczny. Zostali skierowani przez nepalskie ministerstwo zdrowia do doliny, w której zginęło ponad 1,5 tys. osób. Zespół musiał mieszkać w namiotach ze względu na wstrząsy wtórne i jeść przywiezioną ze sobą żywność, bo cały Nepal na tydzień przestał funkcjonować. Nepalczycy pojechali ratować swoje rodziny. Aby specjaliści mogli tak szybko wyjechać z Polski, wyposażenie szpitala polowego leży spakowane do wyjazdu w magazynie, a współpracownicy centrum mają w domach przygotowane zawczasu torby, by móc błyskawicznie dotrzeć na lotnisko.

— Zabieramy wyposażenie, pozwalające działać w najtrudniejszych warunkach, czyli: jedzenie, systemy oczyszczania wody, generatory prądu, namioty, leki i środki opatrunkowe. Naszą misją jest ratowanie życia, ale także bycie jak najmniejszym obciążeniem dla kraju dotkniętego katastrofą — deklaruje szef PCPM.

Późny lunch ratuje życie

Praca w takich warunkach to stałe zagrożenie. Ale Wojciech Wilk przyznaje, że 99 proc. sytuacji niebezpiecznych, z którymi spotykają się pracownicy organizacji humanitarnych, to wypadki drogowe i akty przestępczości. Pozostałe 1 proc. zagrożeń to ataki i porwania. Organizacje pomocowe próbują je zminimalizować, unikając ryzyka i miejsc niebezpiecznych oraz przestrzegając procedur bezpieczeństwa, które ma także każda misja zagraniczna PCPM.

— Najniebezpieczniejszą sytuacją, jaka mnie spotkała, był samobójczy zamach bombowy przeprowadzony przez Al-Kaidę na biuro ONZ w Bagdadzie w sierpniu 2003 r. Prowadzona przez zamachowca samobójcę ciężarówka była wyładowana 750 kg materiałów wybuchowych. Eksplozja spowodowała zawalenie się części budynku, śmierć ambasadora ONZ w Iraku i 21 innych pracowników. 160 osób było rannych, w tym ja. Bomba eksplodowała nie więcej niż pięć metrów od mojego pokoju i miejsca pracy. Uratował mnie późny lunch, który o godz. 15.30 jadłem po drugiej stronie budynku — wspomina Wojciech Wilk.

Działania PCPM są finansowane z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Unii Europejskiej i ONZ. Ogromnie ważne jest wsparcie indywidualnych sponsorów.

— Dzięki prywatnemu finansowaniu mogliśmy dostarczać pomoc na zimę dla tysięcy uchodźców syryjskich. Finansowaliśmy operacje w Libanie dla dziecięcych uchodźców z Syrii, ratowaliśmy życie ponad 3,5 tys. dzieci głodujących w Południowym Sudanie. W tym roku priorytetową potrzebą jest zakup kilku tysięcy plastikowych plandek. Będą użyte do zabezpieczenia przed deszczem i śniegiem namiotów uchodźców w Libanie i zniszczonych domów osób powracających do Homs w Syrii. Jest tak samo zrujnowane jak Aleppo czy Mosul — wylicza szef PCPM.

Dzięki takim działaniom dają potrzebującym pomocy szansę na powrót do normalności. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Rybarczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wilk wśród niewolników