Wino spod Sandomierza

AGNIESZKA RODOWICZ
opublikowano: 30-08-2017, 22:00

Marceli i Monika Małkiewiczowie są jednymi z najmłodszych winiarzy w Polsce, którzy wprowadzili wino do obrotu.

Ta historia zaczęła się tak naprawdę w dwudziestoleciu międzywojennym. Marceli Borkowski obsadził wtedy winoroślą kilka hektarów pod Sandomierzem. Nie było to żadną ekstrawagancją. Na Wyżynie Sandomierskiej winorośl uprawiano i wytwarzano wino od wieków. Marceli Borkowski uprawiał jednak głównie winogrona deserowe. I tylko trochę gron na wino — przede wszystkim mszalne. Nawet za PRL-u władza, o dziwo, patrzyła na to przez palce. Dzięki temu winnica przetrwała do lat 80. XX w. Gdy Marceli Borkowski zmarł, przekształcono ją w plantację leszczyny.

Marceli i Monika Małkiewiczowie są jednymi z najmłodszych winiarzy w Polsce, którzy wprowadzili wino do obrotu
Wyświetl galerię [1/2]

Marceli i Monika Małkiewiczowie są jednymi z najmłodszych winiarzy w Polsce, którzy wprowadzili wino do obrotu fot. Agnieszka Rodowicz

Na wsi z dziada pradziada

Marceli Małkiewicz, prawnuk Marcelego Borkowskiego, urodził się i wychował na wsi. Jego rodzice mieli w Górach Wysokich pod Dwikozami gospodarstwo rolne, a także przetwórnię kiszonej kapusty i ogórków. Kontynuując rodzinną tradycję, studiował ogrodnictwo. A po cichu marzył, by odtworzyć winnicę. I robić wino.

Dobrze trafił. W Polsce zaczęto się właśnie po latach zapaści interesować uprawą winorośli i produkcją wina. Na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie, gdzie Marceli Małkiewicz studiował, stworzono doświadczalną winnicę. Zdobywał tam pierwsze enologiczne szlify. I spotykał Monikę, młodszą o rok studentkę tego samego wydziału (ogrodnictwo z marketingiem). Ona także interesowała się winoroślą. Pisała na jej temat pracę dyplomową. Zaczęli od rozmów o winorośli, skończyli ślubem. Po studiach przyjechali do Gór Wysokich z pomysłem stworzenia winnicy.

— Kilkuhektarowa winnica to inwestycja rzędu miliona złotych — mówi Marceli Małkiewicz. Jako dwudziestokilkulatkowie nie mieli oczywiście takich pieniędzy. Ale Marceli — po pierwsze — odziedziczył dom po babci i ziemię po pradziadku. Po drugie — jego rodzice zgodzili się, by młodzi korzystali z ich budynków gospodarczych, maszyn i narzędzi. Z oporami, ale zaakceptowali też pomysł posadzenia winorośli na wino.

Dziesięć odmian dla odmiany

W 2010 r. młodzi Małkiewiczowie obsadzili dwa hektary wapiennych pagórków sadzonkami dziesięciu różnych szczepów winogron.

— Dziś zasadziłbym trzy odmiany, bo z jednej można zrobić cztery rodzaje wina. A z dziesięciu — pięćdziesiąt, a tyle robić nigdy nie będziemy, więc z mniejszą różnorodnością szczepów byłoby nam łatwiej z winobraniem, bo każdy dojrzewa kiedy indziej, z butelkowaniem, etykietowaniem. I lepiej byśmy na tym wyszli ekonomicznie — opowiada Marceli Małkiewicz. Przez pierwsze lata wszystkie prace w winnicy wykonywali sami. Zadbali o każdy krzew.

— Wiedziałem, że wysiłek włożony w winnicę przeniesie efekt w winiarni. Zdrowy, dojrzały owoc daje dobrej jakości wino — wyjaśnia właściciel. Winnica odpłaciła z nawiązką.

— Zakładaliśmy, że pierwsze butelki wina sprzedamy w 2015 r. Udało nam się to dwa lata wcześniej — nie kryją dumy oboje. Mało tego, już pierwsze wina marki Sandomirius zdobyły nagrody na krajowych i międzynarodowych konkursach. I nadal zdobywają. Dwa lata temu była główna nagroda dla najlepszego wina wytrawnego na Międzynarodowym Festiwalu Galicja Vitis w Łańcucie. W zeszłym roku na Morawach zdobyli złoty medal za wino różowe i srebrny za białe półsłodkie.

— Czesi nie są zbyt skorzy, by przyznawać nagrody Polakom. Bo niby dlaczego taki nieznany winiarsko kraj miałby zbierać nagrody? — mówi z przekąsem Marceli Małkiewicz. Ale nie mają wyjścia, bo Polacy są naprawdę dobrzy. Bardzo szybko się uczą, stosują najnowocześniejsze metody i aż nadmiernie dbają o krzewy — wyjaśnia sukces polskich win.

Zależni od siebie i pogody

Nagrody nagrodami, ale dla Małkiewiczów najważniejsi są klienci i ich opinie. Od początku założyli, że chcą przyciągnąć ludzi do winnicy. Nie ogrodzili jej więc, a zaglądających z ciekawości turystów oprowadzali po uprawie, tłumaczyli, jak powstaje wino, i zapraszali na degustacje. Początkowo odbywały się w małej piwniczce, która kiedyś służyła do przechowywania żywności.

Gdy zaczęły przyjeżdżać większe grupy, podejmowali je pod namiotem. A że z roku na rok przyjeżdża o 500 osób więcej (w zeszłym roku było już około trzech tysięcy gości), więc wybudowali i urządzili profesjonalną salę do degustacji. W obsłudze pomagają im pracownica i mama Marcelego Małkiewicza. — Dzięki takiemu modelowi jesteśmy zależni tylko od siebie, od tego, jakie wino zrobimy i jak zajmiemy się gośćmi. Na półce sklepowej bylibyśmy anonimowi, zależelibyśmy od sprzedawcy. We własnej winnicy jesteśmy niezależni od dystrybutorów — mówi Marceli Małkiewicz.

— Poza tym bardzo lubimy kontakt z ludźmi, cieszy nas, gdy odkrywają, że polskie wina są dobre — dodaje Monika Małkiewicz. Jest jednak coś, na co wpływu nie mają. To pogoda. W tym roku były przymrozki w maju, gdy młode pędy winorośli są bardzo wrażliwe. Uratowali je, okadzając winnicę dymem. Mają dużo owoców, choć dla winiarstwa to słaby rok. W zeszłym roku okolicę nawiedził grad. Na szczęście do nich nie dotarł.

— Mieszkamy w dolince osłoniętej od silnych wiatrów, burze przechodzą łagodnie. Ale ubezpieczamy się od niektórych żywiołów, na przykład gradu, który jest największym zagrożeniem dla winnicy. Może ją kompletnie zniszczyć — wyjaśnia właściciel.

Wino, sok, herbata

Produkują około 15 tys. litrów wina. To jeszcze za mało na szerszą dystrybucję. Sprzedają je więc w winnicy, przez swoją stronę internetową, w sklepach i restauracjach w Sandomierskiem. Od zeszłego roku produkują też sok z winogron. Jest tak dobry, że 1500 litrów już dawno się sprzedało. Po raz pierwszy zrobili też herbatę z liści najstarszego krzewu, posadzonego przy domu przez pradziadka Borkowskiego.

— Zamierzam go rozmnożyć, hodować na liście i produkować tę smaczną herbatę w większych ilościach — deklaruje Marceli Małkiewicz. W wyremontowanym domu z 1918 r. urządzili trzy apartamenty z aneksami kuchennymi na wynajem. Mają też pasiekę, z której miód sprzedają. A do wina podają znakomite sery produkowane przez Małkiewicza seniora.

Pańskie oko konia tuczy

Małkiewiczowie wciąż coś ulepszają, usprawniają, rozwijają. I inwestują. W ostatnich latach powiększyli winnicę (za 100 tys. zł), wybudowali i wyposażyli salę do degustacji (za 60 tys. zł), uporządkowali i upiększyli gospodarstwo, urządzili miejsca do odpoczynku, odświeżyli budynek, w którym produkują wino, kupili nowoczesną prasę (za 15 tys. euro). — W ciągu siedmiu lat zainwestowaliśmy ponad 1,2 mln złotych — mówi Marceli Małkiewicz.

— Nie wiem, skąd mieliśmy te pieniądze — dziwi się jego żona. — Skorzystaliśmy z jednego programu unijnego. Dzięki otrzymanym 70 tys. złotych założyliśmy hektar winnicy, kupiliśmy kosiarkę i opryskiwacz. Wzięliśmy też kredyt. I sprzedaliśmy już około 40 tys. butelek wina — wyjaśnia mąż. Sprzedają też noclegi i degustacje.

— Kredyt już w zasadzie spłaciliśmy, więc wzięliśmy kolejny na nowe inwestycje. Większość pieniędzy inwestujemy. Dopiero w zeszłym roku przeprowadziliśmy się do swojego domu, wcześniej mieszkaliśmy kątem u teściowej — dodaje Monika Małkiewicz.

Choć Marceli Małkiewicz sam wykonuje i dogląda większości prac w winnicy, zatrudniają też pracowników. Bo mają już w sumie 2,5 hektara winnicy, zarządzają też 1,5 hektara winnicy znajomego dziesięć kilometrów dalej. W przyszłym roku będą obsadzać kolejne

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Wino spod Sandomierza