Wiśta, wio!

Agnieszka Rodowicz
26-04-2018, 22:00

Filigranowa Zofia Presz ma 26 lat, 158 cm wzrostu i potrafi zapanować nad ważącym tonę perszeronem. A nawet dwoma. Była pierwszą po niemal stu latach dorożkarką w Warszawie. W tym sezonie wyjechała na Stare Miasto własną bryczką.

Śliczna Zofia Presz mogłaby zapewne zrobić karierę filmową lub jako fotomodelka. Tymczasem wybrała konie. Od dzieciństwa się nimi interesowała. Jako jedyna w rodzinie. Ale długo pozostawały tylko w sferze marzeń. Bo tata, trener nart wodnych, wdrażał córkę do tego sportu. Mając dwanaście lat, Zofia Presz pojechała na zieloną szkołę do stadniny koni w Kierzbuniu na Mazurach. Tam po raz pierwszy znalazła się na końskim grzbiecie i odtąd prawie z niego nie schodzi. Chyba, żeby wsiąść na bryczkę.

Wyświetl galerię [1/5]

Fot. Marek Wiśniewski

Omnibusem z maturą

Do Kierzbunia jeździła regularnie na obozy konne. W Warszawie znalazła stajnię nad Wisłą. W zamian za pracę przy koniach mogła na nich jeździć. Dzięki temu bardzo dużo się nauczyła. Nie tylko jazdy konnej, ale przede wszystkim obycia ze zwierzętami i powożenia. Kiedy w 2007 r. odbywały się w Warce mistrzostwa świata w powożeniu, Zofia Presz pojechała je oglądać, poznała polską kadrę narodową i, jak mówi, „wzięło” ją. Stajnia, w której pracowała, zajmowała się m.in. obsługą ślubów, więc zaczęła jeździć jako luzak, pomocnik powożącego.

— Od niego wszystkiego się nauczyłam. Potem ta osoba dostała propozycję pracy na omnibusie konnym, ale nie była zainteresowana i poleciła mnie — wspomina Zofia Presz.

Tak oto w 2010 r. Zofia Presz zdała maturę i zaczęła jeździć omnibusem konnym, kursującym po Warszawie. Jako pierwsza kobieta po niemal stu latach. Pierwszą warszawską dorożkarką była w 1913 r. Antonina Andrzejewska. Żeby powozić, przebierała się za mężczyznę, jako że kobiety nie mogły się trudnić tym fachem. Została jednak zdemaskowana i musiała zrezygnować.

Zofii Presz ani to było w głowie. Jeszcze w 2010 r. wydzierżawiła kuca do zawodów w skokach. Na początku pomagała jej finansowo rodzina. Potem zarabiała, jeżdżąc omnibusem. Czasami trafiały jej się prace dorywcze przy filmie czy ślubie. Bryczki, których używa się na Starym Mieście, są lekkie. Omnibus konny waży dwie tony. Gdy Zofia Presz nim powoziła, ciągnęły go dwa perszerony — bardzo masywne, wysokie konie ważące około tony każdy.

— Właścicielem omnibusa jest Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie, który ogłasza przetarg na obsługę — wyjaśnia Zofia Presz.

Została zatrudniona przez właściciela koni, który przetarg wygrał. Pracowała na omnibusie od czerwca do września 2010 r. Potem pracodawca przesadził ją na dorożkę, na której jeździła kolejne dwa lata. Początkowo dorożkarze patrzyli krzywo na młodziutką drobną kobietę. Tym bardziej że wszyscy klienci chcieli jeździć z nią.

— Przez pierwszy sezon nastroje były okropne. Z czasem nasze relacje się poprawiły — wspomina Zofia Presz.

Potem pracowała u kolejnych dwóch dorożkarzy, aż w końcu zaczęła współpracować z wieloletnim właścicielem dorożki Bogdanem Zalesińskim. Wspólnie kupili Karinkę, niedużą karą kobyłkę masywnej postury. Bardzo ambitną i odważną.

— W zawodach w powożeniu może brać udział każdy koń. Jeśli chodzi o konia do pracy, dobiera się go stosownie do obciążenia, przy którym będzie pracował. Poza tym dobrze, by koń do zaprzęgu był bardzo spokojny — wyjaśnia Zofia Presz.

Dorożkarką być

Jeżdżąc w siodle, powoduje się koniem przy pomocy dosiadu, łydki, używając ręki, ewentualnie ostróg i bacika. Siedząc na bryczce lub dorożce, ma się mniej możliwości kontaktu z koniem. Do dyspozycji są ręce, bat i głos.

— Musiałam się nauczyć wyprzedzać końskie myśli — wyjaśnia dorożkarka.

Bo gdy koń się spłoszy, trudno nad nim zapanować. Rozpędzone zwierzę może zrobić krzywdę sobie, powożącemu, pasażerom i innym użytkownikom jezdni. Patent polega na tym, by konia uspokoić, zanim wpadnie w panikę. Zdarzyło się kiedyś, że perszerony poniosły, wystraszone hałasem blachy, na którą z impetem najechał samochód. Na szczęście Zofia Presz była wtedy z kolegą i jakoś udało się im konie zatrzymać.

— W takich sytuacjach nie ma sensu używać hamulca, w które wyposażone są omnibusy i bryczki, bo im większy opór koń czuje, tym bardziej ciągnie — wyjaśnia Zofia Presz.

Zdarzyło się jej też urwać komuś zderzak, gdy koń w dorożce się spłoszył.

— No, ale to tak jak z jeżdżeniem samochodem. Wypadki się zdarzają — kwituje dorożkarka.

Dużo częściej ktoś ją zaczepia. Kiedyś kierowca samochodu na skrzyżowaniu otworzył szybę i zaczął ją prosić o numer telefonu. Zmieniły się światła, Zofia Presz ruszyła, a zdesperowany kierowca zostawił samochód na poboczu i biegł za nią, błagając o numer.

Czasami kierowcy trąbią, czego oczywiście dorożkarka bardzo nie lubi, bo to dla koni stres. Zaczepiają też piesi. Najgorsze są pijane osoby, które próbują dorożkę zatrzymać, wsiąść na konia, uwiesić się z tyłu pojazdu. Jak Zofia Presz radzi sobie z takimi sytuacjami?

— Batem! — odpowiada.

Czasami wystarczy nim pogrozić, machnąć obok. Kiedyś znajomy ze Starego Miasta ściągał natręta z bryczki.

— Klienci zazwyczaj są bardzo przyjaźni i spokojni. Gorzej jest z gapiami, którzy upierają się przy głaskaniu czy karmieniu koni — mówi Zofia Presz.

Trzeba stać, żeby jeździć

Żeby móc jeździć bryczką po Starym Mieście, trzeba uzyskać w Zarządzie Terenów Publicznych (ZTP) pozwolenie na postój zaprzęgu w jego obrębie. Kiedy Zofia Presz zaczęła jeździć dorożką, poinformowano ją, że od lat te same osoby dostają takie pozwolenie.

— Dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, żeby się o nie starać — mówi Zofia Presz.

Ale gdy nagle w zeszłym roku Bogdan Zalesiński nagle zmarł, postanowiła złożyć podanie i dostała pozwolenie. Z rodziną zmarłego dorożkarza pozostaje w dobrych relacjach. Do końca sezonu jeździła ich dorożką. Stanęła też na głowie, by zabrać na pogrzeb Karinkę, ulubioną kobyłkę Bogdana Zalesińskiego. Drugim koniem Zofii Presz został gniady Misiek rasy śląskiej odkupiony z Morskiego Oka. Obydwa konie, bardzo bezpieczne i spokojne, poza sezonem pracują w hipoterapii. W wyniku zamieszania związanego z niejasnymi dla wszystkich procedurami uzyskiwania pozwolenia na postój część dorożkarzy powołała Warszawskie Stowarzyszenie Dorożkarzy. Zofia Presz aktywnie w nim działa.

— Byliśmy na rozmowie w ZTP, są zainteresowani współpracą. A nam zależy, by dbać o dobrostan koni, zwiększać świadomość społeczeństwana ich temat, podnosić nasze kwalifikacje i jakość usług. Zależy nam, by wizerunek dorożkarza był lepszy. W powszechnej świadomości wciąż pokutuje stereotyp pijanej osoby, która nie dba o zwierzę, co zupełnie nie jest prawdą — opowiada Zofia Presz.

Żeby móc jeździć dorożką po Starym Mieście w Warszawie, trzeba też mieć konia i pojazd, a wniosek o wydanie pozwolenia na postój złożyć w odpowiednim terminie. Na razie nie ma żadnego certyfikatu potwierdzającego umiejętność powożenia. Kiedyś była karta woźnicy, ale zrezygnowano z niej, a przepisy dotyczą czasów, gdy nie było jeszcze na ulicach samochodów. W związku z czym każdy, kto ma ukończone 18 lat, może prowadzić pojazd konny.

— Uważam, że prawo dotyczące ruchu konnego w mieście powinno być zmienione — mówi stanowczo Zofia Presz.

Podkreśla, że np. w Wiedniu, by być dorożkarzem, trzeba zdać test z historii, topografii miasta i umiejętności. ZTP już zapowiedział wprowadzenie obostrzeń z powodu coraz większej liczby chętnych do powożenia bryczką, bo na warszawskim Starym Mieście może ich kursować tylko siedem. Uliczki są wąskie, nie ma też więcej miejsc postojowych.

Od wiosny do jesieni

Sezon dorożkarski jest umowny.

— Najwcześniej wyjechałam z końcem lutego. Ale zazwyczaj pracuję od początku kwietnia do października — mówi Zofia Presz.

Koniom zimno nie przeszkadza, ale dla powożących i pasażerów nie jest przyjemne. Toteż zimą nie ma zbyt wielu klientów. Z kolei gdy jest gorąco, trzeba oszczędzać konie. Poza tym dorożkarze chcą odpocząć i dać odpocząć zwierzętom, bo to wbrew pozorom ciężka praca. Towarzyszy jej stres, jako że nigdy nie wiadomo, jak koń się zachowa.

— Cały dzień na świeżym powietrzu przy pełnej koncentracji też męczy — wyjaśnia Zofia Presz.

ZTP przyznaje miejsca postojowe i wyznacza trasy na Starym Mieście. Ale konno można się poruszać po całej Warszawie. Najwięcej klientów chce jeździć na Starówce. Dość często zdarza się też kurs do Łazienek.

— Kiedyś pojechałam na zamówienie klienta na Dworzec Zachodni. Tego dnia ulice były niemal puste. W innym przypadku nie zdecydowałabym się — mówi dorożkarka.

Był też klient, którzy jeździł dorożką przez cały dzień. Pojawiał się zresztą regularnie na przejażdżki. Tak odpoczywał. Podobno wygrał w totolotka. Dorożkami jeżdżą turyści zagraniczni, polscy, ale też warszawiacy.

— Jest pan, który przychodzi co roku z córką w dzień jej urodzin, o tej samej godzinie, by razem odbyć przejażdżkę — mówi Zofia Presz.

Kurs można też wcześniej zamówić. Cena to 120 zł za 25-minutowy spacer niezależnie od liczby osób. Ale maksymalnie może do dorożki wsiąść pięcioro dorosłych. Zawiezienie do ślubu czy inne niestandardowe zamówienia kosztują więcej.

— Kokosów z tej pracy nie ma — mówi Zofia Presz.

Wystarczy na utrzymanie konia, sprzętu i niewielki zarobek. Trzeba jeszcze zapłacić za stajnię, w której trzyma się konie. Docelowo chciałaby trzymać bryczkę na parkingu bliżej Starówki, a konie w boksach postawionych na wydzierżawionym terenie. Na tyle blisko Starego Miasta, by opłacało się je dowieźć do pracy koniowozem. Bo jeżdżenie bryczką Wisłostradą jest nieprzyjemne i niebezpieczne. To jednak dalsze plany. Na razie Zofia Presz musiała zebrać pieniądze na swoją pierwszą bryczkę. Kosztowała 17 tys. zł. Do tego uprząż za 2-3 tysiące. Dorożkarka musi mieć też specjalną czapkę, tzw. maciejówkę, białą koszulę i czarną pelerynę w razie deszczu. Ze względów praktycznych i bezpieczeństwa jeździ w spodniach.

Potrzebny sponsor

W 2010 r. Zofia Presz była jedyną kobietą wśród dorożkarzy. W międzyczasie pojawiły się cztery inne powożące dziewczyny, ale ona jest jedyną, która robi to nieprzerwanie od ośmiu lat. Startowała też w zawodach regionalnych w skokach przez przeszkody i studiowała biotechnologię na Politechnice Warszawskiej. Z czasem stwierdziła, że to nie to, i zabrała się za weterynarię. Właśnie kończy pierwszy rok.

Trzy lata temu kupiła gorącokrwistą sportową klacz, na której chce znowu startować w zawodach skokowych. Ostatnio nie miała na nie ani czasu, ani pieniędzy. Zamierza to zmienić w tym sezonie.

— Najchętniej startowałabym w zawodach powożenia, ale to ogromne koszty, bo poza koniem trzeba mieć dwie bryczki, uprzęże i wszystko przetransportować na zawody — wyjaśnia Zofia Presz.

Gdyby znalazł się sponsor, byłoby jej łatwiej. Ale na razie nie ma czasu go szukać. Stara się o zastępstwo choćby na część weekendów, by móc odpocząć lub pojechać na zawody. Co koń wyskoczy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Wiśta, wio!