Władza sobie, stadion sobie

Emil Szweda
opublikowano: 08-01-2003, 00:00

O zdanie na temat roszad w rządzie Leszka Millera zapytaliśmy najdrobniejszych przedsiębiorców z kolebki polskiego kapitalizmu — Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie. Okazuje się, że obchodzą ich mniej więcej tyle, co układ tabeli trzeciej ligi piłkarskiej w RPA.

Wtorek rano. Warszawski Stadion Dziesięciolecia, nazywany największym bazarem nowoczesnej Europy. Kilkanaście godzin wcześniej doszło do zmian w rządzie. Rodzimych przedsiębiorców, tych przez małe „p”, obchodzą one jednak tyle, co zeszłoroczny śnieg. Na pytania o dymisję Wiesława Kaczmarka i Jacka Piechoty większość handlarzy reaguje zakłopotaniem i wzruszaniem ramion.

— Nie interesuje mnie polityka — burczy pod nosem właściciel stoiska z bluzami z polaru.

Bardziej rozmowny jest Jan Paplak, handlujący kożuchami.

— Dobrze, że tego Kaczmarka w końcu Miller odwołał. Powinni jeszcze coś zrobić z Balcerowiczem. Spotkałem go raz w filharmonii. Siedział z jakąś młodą dziewczyną — konfidencjonalnie puszcza oko.

Klientów jak na lekarstwo, więc handlowcy skrzętnie wykorzystują okazję do rozgrzania się — choćby tylko rozmową.

— Dobrze, że Kaczmarek odszedł, bo kojarzył się z aferami, źle prywatyzował. Ale ten drugi (Cytrycki — red.) też z tej samej ekipy. Wychodzi więc na to, że to tylko zmiana garniturów — dowodzi właściciel „szczęk”, na których smętnie prezentuje się kilka zimowych kurtek.

— Rząd powinien o nas zadbać. Hipermarkety nas wykończą. To obcy kapitał, a dostają ulgi inwestycyjne. No i jeszcze Azjaci — macha ręką w kierunku, w którym stoiska mają Wietnamczycy.

— Nikt ich nie kontroluje. A towar mają z przemytu. Na nas nasyłają kontrole dwa razy w roku. Daliby w końcu spokój — twarz handlowca blednie. Nie wiadomo, czy z zimna, czy na wspomnienie kontroli.

W alejce od strony Zielenieckiej wpadam na optymistę, handlującego drewnianymi kotami.

— To koty szczęścia. Przynoszą je każdemu. Interes jakoś się kręci — uśmiecha się elegancko, prezentując braki w uzębieniu.

Nie wszyscy jednak podzielają tę opinię.

— Co pan mówi? Od trzech lat jest coraz gorzej — wtrąca właściciel kramiku z lampami.

— Obroty mam niższe o 25 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. To wina mocnego złotego. Dolary są tanie i tym ze Wschodu nie opłaca się już do nas przyjeżdżać, bo u nich dolar jest drogi. Dymisja Kaczmarka i Piechoty nic mnie nie obchodzi, bo nie ma wpływu na to, co się dzieje tu, na dole — tłumaczy.

O polityce nie chce się też wypowiadać pan Sławek (porcelanowe wazy i talerze). Powtarza jednak opinię szwagra o ustawie oddłużeniowej Grzegorza Kołodki.

— Te opłaty restrukturyzacyjne to tylko po to, żeby wyciągnąć z firm, co się tylko jeszcze da. Zapłacą, a i tak padną — twierdzi.

— Ja to już sobie wykalkulowałem — żeby w handlu się poprawiło, trzeba obniżyć podatki. I je ujednolicić, żeby system był prosty i taki sam dla każdego. Ludzie mieliby więcej pieniędzy do wydawania, ruch w interesie byłby większy, szara strefa też by się zmniejszyła, to i z podatków byłoby więcej. A oni myślą, że jak podatki zwiększą, to będą mieć więcej. A tu figa — mówi handlowiec, który narzekał na hipermarkety.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Emil Szweda

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu